Matt Hagen utrzymuje się z tego, że potrafi być kimś innym. Zanim jego ciało zacznie naprawdę zmieniać kształt, zanim skóra przestanie respektować kości, a twarz stanie się czymś równie nietrwałym jak rola grana przed kamerą, już wcześniej żyje z przemiany. Jest aktorem, świeżo nominowanym do Oscara, człowiekiem, który z biedniejszych rejonów Gotham przedostał się na szczyt i nauczył się sprzedawać światu własny wizerunek. Dlatego najciekawszy pomysł Clayface’a nie zaczyna się wraz z eksperymentalną terapią. Zaczyna się dużo wcześniej, od pytania, ile naprawdę zostaje z człowieka, którego wartość od początku zależała od tego, jak wygląda i jak przekonująco potrafi udawać.
James Watkins dostał bohatera niemal stworzonego do body horroru i, co najważniejsze, nie próbuje tego potencjału wygładzić pod potrzeby kolejnej komiksowej produkcji. Clayface ma w sobie błoto, śluz, rozciągniętą skórę, deformacje, nieprzyjemnie bliskie ujęcia i ciało, które przestaje być bezpiecznym schronieniem. Twarz Matta potrafi przesuwać się po czaszce, tkanka puchnie pod wpływem emocji, powieki zrastają się w najmniej odpowiednim momencie, a regeneracja bardzo szybko zmienia się z błogosławieństwa w coś groteskowego. Film nie traktuje przemiany jako efektownego dodatku do supermocy. Najpierw każe widzowi poczuć, jak obrzydliwe musi być życie w ciele, które przestało wykonywać polecenia właściciela.
To najlepsza decyzja całej produkcji. Początek jest bardziej konwencjonalny. Matt Hagen, grany przez Toma Rhysa Harriesa, właśnie dotarł tam, gdzie zawsze chciał. Jest gwiazdą, otrzymuje najważniejszą nominację w karierze, ma pieniądze, twarz stworzoną dla kamer i historię awansu społecznego, którą media mogą sprzedać jako inspirującą opowieść o chłopaku z ulic Gotham. Jedna noc wystarcza, żeby wszystko zostało mu odebrane. Romans z Mią sprowadza na niego Markosa Szabo, gangstera, który nie ogranicza się do pobicia rywala. Niszczy mu twarz, czyli dokładnie to, na czym Matt zbudował całe zawodowe życie.
To brutalnie prosta metafora, ale działa właśnie dlatego, że film nie próbuje jej ukrywać. Dla aktora oszpecenie oznacza więcej niż traumę fizyczną. To nagłe wyrzucenie poza świat, który chwilę wcześniej uwielbiał go za wygląd. Kariera rozpada się niemal natychmiast, znajomi zaczynają znikać, pieniądze topnieją, kolejne próby naprawienia twarzy zawodzą. Watkins pokazuje przy okazji Gotham jako miejsce, w którym człowiek może upaść bardzo szybko, a gdy już wyląduje na dole, niemal każdy potrafi przekonać samego siebie, że zasłużył na swój los.
Film jest wtedy najmocniejszy, ponieważ nie potrzebuje jeszcze żadnego komiksowego monstrum. Wystarczy patrzeć na Matta i obserwować, jak szybko publiczna miłość okazuje się uzależniona od obrazu. Jeszcze niedawno jego twarz należała trochę do wszystkich. Wisiała na ekranach, sprzedawała filmy, robiła karierę. Po ataku staje się czymś, od czego ci sami ludzie wolą odwrócić wzrok.
Ratunkiem okazuje się doktor Caitlyn Corr, naukowczyni pracująca nad eksperymentalną regeneracją tkanek. Matt nie ma już praktycznie nic do stracenia, więc zostaje idealnym kandydatem do terapii, której skutków nikt nie jest w stanie przewidzieć. Początkowe rezultaty wyglądają jak cud. Twarz wraca. Razem z nią wraca nadzieja, że da się odzyskać poprzednie życie.
Oczywiście to właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar. Najlepszy pomysł Clayface’a polega na tym, że Matt odzyskuje twarz dokładnie w chwili, kiedy zaczyna tracić siebie. Jego ciało staje się plastyczne. Rana znika niemal natychmiast, krew wraca do organizmu, tkanka reaguje na emocje, a człowiek może przyjąć wygląd kogoś innego. Na papierze brzmi to jak fantastyczny zestaw mocy. Watkins bardzo długo pilnuje jednak, żebyśmy widzieli przede wszystkim przekleństwo. Matt nie kontroluje własnej formy. Silniejsza emocja może dosłownie ściągnąć mu twarz z kości. Ciało nie tylko zdradza jego stan psychiczny, ale zaczyna działać jak brutalny wykrywacz wszystkiego, co próbował wcześniej ukryć.
