Powrót Sidney Prescott zawsze brzmi jak obietnica. Obietnica powrotu do korzeni, do tego, co kiedyś działało jak precyzyjnie wbity nóż w serce slashera. Kevin Williamson, współtwórca serii i scenarzysta pierwszego filmu, tym razem nie tylko pisze, ale i reżyseruje. Na papierze to układ niemal idealny. Twórca mitologii wraca, by domknąć krąg. Tyle że Krzyk 7 jest jak ktoś, kto zna wszystkie zasady gry, ale nie potrafi już z nich wycisnąć napięcia.
Sidney Prescott próbuje żyć normalnie. Ma męża, córkę Tatum, własną przestrzeń z dala od Woodsboro.
Trauma została zapakowana w pudełko i odstawiona na półkę. Oczywiście tylko do czasu. Nowy Ghostface pojawia się tam, gdzie nie powinien. Tym razem to nie Sidney jest celem, lecz jej córka. Pomysł przeniesienia ciężaru na relację matka córka jest sprytny. To naturalna ewolucja postaci, która przez dekady była ikoną final girl. Zamiast kolejnego biegu przez korytarz z nożem za plecami, dostajemy historię o strachu przed dziedziczeniem traumy. I to naprawdę mogło zadziałać.
Pierwsza godzina filmu ma w sobie coś z klasycznego Krzyku. Jest autotematyczna zabawa konwencją, są dialogi mrugające do widza, jest kilka solidnych scen pościgu. Jedna z nich, w ciasnej przestrzeni, gdzie ostrze rozcina ściany centymetry od twarzy bohaterów, rzeczywiście buduje napięcie. Kill w barze, z użyciem kranu do piwa, jest brutalny i efektowny, może nawet przesadnie. Williamson pamięta, że ta seria powinna być krwawa i odrobinę bezczelna. Problem w tym, że poza pojedynczymi momentami napięcia narracja zaczyna się chwiać.
Film tonie w nostalgii. Powrót znanych twarzy, mrugnięcia do fanów, kolejne nawiązania do pierwszej części. To działa przez chwilę, ale szybko zaczyna przypominać autoparodię. Meta komentarz, który kiedyś był ostrzem serii, tutaj brzmi jak obowiązkowy punkt programu. To nie jest już dekonstrukcja slashera, tylko jego rekonstrukcja. Dialogi o regułach franczyzy są obecne, ale nie mają tej zadziorności. Brakuje w nich świeżości, która kiedyś dawała poczucie, że ktoś naprawdę igra z konwencją.
Co więcej, im więcej Ghostface’a na ekranie, tym mniej on przeraża. Kamera często pokazuje go w pełnej krasie, zbyt długo, zbyt dosłownie. Zamiast lęku mamy ekspozycję. Zamiast niepewności – ilustrację. Slasher żyje z niedopowiedzenia, z momentu przed ciosem, z ciszy w słuchawce. Tutaj często szybciej dostajemy efekt niż napięcie, jakby film bardziej zależał na ikonicznym kadrze niż na realnym dyskomforcie.
Największy problem pojawia się jednak w finale. Twist, który powinien uderzyć, wypada zaskakująco blado. Motywacje są słabo umotywowane, sprawiają wrażenie wyciągniętych w ostatniej chwili, jakby scenariusz potrzebował jakiegokolwiek szoku i
zdecydował się na najprostsze rozwiązanie. To zakończenie nie tyle zaskakuje, co rozczarowuje. W serii, która zasłynęła z inteligentnych zabaw tożsamością zabójcy, finałowy reveal powinien być punktem kulminacyjnym, a jest raczej mechanicznym odhaczeniem obowiązku. Brakuje poczucia, że ktoś naprawdę zaplanował tę intrygę od pierwszej sceny. Do tego dochodzą logiczne potknięcia, które trudno zignorować. Postaci przeżywają obrażenia, które powinny je wyeliminować. Rany znikają między scenami. Konsekwencje tracą wagę. A w slasherze bez realnego poczucia zagrożenia napięcie umiera pierwsze.
Warto też pamiętać, że Krzyk 7 powstawał w atmosferze napięcia i personalnych roszad. Odejścia poprzednich twarzy nowej odsłony, kontrowersje, zmiany reżyserskie. To wszystko nie jest tematem filmu, ale czuć je pod skórą. To produkcja, która wygląda, jakby chciała być bezpieczna. Bezpieczna wobec fanów. Bezpieczna wobec przeszłości. Bezpieczna wobec własnej legendy. A Krzyk nigdy nie był bezpieczny. Pierwsza część działała dlatego, że była złośliwa, pewna siebie i gotowa podważyć zasady gry. Tutaj czuć raczej chęć ich zachowania.
Neve Campbell robi, co może. Widać w niej zaangażowanie i powagę, która nadaje Sidney wymiar zmęczonej, ale wciąż gotowej do walki bohaterki. Isabel May jako Tatum ma potencjał, choć scenariusz nie daje jej wystarczająco mocnych scen, by stała się pełnoprawną dziedziczką serii. Joel McHale jako Mark wnosi poprawność, ale niewiele więcej. Reszta obsady to mieszanka poprawności i anonimowości. Problem polega na tym, że nie czujemy realnej więzi z nowym pokoleniem, a bez tego trudno przejąć się ich losem.

Najbardziej ironiczne jest to, że Krzyk 7 próbuje wrócić do podstaw. I pod pewnymi względami mu się to udaje. Jest Ghostface. Są telefony. Są brutalne morderstwa. Jest final girl. Ale powrót do podstaw nie wystarcza, jeśli nie towarzyszy mu świeżość. Seria, która kiedyś wyśmiewała klisze slashera, dziś sama się nimi podpiera.
Pomysł zbudowania historii wokół relacji matki i córki był naprawdę obiecujący. Można było pogłębić temat dziedziczenia traumy, lęku przed powtórzeniem przeszłości, medialnego mitu wokół Sidney. Można było pójść w coś na kształt radykalniejszej autorefleksji. Zamiast tego dostajemy produkcję, która wie, czym była kiedyś ta seria, ale nie do końca wie, czym chce być teraz. To nie jest katastrofa. To nie jest film, który niszczy franczyzę. To po prostu entry, które niedowozi. Sprytny punkt wyjścia, kilka mocnych scen, solidny powrót Campbell i jednocześnie rozmyta narracja oraz twist bez ciężaru. A w przypadku Krzyku finał powinien zostawiać widza z poczuciem, że ktoś właśnie pociągnął za właściwy sznurek. Tutaj sznurek się urywa.



