Najtrudniejsze powroty nie dotyczą miejsc, lecz ludzi, których pamiętaliśmy inaczej. Jean Louise Finch wraca do Maycomb przekonana, że zna to miasteczko, własną rodzinę i przede wszystkim ojca. Dopiero na miejscu odkrywa, że część jej wspomnień była nie tyle fałszywa, ile zbudowana z dziecięcej perspektywy, która nie potrafiła jeszcze dostrzec wszystkich pęknięć. Idź, postaw wartownika jest właśnie o takim momencie. O chwili, w której przestajemy patrzeć na bliskich jak na niepodważalne autorytety i zaczynamy widzieć ich jako ludzi, ze wszystkimi sprzecznościami, uprzedzeniami i słabościami.
To dlatego ta książka potrafi zaboleć znacznie bardziej niż wiele zwyczajnie smutnych historii. Harper Lee nie niszczy czytelnikowi świata przez tragedię, ale przez zmianę perspektywy. Atticus Finch, który dla wielu po Zabić drozda stał się niemal synonimem uczciwości i moralnego kręgosłupa, zostaje pokazany w zupełnie innym świetle. Dla Jean Louise jest to wstrząs osobisty. Dla czytelnika może być równie dotkliwy. Nie da się jednak sensownie mówić o Idź, postaw wartownika jak o zwykłej kontynuacji Zabić drozda. Chronologicznie wydarzenia rozgrywają się później, ale literacko to właśnie Wartownik powstał wcześniej. Jest więc bardziej szkicem, punktem wyjścia i pierwotnym zamysłem, z którego dopiero później wyrosła znacznie dojrzalsza konstrukcyjnie powieść. Ta świadomość bardzo zmienia odbiór, bo tłumaczy zarówno podobieństwa, jak i sprzeczności między tymi książkami.
Jean Louise ma dwadzieścia sześć lat, mieszka w Nowym Jorku i wraca do rodzinnego Maycomb na krótki pobyt. Nie jest już Skautem obserwującym świat z dziecięcym zdziwieniem, choć momentami zachowuje w sobie więcej z tamtej dziewczynki, niż sama chciałaby przyznać. Nowy Jork dał jej dystans, samodzielność i doświadczenie życia poza południową społecznością, ale nie nauczył jej jeszcze, jak radzić sobie z rozpadem własnego obrazu domu. Początkowo powrót ma w sobie sporo nostalgii. Pojawiają się znajome miejsca, krewni, dawne relacje i wspomnienia z dzieciństwa. Harper Lee regularnie zatrzymuje akcję, by wracać do przeszłości Jean Louise. Te retrospekcje bywają zabawne i mają sporo uroku, ale jednocześnie właśnie tutaj najmocniej czuć roboczy charakter książki. Nie wszystkie równie dobrze łączą się z głównym konfliktem i niektóre wyglądają jak pomysły, które w późniejszym procesie redakcyjnym mogłyby zostać rozwinięte albo całkowicie usunięte.
Sama teraźniejszość jest znacznie bardziej duszna. Amerykańskie Południe lat pięćdziesiątych znajduje się w okresie gwałtownych przemian związanych z prawami obywatelskimi i końcem prawnej segregacji rasowej. Maycomb reaguje na nie dokładnie tak, jak można spodziewać się po społeczności zbudowanej na wieloletnich podziałach. Zamiast gotowości na zmianę pojawia się lęk, opór i chęć zachowania dotychczasowej hierarchii. Jean Louise nie jest na to przygotowana, choć przecież powinna być. To jedna z rzeczy, które początkowo najbardziej mnie w niej drażniły. Dorastała w Alabamie, znała jej mieszkańców i obserwowała nierówności już jako dziecko. Jej zdziwienie momentami wydaje się więc niemal przesadne, jakby dopiero wyjazd do Nowego Jorku pozwolił jej zobaczyć coś, co wcześniej znajdowało się na wyciągnięcie ręki.