Harries ma trudne zadanie, bo przez znaczną część filmu gra człowieka, któremu widz powinien współczuć, choć coraz wyraźniej widać, że krzywda nie prowadzi go w stronę żadnego szlachetnego odrodzenia. Matt przechodzi od ofiary do kogoś, kto zaczyna traktować swoje nowe możliwości jako narzędzie odwetu. Początkowo zemsta ma jeszcze konkretne adresy. Później granica przesuwa się coraz dalej.
Nie wszystkie etapy tej przemiany są równie przekonujące. Harries dobrze wypada jako człowiek osaczony, upokorzony i rozpaczliwie próbujący odzyskać życie. Gorzej działa kilka momentów, w których scenariusz każe mu niemal skokowo wejść w bardziej psychopatyczne rejestry. Brakuje czasami dodatkowego stopnia pomiędzy przerażeniem własną przemianą a fascynacją władzą, jaką ta przemiana daje.
To szczególnie szkoda, bo właśnie tam film ma materiał na coś więcej niż sprawny origin złoczyńcy. Matt jest przecież aktorem. Jego moc pozwala mu dosłownie stawać się innymi ludźmi. Film wielokrotnie zahacza o temat tożsamości, grania i niemożności rozpoznania prawdziwego siebie. Słyszymy sugestie, że istnieje wiele wersji Matta, że gdzieś pomiędzy rolami powinien znajdować się ten „prawdziwy”. Później jego ciało realizuje tę metaforę w najbardziej dosłowny sposób. Może być każdym, a przez to coraz trudniej powiedzieć, kim jest on sam.
I właśnie ten trop zasługiwał na znacznie więcej miejsca. W materiale pojawiają się elementy, które mogłyby poprowadzić film w ciekawszą stronę, ale zostają ledwie zasygnalizowane. Szczególnie interesujący jest motyw aktorstwa jako umiejętności odczytywania ludzi i wiarygodnego przyjmowania cudzej osobowości. Naprzeciw Matta staje John Borrelli, policyjny detektyw przyzwyczajony do rozpoznawania kłamstwa. Jeden zawodowo czyta ludzi, drugi zawodowo ich udaje. To aż prosi się o psychologiczny pojedynek znacznie ważniejszy dla fabuły.
Film jednak wybiera łatwiejszą drogę. Podobnie dzieje się z bardziej intrygującym tropem dotyczącym przemian Matta, który jest kilkakrotnie podprowadzany pod potencjalny zwrot fabularny, a później właściwie zanika. To frustrujące, bo właśnie taka niepewność mogłaby wykorzystać pełnię możliwości Clayface’a. Jeśli bohater potrafi wyglądać jak każdy, widz powinien w pewnym momencie przestać ufać temu, kogo właściwie ogląda.
Watkins bawi się tym mechanizmem i kilka razy potrafi skutecznie oszukać odbiorcę, ale robi to za rzadko. Film dysponuje idealnym bohaterem do historii o niepewnej tożsamości, a mimo tego znacznie częściej traktuje jego zdolności jako efektowny sposób zabijania przeciwników. Na szczęście robi to znakomicie. Sceny grozy są zdecydowanie największą atrakcją Clayface’a. Watkins rozumie, że bohater zbudowany z niestabilnej tkanki nie powinien po prostu zamieniać ręki w wielki młot i walić nim przeciwników. Ciało Matta może przeciekać, rozpadać się, przyklejać, pochłaniać i regenerować. Film podchodzi do tego z wyjątkowo niezdrową wyobraźnią. Szczególnie dobrze działa połączenie efektów praktycznych z komputerowymi. Kiedy twarz naprawdę wygląda jak ciężka, źle ułożona warstwa skóry, którą ktoś próbuje naciągnąć na niewłaściwą czaszkę, efekt jest bardziej nieprzyjemny niż kolejna perfekcyjnie wygenerowana cyfrowa transformacja.
Jedna z najbardziej udanych sekwencji zamyka Matta w ciasnej przestrzeni podczas problemów z jego własną twarzą. Wystarczą małe nożyczki, zrastające się ciało i bardzo niewygodna sytuacja, żeby Watkins zrobił więcej dla body horroru niż większość widowisk za pomocą wielkich komputerowych potworów. Jeszcze lepiej wypada scena klubowa. Film nagle pozwala sobie na kompletną groteskę, miesza przemoc z absurdem i korzysta z możliwości zmiany wyglądu w sposób jednocześnie efektowny oraz bardzo zabawny. To właśnie tam najlepiej widać, czym Clayface chce być. Nie ponurą rozprawą o cierpieniu za wszelką cenę, tylko paskudnym kinem gatunkowym świadomym, że człowiek zrobiony z żywej gliny daje ogromne możliwości również dla czarnego humoru.
