Jest coś perwersyjnie zabawnego w tym, że dziś największym horrorem nie jest maska Ghostface’a, tylko słowo „powrót”. Powrót do marki, do logotypu, do raz już przeżutego gestu, który ma udawać świeżość, bo ktoś dorzucił nową kroplę krwi na stary plakat. I właśnie dlatego Straszny Film 6 wchodzi mi do głowy nie jako kolejna parodia, tylko jako papier lakmusowy: czy da się jeszcze wskrzesić parodię jako gatunek, czy zostaliśmy już tylko z muzeum cytatów, które śmieje się z samego faktu, że w ogóle istnieje.
Zwiastun krzyczy wprost, że „oni wrócili”, wracają Cindy i Brenda, wraca też energia Wayansów, przynajmniej na poziomie deklaracji i nazwisk. A jednocześnie to jest powrót w świat, w którym quasi-horror przestał być wspólnym językiem popcornu, a stał się katalogiem podgatunków, ambicji, wstydów i pretensji. Dlatego lista celów jest symptomatyczna: z jednej strony „podniesione” grozy, z drugiej viralowe maskotki, z trzeciej rzeźnickie franczyzy, a obok tego popkultura wciśnięta do blendera. Zwiastun obiecuje, że Straszny Film 6 będzie ciął po wszystkim, od Uciekaj! po M3GAN i Terrifiera, od „elevated horror” po klisze slashera, od powagi po mem.
Tylko że tu jest haczyk, i on wisi nad całym projektem jak neon nad klubem, do którego nikt już nie chodzi: nostalgia dziś jest najłatwiejszą walutą, ale najtrudniejszą do spieniężenia bez fałszywego banknotu. Bo nostalgia działa jak obietnica, a obietnice w popkulturze mają krótką datę ważności. Widzieliśmy to już w horrorach, które grają na „legacy” i wracają do „korzeni”, po czym wykładają się na najprostszej rzeczy: na narracji, na sensie, na finale. Krzyk 7 jest tu podręcznikowym przykładem, pomysł na papierze bywa sprytny, ale kiedy przychodzi do opowiadania i do twistu, zostaje rozmemłana kulka papieru, która udaje granat. I wtedy nostalgia nie jest nagrodą, tylko karą, bo przypomina, jak dobrze to kiedyś działało.
W tym kontekście Straszny Film 6 ma zadanie podwójnie niewdzięczne. Parodia zawsze była pasożytem, ale tym szlachetnym, bo żywiła się tym, co żywe, głośne, rozpoznawalne. Dziś horror jest żywy, jasne, tylko że jest też rozstrzelony na plemiona. Jedni chcą „traumy w obiektywie”, inni chcą „krew na suficie”, jeszcze inni chcą wyłącznie ikonicznej maski i rytuału krzyku. A parodia, jeśli ma być skuteczna, nie może tylko wskazywać palcem: o, to jest ten film, pamiętacie. Parodia musi mieć własny rytm i własną bezczelność, inaczej staje się playlistą odniesień. I tu pojawia się ryzyko zwiastuna: czy to będzie komedia, która naprawdę rozumie, co dziś w horrorze jest śmieszne, a co tylko udaje powagę, czy to będzie katalog „patrzcie, znamy tytuły”.
No i jeszcze jedna sprawa, bardziej niewygodna: zwiastun wyraźnie sygnalizuje, że film będzie kłuł „polityczną poprawność”, lękiem przed rasizmem, kulturą wojny plemion i baniek. To może być paliwo, ale może też być łatwizna. Bo żartowanie z wojenek światopoglądowych jest dziś jak strzelanie do znaku drogowego: hałas jest, satysfakcja chwilowa, a rano i tak stoi. Jeśli Straszny Film 6 pójdzie w samą prowokację, w samą satyrę na „woke” jako gotowy mem, to będzie jak wiele współczesnych nostalgicznych reaktywacji: głośne, rozpoznawalne, puste. Jeśli jednak Wayansi zrobią to, co kiedyś potrafili najlepiej, czyli wpuścić do środka absurd, tempo, fizyczną komedię i bezczelny komentarz do trendów, ale organicznie, bez odhaczania listy, to może się okazać, że parodia nie jest martwa, tylko była przez lata źle karmiona.

I tu wchodzi wątek Nagiej broni jak lustro. Zwiastun może odpalić nostalgię, pobudzić oczekiwania, przypomnieć, że prosty żart sytuacyjny i dobra twarz w kadrze potrafią robić robotę, nawet jeśli świat wokół jest przegrzany ironią. Jeśli Naga broń zadziała, to będzie dowód, że publiczność wciąż chce śmiać się „po staremu”, ale nie z samego faktu starości, tylko z dobrze zagranej komedii. I wtedy pytanie do Strasznego Filmu 6 robi się brutalne: czy to będzie renesans parodii, czy tylko jednorazowy strzał w rytmie „pamiętacie nas”.
Bo parodia, wbrew pozorom, nie żyje z nostalgii. Parodia żyje z teraźniejszości. Z tego, że coś jest modne, nadęte, przereklamowane, a ona wchodzi i przebija balon. Jeśli dziś horror sprzedaje „traumę” i „ambicję” jak perfumy, to parodia ma idealny cel. Tylko musi mieć odwagę uderzyć w sedno, a nie w metkę.
Dlatego ja bym chciał, żeby Straszny Film 6 nie był powrotem do marki, tylko powrotem do bezczelności, która rozumie, że współczesny horror sam siebie czasem parodiuje na serio. I że najśmieszniejsze nie jest to, że w metrze stoi Ghostface, tylko to, że my już wiemy, jak ta scena ma wyglądać, zanim padnie pierwszy krzyk.


