Wyobrażenie świata bez ulubionej książki brzmi jeszcze całkiem niewinnie. Gorzej, kiedy wraz z książką znika wszystko, co dzięki niej wydarzyło się później. Ktoś nie wybiera zawodu, do którego popchnęła go przeczytana w dzieciństwie historia. Ktoś inny traci wspomnienie osoby, z którą dzielił konkretne opowieści. Rodzinny przepis przestaje istnieć, bo zapisano go w zeszycie, którego nigdy nie było. Aubrey Hartman bierze więc bardzo dziecięce marzenie o spotkaniu prawdziwej magii i szybko podsuwa pod nie znacznie mniej wygodne pytanie: ile właściwie zawdzięczamy historiom, które przeczytałyśmy? W Lwie, który się odważył odpowiedź okazuje się zdecydowanie większa niż półka pełna papieru.
Dwunastoletnia Poppy Woodlock trafia z rodziną do Oregonu, gdzie jej rodzice mają zająć się renowacją starej posiadłości Lark-Hayes Manor. Dla nich to kolejny projekt, dla starszego brata przeprowadzka szybko przestaje być problemem, ale Poppy nie potrafi odnaleźć się równie łatwo. W nowej szkole pozostaje gdzieś z boku, w domu czuje, że bliscy martwią się jej wycofaniem, a najpewniejszym miejscem nadal są książki. Dziewczynka nie traktuje czytania wyłącznie jako hobby. Literatura jest dla niej językiem, którym rozumie świat, kryjówką i dowodem, że rzeczy niezwykłe mogą istnieć choćby na kilka godzin pomiędzy okładkami. Hartman bardzo dobrze wykorzystuje ten punkt wyjścia, bo kiedy magia rzeczywiście pojawia się w życiu Poppy, trudno dziwić się, że bohaterka chce złapać ją obiema rękami.
Podczas nocnej wyprawy po posiadłości Poppy odkrywa uwięzioną w zniszczonym basenie wodną nimfę. Istota oferuje jej coś, czego dziewczynka pragnęła od dawna: dowód, że magia nie kończy się na stronach powieści. Cena wydaje się z początku dziwnie konkretna, a przez to niemal niewinna. Poppy ma oddać ukochaną książkę, Lwa, czarownicę i starą szafę. W zamian otrzymuje Samsona, skrzydlate lwiątko tak bardzo przypominające stworzenie z jej wyobrażeń, że początkowo można uwierzyć, iż dziewczynka właśnie wygrała dziecięcą loterię wszechczasów. Problem polega na tym, że magiczne umowy mają wyjątkowo nieprzyjemną skłonność do przemilczania najważniejszych punktów regulaminu.
Każdej nocy Samson rośnie, a ze świata znika następna książka. Nie tylko fizyczny egzemplarz. Znika sam utwór, pamięć o nim i wszystko, co mógł pozostawić w ludziach. Poppy jest jedyną osobą świadomą kolejnych ubytków. To właśnie tutaj Lew, który się odważył przestaje być po prostu sympatyczną historią o dziewczynce i magicznym zwierzęciu. Hartman uruchamia efekt domina i pokazuje, że literatura oddziałuje na rzeczywistość w sposób trudny do policzenia. Czytamy książkę, odkładamy ją na półkę, a kilka lat później nawet nie pamiętamy, że jakieś zdanie wpłynęło na decyzję, upodobanie czy sposób myślenia. Dopiero usunięcie opowieści ujawnia pustkę po czymś, czego wcześniej nawet nie nazywałyśmy.
Bardzo dobrze działa przykład rodzinnego dziennika zawierającego przepisy i zapiski bliskiej osoby. Hartman poszerza dzięki niemu znaczenie słowa „książka”. Nie chodzi wyłącznie o kanon literatury, wielkie powieści czy tytuły, które zmieniły historię kultury. Tekst może być prywatnym archiwum pamięci. Może przechowywać czyjś charakter, sposób mówienia, smak konkretnego ciasta, drobną uwagę zapisaną na marginesie. Kiedy taki przedmiot znika, nie tracimy jedynie zapisanych zdań. Czasami znika fragment relacji z człowiekiem, którego nie można już zapytać o nic ponownie. Dla młodszych czytelników to bardzo przystępny sposób pokazania czegoś, nad czym dorośli również rzadko się zastanawiają: pamięć nie siedzi wyłącznie w naszej głowie, tylko rozkłada się po przedmiotach, słowach i historiach.
