Smok siedzący na górze złota to żadna nowość. Smok, który potrafi udokumentować pochodzenie każdej monety i prawdopodobnie zna przepisy podatkowe lepiej od królewskiego skarbnika, to już zupełnie inna historia. Rafał Skarżycki i Tomasz Lew Leśniak w siódmym tomie Tymka i Mistrza przypominają, że najlepszy sposób na ośmieszenie baśniowego świata wcale nie wymaga wielkiej rewolucji. Wystarczy wprowadzić do niego odrobinę współczesnej biurokracji. Nagle okazuje się, że zionący ogniem potwór może być znacznie mniej kłopotliwy niż jego księgi rachunkowe.
Tytułowy Smoczy skarb zaczyna się od pomysłu, który spokojnie mógłby udźwignąć znacznie dłuższą opowieść. Tymek i Mistrz trafiają na przeciwnika niepasującego do tradycyjnych wyobrażeń o smokach. Zamiast bezmyślnej bestii pilnującej bogactwa mamy stworzenie doskonale odnajdujące się w świecie dokumentów, wyliczeń i formalności. Zderzenie rycersko-czarodziejskiej rzeczywistości z księgowością brzmi absurdalnie, ale właśnie taki absurd od lat napędza tę serię. Bohaterowie żyją w świecie, w którym magia jest czymś zwyczajnym, natomiast zdrowy rozsądek pojawia się raczej okazjonalnie. Czasem nawet w najmniej odpowiednim momencie.
Skarżycki doskonale rozumie zalety krótkiej formy. Większość albumu składa się z niewielkich historyjek, często rozpisanych na dwie strony, chociaż otwierająca przygoda ze smokiem dostaje trochę więcej miejsca. Nie ma potrzeby budowania wielkiego konfliktu ani tłumaczenia przez kilkanaście plansz, dlaczego bohaterowie znaleźli się akurat w danej sytuacji. Pomysł, kilka dialogów, odpowiednio przygotowana puenta i jedziemy dalej. To komiks, który można otworzyć właściwie w dowolnym miejscu, przeczytać kilka stron i bez problemu wrócić do niego później. Taka konstrukcja znakomicie sprawdza się w lekturze familijnej, szczególnie gdy młodszy czytelnik niekoniecznie ma ochotę śledzić wielowątkową fabułę.
Zresztą dynamika między głównymi bohaterami nadal pozostaje bardzo wdzięczna. Mistrz lubi mówić, pouczać i demonstrować swoją wyższość, natomiast Tymek potrafi spojrzeć na problem znacznie praktyczniej. Czarodziej dysponuje wiedzą i doświadczeniem, ale nie zawsze przekłada się to na rozsądne decyzje. Uczeń bywa bardziej przytomny, choć przecież sam dopiero poznaje reguły tego osobliwego świata. Ich relacja pozwala autorowi swobodnie rozgrywać pomyłki, nieporozumienia i sytuacje, w których wielka magiczna mądrość przegrywa z najprostszym rozwiązaniem.
Siódmy album nie ogranicza się oczywiście do jednego smoka. Pojawiają się latające dywany, osobliwe wynalazki, eksperymenty, dziwne stworzenia i całkiem sporo baśniowego zamieszania. Jest miejsce na królewskie sprawy, plażowe klimaty, góry, a także bardziej ponure epizody z Psujem i Popsujem. Ta rozpiętość dobrze pokazuje, jak elastyczny jest świat Tymka i Mistrza. Można wrzucić do niego właściwie dowolny pomysł, a potem sprawdzić, co wyniknie ze spotkania magii z technologią, matematyką albo zwyczajnym ludzkim cwaniactwem. Nie wszystkie historyjki trafiają równie celnie, ale przy takiej formule trudno oczekiwać, że każda puenta będzie równie udana. Tytułowy epizod należy do tych mocniejszych. Pozostałe mają bardziej nierówny poziom, choć album jako całość zachowuje swój pogodny charakter.