Watkinsowi udaje się zachować tę równowagę przez zaskakująco dużą część filmu. Jest brutalnie, ale nie śmiertelnie poważnie. Jest tragicznie, ale nie brakuje groteski. Film wie, kiedy ciało Matta ma budzić współczucie, a kiedy jego możliwości mają być po prostu obrzydliwie zabawne. Dobrze działa także fakt, że Batman pozostaje poza tą historią. Clayface nie potrzebuje Mrocznego Rycerza, żeby jego tragedia miała sens. Gotham oczywiście przypomina o większym świecie, pojawia się policja, przestępczość i społeczna zgnilizna charakterystyczna dla tego miasta, ale film nie zamienia się w dwugodzinne oczekiwanie na człowieka w pelerynie. To bardzo rozsądne podejście. Matt ma własną historię, a jego przemiana wystarcza do udźwignięcia filmu.
Gorzej z samym Gotham. Miasto jest odpowiednio brudne, skorumpowane, ciemne i nieprzyjemne, ale trudno znaleźć w nim własną, natychmiast rozpoznawalną osobowość. Momentami wygląda jak ogólna wizja podupadłej metropolii, która równie dobrze mogłaby funkcjonować bez nazwy Gotham. Przy pierwszym tak wyraźnym wejściu tego miasta do głównej kinowej linii nowego DC chciałoby się czegoś bardziej charakterystycznego.
Można jednak bronić tej decyzji tym, że film świadomie trzyma kamerę blisko Matta. Interesują go Narrows, zaplecza klubów, laboratoria, mieszkania, komisariat, brudne ulice. To Gotham oglądane od dołu, bez monumentalnych panoram i wielkiej mitologii. Znacznie poważniejszym problemem jest Caitlyn. Naomi Ackie robi sporo, żeby bohaterka nie stała się wyłącznie funkcją fabularną. Jest inteligentna, empatyczna i wiarygodna jako naukowczyni, która najpierw widzi w Mattcie człowieka potrzebującego pomocy, a później musi skonfrontować się ze skutkami własnej pracy. Problem zaczyna się wtedy, gdy film próbuje z tej relacji zbudować romans.
Nie bardzo wiadomo, kiedy i dlaczego miałby on nabrać takiej siły. Chemia między postaciami jest ograniczona, scenariusz przechodzi kilka etapów ich bliskości zbyt szybko, a uczucie zostaje potraktowane głównie jako mechanizm potrzebny do późniejszych decyzji. Matt zaczyna postrzegać Caitlyn jako wybawczynię, ale filmowi nie udaje się przekonująco przeprowadzić tej fascynacji w relację, której ciężar uzasadniałby późniejsze działania.
Romans nie wyrasta tutaj z bohaterów. Zostaje do nich doczepiony, ponieważ scenariusz potrzebuje dodatkowej dźwigni emocjonalnej. To tym bardziej boli, że miejsca na ciekawszą relację jest sporo. Caitlyn stworzyła technologię, która dosłownie rozmontowała tożsamość Matta. Mogłaby być dla niego jednocześnie zbawczynią, twórczynią i osobą, którą obwinia za własny stan. To wystarczyłoby do zbudowania intensywnej więzi bez konieczności natychmiastowego uruchamiania romansu.
Jej związek z Johnem również służy przede wszystkim jako fabularny mechanizm komplikujący sytuację. Powstaje trójkąt, którego film tak naprawdę nie potrzebuje. Znacznie bardziej interesujące byłoby rozwinięcie konfliktu pomiędzy aktorem zdolnym stać się każdym a detektywem próbującym ustalić prawdę. Clayface kilka razy wybiera więc mniej interesującą drogę, mimo że obok leży pomysł znacznie lepszy.
Na poziomie tematycznym podobny problem dotyczy Hollywood i obsesji wyglądu. Film wyraźnie chce powiedzieć coś o wartości przypisywanej urodzie, o karierze zależnej od powierzchowności i o świecie, który najpierw wynosi Matta na szczyt, a później natychmiast porzuca, gdy jego twarz przestaje spełniać oczekiwania. o działa, lecz głównie jako punkt wyjścia. Później wątek show biznesu ustępuje zemście i przemianie. Szkoda, bo bohater aktor zamieniający się fizycznie w innych ludzi aż prosi się o bardziej bezlitosne wykorzystanie motywu branży zbudowanej na twarzach, rolach i ciągłym konstruowaniu publicznego „ja”. Film woli jednak być dobrym horrorem niż wielkim traktatem o tożsamości.
