Portrety

PORTRET: Dan Simmons. Pielgrzym wielkich opowieści

Dan Simmons zmarł 21 lutego 2026 roku w wieku 77 lat w wyniku powikłań po udarze. Odszedł autor, którego nazwisko przez dekady pojawiało się tam, gdzie fantastyka przestawała być „rozrywką”, a zaczynała być literaturą z ambicją. Dla jednych był twórcą jednego z najważniejszych cykli science fiction końca XX wieku. Dla innych mistrzem historycznej grozy. Dla wielu po prostu pisarzem, który nie bał się pisać dużych rzeczy o sprawach jeszcze większych.

Urodził się 4 kwietnia 1948 roku w Peorii w stanie Illinois. Zanim całkowicie poświęcił się pisaniu, przez osiemnaście lat pracował w oświacie. Współtworzył i prowadził program dla uczniów wybitnie uzdolnionych w Kolorado, pierwszy tego typu w regionie, i został finalistą nagrody Nauczyciel Roku. Ten fakt nie jest jedynie notą biograficzną. W jego nekrologu przywoływano wspomnienie, że codziennie po lekcjach opowiadał uczniom kolejne fragmenty jednej wielkiej historii, budowanej przez cały rok szkolny. Na koniec dzieci miały płakać. W tym geście, w tym instynkcie opowiadania „na odcinki”, jest coś, co później wróciło w Hyperionie.

Debiutował w 1985 roku powieścią Pieśń bogini Kali, nagrodzoną World Fantasy Award. Prawdziwy przełom przyniósł jednak Hyperion z 1989 roku, uhonorowany nagrodą Hugo i otwierający czterotomowy cykl. Konstrukcja pielgrzymki, siedem głosów, siedem historii, Grobowce Czasu i Kolczasty, który stał się jednym z najbardziej sugestywnych bytów w nowoczesnej fantastyce. To była science fiction, która miała skalę opery kosmicznej, a jednocześnie potrafiła uderzyć w emocje z siłą kameralnego dramatu. Dla wielu czytelników opowieść uczonego i jego córki Rachel była doświadczeniem niemal osobistym.

Simmons nigdy nie zatrzymał się w jednym miejscu. Pisał horror (Trupia otucha), historyczną grozę i epikę (Terror, zekranizowany w 2018 roku jako serial AMC), wspinaczkową opowieść podszytą lękiem (Abominacja), literacką grę z Dickensem w Droodzie, a w dylogii Ilion i Olimp połączył mitologię grecką z kosmiczną fantastyką i literackimi aluzjami. Meandrował między gatunkami tak swobodnie, że próby przyklejenia mu jednej etykiety zawsze kończyły się uproszczeniem.

I tu dochodzimy do komentarza, który w przypadku Simmonsa wydaje się nieunikniony. On pisał wbrew bezpiecznym podziałom. Nie interesowało go, czy coś „jest czystym SF”, czy „prawdziwym horrorem”. Interesowało go, czy historia ma ciężar. Czy potrafi unieść temat wiary, historii, przemocy, pamięci, samotności. Czasem bywał nierówny, czasem zbyt ambitny, czasem zbyt rozbuchany. Ale nawet w słabszych książkach czuć było, że pisze ktoś, kto traktuje literaturę serio.

Dla polskich czytelników jego nazwisko przez lata było związane z Wydawnictwem MAG, które publikowało kolejne przekłady jego powieści. Hyperion, Upadek Hyperiona, Endymion, Triumf Endymiona, Terror, to nie były tylko tytuły na półce. To były książki, które zmieniały sposób patrzenia na fantastykę. Pokazywały, że można łączyć erudycję z emocją, literackie odniesienia z brutalną sceną grozy, filozofię z akcją.

Śmierć Simmonsa zamyka pewną epokę fantastyki pisanej z rozmachem i bez kompleksów. Odszedł autor, który nie bał się pisać powieści wielkich tematycznie i formalnie, który potrafił w jednym tomie zmieścić kosmos i intymność. Zostają jego książki. I być może to jest najwłaściwszy sposób, by go żegnać – wrócić do Hyperiona, do lodowatego świata Terroru, do tych momentów, w których fantastyka przestawała być eskapizmem, a stawała się czymś znacznie poważniejszym.

Bo Dan Simmons był przede wszystkim opowiadaczem. A dobrzy opowiadacze rzadko umierają całkiem.

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!