Z czasem zaczyna to jednak mieć większy sens. Jean Louise nie odkrywa nagle istnienia rasizmu. Odkrywa, że dotyczy on ludzi, których umieściła poza zasięgiem tego osądu. Zupełnie inaczej potępiać uprzedzenia jakiegoś sąsiada, a inaczej zobaczyć je u własnego ojca. Największym problemem bohaterki nie jest więc samo Maycomb. Jest nim rozpad przekonania, że Atticus znajduje się moralnie ponad swoim otoczeniem. To właśnie tutaj książka staje się najciekawsza. Harper Lee pokazuje bardzo niewygodny moment dojrzewania, który nie ma nic wspólnego z opuszczaniem rodzinnego domu czy zdobywaniem pierwszej pracy. Jean Louise musi mentalnie odseparować się od ojca. Przez całe życie traktowała jego poglądy niemal jak własne sumienie. Atticus nie był dla niej tylko rodzicem, ale punktem odniesienia pozwalającym odróżniać dobro od zła. Odkrycie, że ten punkt może być wadliwy, zostawia ją praktycznie bez narzędzi.
Dlatego jej reakcja jest gwałtowna, melodramatyczna i momentami zwyczajnie męcząca. Jean Louise krzyczy, oskarża, wpada w skrajności i zachowuje się bardziej jak zdradzone dziecko niż niezależna dwudziestosześcioletnia kobieta. Można się na nią irytować, ale właśnie w tym zachowaniu kryje się sedno problemu. Ona nadal potrzebowała ojca jako symbolu moralnej pewności, choć sama uważała się już za całkowicie samodzielną. Idź, postaw wartownika jest więc w dużej mierze powieścią o konieczności zbudowania własnego sumienia. Tytułowy wartownik nie ma stać przed domem ani pilnować porządku publicznego. Ma istnieć wewnątrz człowieka. Jean Louise musi nauczyć się podejmować moralne decyzje bez oglądania się na to, co zrobiłby Atticus. To trafny temat i zdecydowanie najważniejsza rzecz, jaką wyciągnęłam z tej książki. Można kochać własną rodzinę i jednocześnie nie zgadzać się z jej poglądami. Można szanować człowieka bez przyjmowania jego systemu wartości. Można też odkryć, że autorytet był niedoskonały, i nie oznacza to automatycznie, że całe wcześniejsze życie było kłamstwem.
Problem polega na tym, jak powieść prowadzi tę myśl do finału. Dyskusje Jean Louise z Atticusem i wujem Jackiem należą do najbardziej intensywnych fragmentów książki, ale jednocześnie budzą największe zastrzeżenia. Lee próbuje stworzyć spór, w którym bohaterka musi zmierzyć się nie tylko z cudzym rasizmem, lecz także z własną niezdolnością do zaakceptowania, że ludzie mogą mieć poglądy, które uważa za odrażające. Sam pomysł jest ciekawy, ale argumentacja drugiej strony zostaje potraktowana chwilami z zadziwiającą pobłażliwością.
Atticus nie zostaje przedstawiony jako człowiek, który nagle zaczął nienawidzić czarnoskórych mieszkańców Południa. Jego poglądy są bardziej paternalistyczne, podszyte przekonaniem o wyższości białych i potrzebie kontrolowania tempa zmian społecznych. To nie czyni ich mniej problematycznymi, ale sprawia, że konflikt nie daje się sprowadzić do prostego starcia dobra ze złem. I właśnie ta niejednoznaczność jest jednocześnie siłą i słabością książki.
Z jednej strony Harper Lee podejmuje temat znacznie bardziej skomplikowany niż opowieść o jednoznacznie prawym człowieku przeciwstawiającym się niesprawiedliwości. Z drugiej nie jestem przekonana, czy sama do końca wiedziała, jak chce ten konflikt rozstrzygnąć. Ostatnie rozmowy próbują pogodzić moralny sprzeciw Jean Louise z czymś na kształt akceptacji prawa innych ludzi do błędnych poglądów. Efekt jest momentami zbyt łagodny wobec tego, co wcześniej zostało pokazane. Trudno przecież traktować rasizm wyłącznie jak różnicę zdań przy rodzinnym stole. To nie spór o politykę podatkową czy sposób prowadzenia lokalnej administracji, ale system przekonań mający realne konsekwencje dla całych grup ludzi. Dlatego część finałowej argumentacji brzmi dziś szczególnie niezręcznie, choć zapewne już w czasie powstawania powieści nie była tak neutralna, jak próbuje ją przedstawiać narracja.