I trudno mieć do niego o to ogromny żal, skoro jako horror naprawdę dowozi. Przemiany są paskudne, sceny przemocy mają pomysł, montaż dobrze wykorzystuje zdolności Matta do przyjmowania innych form, a Watkins regularnie przypomina, że oglądamy człowieka, którego ciało może w każdej chwili zrobić coś obrzydliwego. Nie chodzi wyłącznie o wielkie sekwencje. Czasami wystarczy drobne przesunięcie rysów twarzy albo fragment skóry zachowujący się odrobinę nie tak, jak powinien.
Właśnie te momenty zostają najdłużej. Tom Rhys Harries bywa nierówny, szczególnie gdy scenariusz gwałtowniej prowadzi Matta w stronę szaleństwa, ale fizycznie oddaje się tej roli bez reszty. Dobrze sprzedaje też początkową atrakcyjność bohatera. Matt musi być kimś, kogo utrata naprawdę boli. Jeśli od początku byłby aroganckim celebrytą, film szybko zamieniłby się w prostą historię o karze za próżność. Tymczasem Hagen ma w sobie wystarczająco dużo uroku i zwyczajnej ludzkiej słabości, żeby pierwsza część działała.
Później coraz trudniej mu kibicować i właśnie tak powinno być. Najważniejsze, że film nie próbuje usprawiedliwiać każdej zbrodni traumą. Można rozumieć gniew Matta. Można współczuć temu, co mu zrobiono. Można czuć satysfakcję, kiedy zaczyna uderzać w ludzi odpowiedzialnych za jego upadek. W pewnym momencie jednak rachunek krzywd przestaje wystarczać. Ofiara staje się sprawcą. To znacznie ciekawsze niż modne w kinie komiksowym robienie z każdego złoczyńcy niezrozumianego antybohatera. Matt może być tragiczny i jednocześnie robić rzeczy potworne. Jedno nie kasuje drugiego.
Właśnie na tym polega najlepsza ironia Clayface’a. Im większą kontrolę Hagen zdobywa nad wyglądem, tym bardziej traci kontrolę nad człowiekiem znajdującym się pod nim. Może wyglądać jak ktokolwiek, uleczyć właściwie każdą ranę i oszukać ludzi stojących kilka centymetrów od niego. Nie potrafi natomiast cofnąć tego, co wydarzyło się w jego głowie. Filmowi przydałoby się więcej odwagi w rozwijaniu właśnie tego pomysłu.
Zamiast romansu napędzającego część decyzji, chętnie zobaczyłbym więcej kryzysu tożsamości. Więcej niepewności dotyczącej tego, czy Matt nadal potrafi oddzielić graną osobę od siebie. Więcej wykorzystania jego aktorskiego zawodu jako fundamentu przemiany. Więcej sytuacji, w których widz naprawdę nie wie, kto stoi przed kamerą. Wtedy Clayface mógłby być czymś znacznie większym niż udane kino gatunkowe.
Ale może właśnie w tej skromniejszej ambicji tkwi część jego uroku. To nie jest kolejna gigantyczna produkcja próbująca jednocześnie ustawić dziesięć następnych filmów. Watkins przede wszystkim chce opowiedzieć tragiczną historię człowieka, którego ciało staje się potworem, a następnie wykorzystać to ciało do zrobienia porządnego, paskudnego horroru. I w dużej mierze mu się udaje. Clayface nie jest wolny od komiksowych schematów. Jego historia zemsty jest przewidywalna. Część bohaterów istnieje tylko po to, żeby Matt miał kogo później dopaść. Markos Szabo nie wyrasta ponad rolę człowieka odpowiedzialnego za uruchomienie całej tragedii. Romans z Caitlyn jest niewystarczająco umotywowany, a kilka naprawdę obiecujących tropów zostaje porzuconych, zanim zdążą zmienić film w coś bardziej niepokojącego.
Ale gdy Watkins wpuszcza kamerę pomiędzy skórę, mięśnie i coś, co nie powinno się w ten sposób ruszać, wszystkie te problemy na chwilę znikają. To właśnie body horror daje Clayface’owi własną twarz. Nie Batman. Nie marka DC. Nie obietnica przyszłych występów bohatera. Mięso. Film rozumie, że największy koszmar Matta nie polega na tym, że stał się brzydki. Nawet nie na tym, że stał się potworem. Najgorsze jest odkrycie, że twarz, na której zbudował całe życie, nigdy nie była stabilnym fundamentem czegokolwiek. Najpierw odebrał mu ją gangster. Potem oddała mu ją nauka. A na końcu Matt odkrył, że skoro może mieć wszystkie twarze świata, żadna z nich nie musi już należeć do niego.