Nie ma też co udawać, że humor Skarżyckiego jest szczególnie wyrafinowany. Często opiera się na prostym skojarzeniu, słownym żarcie, przewrotnej sytuacji albo zderzeniu dwóch zupełnie niepasujących do siebie porządków. I bardzo dobrze. Tymek i Mistrz nie potrzebuje dowcipu, który trzeba rozbierać na części, żeby docenić jego inteligencję. Najlepiej wypada wtedy, kiedy puenta przychodzi szybko, trochę z zaskoczenia, a człowiek uśmiecha się mimochodem. Starsi czytelnicy mogą dodatkowo wychwycić popkulturowe aluzje. Już sama okładka Smoczego skarbu budzi skojarzenia z Tolkienowskim Hobbitem, co całkiem przyjemnie współgra z pomysłem na tytułową przygodę.
Ogromna część uroku tej serii należy jednak do Tomasza Lwa Leśniaka. Jego rysunki mają w sobie coś, czego nie da się zastąpić samym dobrym scenariuszem. Postacie nie potrafią spokojnie stać, kiedy mogą się wyginać, wytrzeszczać oczy, wymachiwać rękami albo reagować na wydarzenia całym ciałem. Mimika jest przesadzona, ruch sprężysty, a kolejne kadry pełne wizualnego rozgardiaszu. Leśniak świetnie odnajduje się w komediowym tempie. Potrafi doprowadzić żart do puenty samym wyrazem twarzy bohatera, czasami skuteczniej niż kolejną linijką dialogu.
Ważne są również kolory. Świat Tymka i Mistrza pozostaje pogodny, fantazyjny i pełen wizualnych atrakcji, nawet gdy przygody zahaczają o bardziej mroczne rejony. Leśniak nie próbuje nadawać mu przesadnej powagi. Zamki, potwory, magiczne przedmioty i najdziwniejsze wynalazki wyglądają tak, jakby ktoś naprawdę świetnie bawił się przy ich wymyślaniu. Jest w tych planszach dużo dziecięcej swobody, ale warsztatowo wszystko pozostaje pod kontrolą. Zwłaszcza że przy krótkich historiach rysownik musi błyskawicznie wprowadzić sytuację, pokazać jej rozwój i odpowiednio sprzedać końcowy żart.
Siedem tomów to już całkiem pokaźny dorobek jak na serię zbudowaną z krótkich komediowych przygód. Można byłoby spodziewać się zmęczenia formułą, tymczasem Skarżycki i Leśniak nadal znajdują nowe zastosowania dla dobrze znanych bohaterów. Nie oznacza to wielkiego rozwoju postaci ani rewolucji w sposobie opowiadania. Tymek pozostaje Tymkiem, Mistrz pozostaje Mistrzem, a świat wciąż funkcjonuje według zasad, które w każdej chwili mogą zostać podporządkowane kolejnemu dowcipowi. Ta przewidywalność jest jednak częścią przyjemności. Wraca się tutaj po określony rodzaj humoru i trudno mieć pretensje, że autorzy nie próbują nagle zamienić pogodnej serii w epicką sagę fantasy.
Smoczy skarb to również bardzo wygodny komiks do wspólnego czytania. Dzieciaki dostają kolorowe przygody, potwory, czary i szybkie żarty. Dorośli mogą pobawić się konwencją, wyłapywać dodatkowe skojarzenia i docenić, jak sprawnie autorzy potrafią rozegrać prosty pomysł. Przy 56 stronach nie ma tu zresztą miejsca na przeciąganie zabawy. Album kończy się, zanim zdąży zmęczyć, a dzięki epizodycznej budowie nie wymaga znajomości wszystkich wcześniejszych tomów.
Najbardziej lubię w Tymku i Mistrzu to, że seria nie próbuje nikomu imponować. Nie potrzebuje wielkich deklaracji o przyjaźni, dorastaniu czy odkrywaniu własnej wartości. Jeżeli jakaś drobna nauka pojawi się przy okazji, choćby dotycząca matematyki, nie musi od razu zamieniać się w szkolne zadanie. Bohaterowie przede wszystkim pakują się w kolejne kłopoty, a czytelnik ma się przy tym dobrze bawić. Czasami wystarczy naprawdę niewiele.
W siódmym tomie wystarczy smok, który najwyraźniej zrozumiał coś, czego przez stulecia nie pojęli rycerze, czarodzieje i poszukiwacze skarbów. Złoto można próbować odebrać siłą. Z porządnie prowadzoną księgowością walczy się już znacznie trudniej.



