Alicja spada ze schodów, trafia do szpitala i uparcie twierdzi, że nic się nie stało. Ratownik medyczny widzi jednak ślady, które nie pasują do wersji o zwykłym wypadku. Z takiego początku dałoby się zrobić duszny thriller o przemocy domowej, kontroli i próbie ucieczki. Rafał Glina wybiera jednak inną drogę. Numer telefonu przekazany Alicji przez Marka nie prowadzi tylko do ratunku, ale otwiera drzwi do znacznie większej układanki. I od tego momentu pytanie nie brzmi już wyłącznie, czy Alicji uda się wyrwać spod kurateli męża. Ważniejsze staje się to, kto w tej historii mówi prawdę tylko wtedy, kiedy mu wygodnie.
Początek jest najlepszy właśnie dlatego, że wszystko wydaje się jeszcze proste. Przemek jest zagrożeniem, Alicja ofiarą, Marek człowiekiem, który dostrzegł coś, czego inni nie chcieli zauważyć. Glina dość szybko rozbija jednak ten układ. Marek ma własny interes w drążeniu sprawy, a trop prowadzi do zaginięcia bliskiej mu osoby. Alicja również nie jest tylko bierną kobietą czekającą, aż ktoś wyciągnie ją z domu. Najciekawsze w Inkluzji nie są więc same tajemnice, lecz to, jak szybko rozsypuje się pierwszy obraz bohaterów.
Później autor zaczyna dokładać kolejne elementy i właśnie wtedy pojawia się zgrzyt. Tajemnica Przemka, zaginięcie, morderstwa, ludzie próbujący zatrzymać Alicję i Marka, opuszczony dom na obrzeżach Szczecina. Fabuła nie stoi w miejscu, to na pewno, ale po pewnym czasie widać już nie tyle sieć zależności, ile starannie rozmieszczone haczyki. Wszystko musi się z czymś połączyć, każdy sekret ma prowadzić do następnego, a każda postać okazuje się bardziej uwikłana, niż początkowo sądziliśmy. To daje tempo, ale odbiera części wydarzeń wiarygodność.
Najbardziej żal mi przy tym wątku przemocy domowej, bo to on daje książce najmocniejszy punkt wyjścia. Glina pokazuje mechanizm zastraszenia i kontroli, ale z czasem ten temat schodzi na dalszy plan, ustępując kryminalnej zagadce. Nie mam problemu z tym, że powieść zmienia kierunek. Problem polega na tym, że początkowy ciężar emocjonalny zostaje w dużej mierze wymieniony na kolejne zwroty fabularne. To, co mogło być osią psychologiczną książki, zostaje przede wszystkim zapalnikiem większej intrygi.
Na szczęście Glina nie dławi tekstu opisami. Pisze krótko, konkretnie i prowadzi sceny tam, gdzie mają prowadzić. Szczecin nie jest przewodnikową dekoracją, a opuszczony dom rzeczywiście pracuje na napięcie, bo dobrze pasuje do historii o rzeczach ukrytych za fasadą normalności. Przy małej liczbie bohaterów można też samemu próbować układać ich motywacje, zamiast przedzierać się przez tłum nazwisk. To właśnie w tych prostszych partiach Inkluzja działa najlepiej, bo autor ufa napięciu sytuacji zamiast natychmiast dorzucać kolejną tajemnicę.
Finał nadal potrafi zaskoczyć, choć po kilku zmianach perspektywy zaczyna się już spodziewać następnej. Nie wszystkie połączenia mnie przekonały, ale całość pozostaje czytelna i ma energię. To nie jest kryminał, który gubi się w swoich wątkach. Raczej taki, który chwilami zbyt mocno chce udowodnić, że wszystko było częścią większego planu.
Dlatego Inkluzję najlepiej czytało mi się wtedy, gdy jeszcze nie wiedziałam, komu ufać i dlaczego. Gdy Alicja nie była jeszcze do końca tym, za kogo ją brałam, Marek nie był wyłącznie wybawcą, a Przemek nie wyczerpywał całego zagrożenia. Później odpowiedzi przybywa, ale wraz z nimi historia robi się bardziej mechaniczna. Glina umie budować pułapki. W tej książce problemem nie jest ich brak, tylko to, że po pierwszej udanej koniecznie chce jeszcze otworzyć kilka kolejnych zapadni.