Samson jest przy tym czymś więcej niż efektownym fantastycznym kompanem. Skrzydlaty lew wygląda jak spełnienie marzenia Poppy, ale sam również musi zmierzyć się ze strachem, nauczyć się używać własnego głosu i przestać definiować siebie przez to, czego jeszcze nie potrafi. Jego relacja z dziewczynką działa dlatego, że oboje mierzą się z podobnym problemem na dwóch różnych poziomach. Poppy chowa się w książkach, gdy rzeczywistość okazuje się zbyt trudna, Samson nie umie zaufać własnym możliwościom. Jedno nie może po prostu „naprawić” drugiego. Wspólnie uczą się natomiast czegoś, czego nie da się wyczarować życzeniem: odwagi nie polegającej na braku lęku, tylko na zrobieniu czegoś mimo niego.
Poppy jest zresztą bohaterką napisaną z dużą sympatią, ale bez robienia z niej chodzącego ideału małej czytelniczki. Popełnia poważny błąd, bo chce czegoś dla siebie i zbyt szybko ufa istocie, która oferuje spełnienie marzenia. To ważne, bo cała dalsza historia nie opowiada o pokonaniu zewnętrznego złoczyńcy, który bez przyczyny sprowadził nieszczęście na niewinną dziewczynkę. Poppy sama uruchamia problem i musi wziąć za niego odpowiedzialność. Dziecięca literatura często boi się pozwolić bohaterom naprawdę zawinić, jakby sympatyczna postać nie mogła jednocześnie postąpić głupio. Hartman nie ma z tym kłopotu. Dziewczynka może być samotna, zagubiona i spragniona magii, a jednocześnie podjąć fatalną decyzję. Jedno nie unieważnia drugiego.
Dzięki temu sensownie wypada również temat przepraszania i naprawiania własnych błędów. Odwaga w tytule nie odnosi się tylko do lwa. Poppy stopniowo odkrywa, że czasem trudniej przyznać „to przeze mnie” niż wejść do tajemniczego pomieszczenia w starej posiadłości. Jeszcze trudniej zaakceptować, że dobre intencje nie kasują skutków działania. Ta lekcja pojawia się bez stawiania bohaterki pod tablicą i zmuszania jej do wygłoszenia pięciominutowego morału. Konsekwencje po prostu zaczynają dotykać ludzi wokół niej i dziewczynka coraz wyraźniej rozumie, że magia, której tak pragnęła, nie zwalnia jej z odpowiedzialności.
Hartman ciekawie podchodzi także do samego eskapizmu. Poppy kocha książki i powieść ani przez chwilę nie próbuje przekonywać, że czytanie jest ucieczką dla osób niepotrafiących radzić sobie z prawdziwym światem. Wręcz przeciwnie, literatura okazuje się jednym ze źródeł jej wrażliwości. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy fikcja staje się jedynym miejscem, w którym dziewczynka czuje się bezpiecznie. Poppy musi nauczyć się mówić o własnych potrzebach, postawić granice, wejść w relacje z innymi i znaleźć dla siebie przestrzeń również poza stronami powieści. Książki mogą pomagać przeżyć życie, ale nie powinny go całkowicie zastępować.
Ten wątek szczególnie dobrze łączy się z trudnościami bohaterki w szkole. Przeprowadzka, samotność i poczucie bycia niewidzialną nie są jedynie realistycznym dodatkiem przed rozpoczęciem właściwej przygody. Hartman prowadzi oba światy równolegle. Magiczna opowieść o Samsonie, znikających książkach i nimfie cały czas odbija emocjonalne problemy Poppy. Dlatego nawet najbardziej fantastyczne rozwiązania pozostają zakotwiczone w czymś znajomym. Wielu młodszych czytelników nie spotka wodnej nimfy ani skrzydlatego lwa, ale uczucie wejścia do klasy, w której wszyscy zdążyli już znaleźć swoje miejsce, jest znacznie mniej egzotyczne.
W drugiej połowie książki więcej miejsca zajmuje właśnie codzienność i szkolne relacje, przez co tempo chwilami zwalnia. Sama czułam różnicę, bo początek z tajemniczą posiadłością, nocnymi wyprawami i odkrywaniem Samsona ma bardzo naturalną przygodową energię. Później Hartman na moment odsuwa część fantastycznych atrakcji, żeby doprowadzić do końca przemianę Poppy. Można odczuć lekki spadek dynamiki, ale nie nazwałabym tych fragmentów zbędnymi. Bez nich finał ryzykowałby sprowadzeniem całej historii do pytania, jak odkręcić magiczną umowę. Tymczasem ważniejsze jest to, co dziewczynka zrozumie, zanim w ogóle spróbuje ją odkręcić.
