Komiksy

RECENZJA: Haerelands 1 | Kamienne mury, stare klątwy i trzy opowieści o tym, jak łatwo przegrać z losem

W fantastyce łatwo wpaść w pułapkę map, imperiów i wielkich nazw własnych, które mają zagłuszyć fakt, że pod spodem nie ma emocji ani stawki. Haerelands tom 1 idzie w przeciwną stronę. To nie jest komiks, który od progu krzyczy o swoim uniwersum. To album, który podsuwa trzy historie jak trzy legendy zasłyszane przy ogniu, każdą z innego krańca świata, a jednak wszystkie spięte wspólnym nerwem. Tu rządzi stal, wilgoć w kamieniu i codzienność ludzi, którzy nie dostali żadnego wytrycha do rzeczywistości. Dostali tylko własny upór, lęk i decyzje, które w złym momencie ważą tonę.

Antologiczna forma działa tu jak dobrze skrojone wprowadzenie. Zamiast wykładu o geografii Znanego Świata dostajemy smak, zapach i temperaturę miejsca. Raz jest to opowieść podszyta rycerskim etosem, gdzie ambicja potrafi brzmieć jak modlitwa, innym razem bardziej senna, symboliczna wędrówka, w której człowiek idzie przed siebie nie dlatego, że wie, tylko dlatego, że nie ma już dokąd wracać. I wreszcie historia osadzona w lodzie, w dusznym napięciu zamkniętej społeczności, która szybciej znajdzie winnego niż ratunek. Największą siłą albumu jest to, że każdy z tych segmentów ma własny rytm, a zarazem każdy kończy się uczuciem lekkiego chłodu pod skórą.

Świat Haerelandsu jest surowy i konsekwentny. Nadprzyrodzone elementy nie pełnią roli fajerwerków, tylko są czymś w rodzaju rysy na rzeczywistości, przez którą zaczyna sączyć się groza. Autorzy rozumieją, że magia najbardziej działa wtedy, kiedy nie rozwiązuje problemów, tylko je komplikuje. W tych opowieściach nie chodzi o to, by pokonać potwora. Czasem chodzi o to, by przeżyć własną dumę, własny strach, własną potrzebę prostych odpowiedzi. To fantasy, w którym bohaterowie częściej przegrywają z samymi sobą niż z tym, co czai się w mroku.

Scenariuszowo najciekawsze jest to, jak ten album unika oczywistej puenty w stylu moralitetu, a mimo to zostawia sens. Nie trzeba wielkich przemów, żeby zrozumieć, co tu jest stawką. Wystarczy cisza po scenie, spojrzenie, drobny gest, który zmienia znaczenie wcześniejszych słów. Dzięki temu całość ma w sobie coś z dawnych podań, gdzie opowieść nie kończyła się wyjaśnieniem, tylko echem. I nawet jeśli nie wszystkie fragmenty mają identyczną siłę rażenia, to album trzyma poziom konsekwencją tonu. To jest świat, w którym lepiej nie mówić zbyt głośno, czego się pragnie, bo los słucha.

Rysunki Wojtka Odronia budują klimat bez nadęcia. Kreska jest czytelna i skupiona na opowiadaniu, a nie na popisie, co w tego typu materiale działa na korzyść. Widać, że oprawa ma wspierać historię, nie rywalizować z nią. Dobrze wypadają twarze, zmęczenie i napięcie, oraz przestrzenie, które potrafią przytłoczyć skalą albo zimnem. Kolor i światło pracują na emocję scen, a nie na efekt pocztówkowy. Najlepsze kadry są wtedy, gdy realizm zderza się z czymś niepokojącym, ledwie zaznaczonym, jakby świat sam nie chciał do końca przyznać, że wierzy w zjawy.

Haerelands tom 1 to udany debiut dla tych, którzy lubią fantasy nieoczywiste, bardziej przyziemne w brudzie i kamieniu, a jednocześnie podszyte tajemnicą sprzed setek lat. Antologia działa jak obietnica, bo pokazuje, że w tym świecie można opowiadać różne historie, w różnych miejscach, bez utraty spójnej tożsamości. To komiks, który nie krzyczy, tylko wciąga, a kiedy już skończysz czytać, zostajesz z wrażeniem, że to dopiero początek i że te ziemie mają jeszcze kilka starych sekretów do oddania.

Aiden z Tego Świata

Uwielbiam podróże. Z książką, z komiksem, z mangą.
Na łonie natury najlepiej się odbiera. Dodam, że filmem i grą też nie gardzę.
I też da się je użytkować w dziczy!