Oczywiście duch Opowieści z Narnii unosi się nad całością bardzo wyraźnie. Trudno byłoby zresztą inaczej, skoro jedna z najważniejszych książek Poppy bezpośrednio odsyła do Lewisa, a sam Samson natychmiast budzi skojarzenia z Aslanem. Pojawiają się także echa Niekończącej się historii, stara posiadłość z zakazanymi miejscami, niebezpieczna istota oferująca pozornie korzystną umowę i dziecięce pragnienie przejścia z roli czytelniczki do uczestniczki prawdziwej baśni. Hartman nie ukrywa tych inspiracji. Znacznie ciekawsze jest jednak to, jak je przestawia. Poppy nie przechodzi do świata znanego z książki. To literatura zaczyna znikać z jej własnego świata, a konsekwencje okazują się dużo większe niż utrata możliwości ponownego przeczytania ukochanej historii.
Wizualnie łatwo pokochać sam pomysł na Samsona. Skrzydlaty lew brzmi jak stworzenie zaprojektowane specjalnie po to, żeby dzieci natychmiast chciały mieć własnego, i przyznaję, że dorosłość niespecjalnie uodparnia na ten efekt. Hartman wykorzystuje jednak jego niezwykłość z umiarem. Samson nie jest magicznym gadżetem ani gadającym pomocnikiem rzucającym dowcipami pomiędzy kolejnymi scenami. Jego strach, rozwój i relacja z Poppy mają własny ciężar. Właśnie dlatego emocjonalne momenty pomiędzy nimi nie wydają się wymuszone, choć sama konstrukcja „dziecko i niezwykłe stworzenie” należy przecież do najstarszych numerów w repertuarze literatury dziecięcej.
Język jest przystępny, ale Hartman nie pisze tak, jakby dziewięcio- czy dwunastolatka wymagała maksymalnie uproszczonego zdania i koniecznie jednego przymiotnika na stronę. W materiałach dotyczących książki zwracano uwagę na liczne metafory i porównania, które potrafią na moment zatrzymać czytelnika. To dobrze współgra z bohaterką żyjącą trochę poprzez język przeczytanych historii. Poppy zauważa świat jak osoba karmiona literaturą, więc bardziej obrazowe frazy nie sprawiają wrażenia stylistycznej ozdoby doklejonej do prostego tekstu dla dzieci.
Pod powierzchnią przygody kryje się przy tym coś, co szczególnie lubię w dobrej literaturze dla młodszych odbiorców: brak przekonania, że wartościowy temat musi być podany śmiertelnie poważnie. Hartman może opowiadać o samotności, odpowiedzialności, asertywności, wpływie kultury na tożsamość i pamięci rodzinnej, a jednocześnie pozwala dziewczynce biegać po starej posiadłości ze skrzydlatym lwem. Jedno nie degraduje drugiego. Wręcz przeciwnie, fantastyka tworzy bezpieczny dystans potrzebny do rozmowy o rzeczach, które bez niego mogłyby zabrzmieć jak kolejna dorosła pogadanka o tym, jak należy zachowywać się w szkole.
Najciekawsze pytanie książka zostawia jednak poza samą fabułą. Który tytuł należałoby usunąć z naszego życia, żebyśmy stali się trochę innymi ludźmi? U jednej osoby będzie to powieść przeczytana w dzieciństwie, u innej komiks, baśń, szkolna lektura odkryta w odpowiednim momencie albo książka podarowana przez kogoś ważnego. Czasami umiemy wskazać taki tekst natychmiast. Znacznie częściej jego wpływ jest już tak głęboko wmieszany w osobowość, że trudno oddzielić człowieka od tego, co kiedyś przeczytał. Hartman bierze tę niewidzialną zależność i robi z niej mechanizm magicznego zagrożenia.
Lew, który się odważył mógł skończyć jako bardzo sympatyczna opowieść o dziewczynce, która marzyła o magii i dostała własnego skrzydlatego lwa. Na szczęście szybko okazuje się, że spełnienie marzenia jest dopiero początkiem kłopotów. Poppy chciała dowodu, że historie mogą stać się rzeczywistością. Dostaje coś znacznie bardziej przewrotnego: możliwość zobaczenia, jak wyglądałaby rzeczywistość pozbawiona historii. I dopiero wtedy naprawdę rozumie, dlaczego książki były dla niej tak ważne jeszcze zanim na terenie Lark-Hayes Manor pojawiła się pierwsza nimfa.
Po tej lekturze nie mam więc szczególnej ochoty zastanawiać się, jakie życzenie wypowiedziałabym przed magiczną istotą. Bardziej interesuje mnie to, której książki za nic nie oddałabym w zamian. Poppy potrzebuje sporo czasu, żeby odkryć, że opowieści nie są przeciwieństwem prawdziwego życia. Przeciwnie, kawałki przeczytanych historii potrafią stać się jego częścią tak cicho, że zauważamy je dopiero w chwili, kiedy ktoś próbuje je nam odebrać. Skrzydlaty lew jest w tej powieści wspaniały. Ale nie wymieniłabym za niego własnej biblioteczki.