Jednocześnie doceniam, że książka zmusza do pewnego dyskomfortu. Znacznie łatwiej czyta się historie, w których rasizm ma twarz jednoznacznego antagonisty. Wtedy wiadomo, gdzie ustawić granicę moralną i komu kibicować. Idź, postaw wartownika stawia przed bohaterką człowieka, którego kocha, i zmusza ją do zaakceptowania, że miłość nie unieważnia sprzeciwu. Atticus jest przez to postacią znacznie mniej wygodną niż w Zabić drozda. Można nawet powiedzieć, że mniej atrakcyjną literacko, bo traci niemal pomnikowy status. Nie wydaje mi się jednak, żeby należało za wszelką cenę łączyć oba obrazy w jedną całkowicie spójną biografię. Widać zbyt wyraźnie, że mamy do czynienia z dwiema wersjami tego samego materiału tworzonymi na różnych etapach pracy.
Dlatego znacznie lepiej czytało mi się Wartownika jako alternatywną wersję Maycomb niż dosłowny ciąg dalszy. Takie podejście pozwala również inaczej spojrzeć na samą Jean Louise. Skaut z Zabić drozda jest narratorką skonstruowaną później, w powieści dopracowanej wokół dziecięcej perspektywy. Tutaj Jean Louise funkcjonuje jako bohaterka innego rodzaju historii. Jest kobietą próbującą wyzwolić się spod wpływu miejsca, które jednocześnie kocha i odrzuca.
Jej stosunek do Maycomb jest pełen sprzeczności. Bohaterka wyjechała do Nowego Jorku, ale nadal wraca. Drażnią ją miejscowe normy, a jednocześnie zna każdy ich szczegół. Czuje się bardziej niezależna niż ludzie, którzy zostali, lecz sama wciąż emocjonalnie zależy od ich akceptacji. To bardzo wiarygodne napięcie, nawet jeśli Jean Louise bywa przy tym nieznośna. Maycomb również nie jest już miejscem obserwowanym z bezpiecznej perspektywy dziecka. To duszna społeczność, w której plotka, konwenans i przynależność do określonej rodziny znaczą niemal tyle samo co indywidualne przekonania. Ludzie wiedzą, gdzie jest ich miejsce i gdzie według miejscowych zasad powinno znajdować się miejsce innych.
Bardzo dobrze wypada sposób, w jaki Lee pokazuje mechanizm społecznej ciągłości. Rasizm nie istnieje tutaj wyłącznie dzięki kilku fanatykom. Podtrzymują go zwyczajni ludzie, którzy wolą spokój od zmiany, tradycję od refleksji i zgodę z sąsiadami od moralnego konfliktu. Właśnie dlatego trudno go naruszyć. Mniej przekonuje mnie konstrukcja samej powieści. Przez dużą część książki fabuła rozwija się wolno, a główny konflikt pojawia się późno. Wcześniej dostajemy rodzinne sceny, wspomnienia i dialogi, które nie zawsze prowadzą w wyraźnym kierunku. Kiedy następuje przełom, emocje gwałtownie eksplodują, a następnie wszystko zostaje rozwiązane stosunkowo szybko.
Czuć w tym tekst, który nie przeszedł jeszcze pełnego procesu redakcyjnego prowadzącego do ostatecznej formy. Niektóre pomysły są świetne, ale stoją obok siebie zamiast tworzyć jednolitą konstrukcję. Retrospekcje mają urok, lecz nie zawsze pomagają teraźniejszej fabule. Dialogi potrafią być znakomite, ale chwilami zamieniają się w długie argumentacyjne tyrady. Jednocześnie język Harper Lee nadal ma ogromną lekkość. Maycomb żyje w sposobie mówienia bohaterów, ich drobnych gestach i obserwacjach Jean Louise. Autorka bardzo dobrze wychwytuje absurd codziennych zachowań i potrafi w jednej chwili przejść od humoru do poważniejszego tonu. Nawet gdy konstrukcja powieści się chwieje, same sceny często czyta się z dużą przyjemnością.
Najwięcej emocji wywołuje oczywiście konfrontacja z tym, co stało się z postaciami znanymi z Zabić drozda. Niektórych niemal nie ma, inni zmienili się diametralnie, a jeszcze inni pokazują strony, których czytelnik wcześniej nie znał. Można odebrać to jako zdradę własnych wyobrażeń. Rozumiem każdego, kto po tej lekturze chciałby po prostu wrócić do wcześniejszej książki i udawać, że Wartownik nigdy nie istniał. Sama nie mam jednak potrzeby całkowitego odrzucenia tej wersji.
Właśnie dlatego, że nie traktuję jej jak obowiązującego dalszego ciągu. Bardziej interesuje mnie jako możliwość zajrzenia do warsztatu autorki i zobaczenia, od czego rozpoczęła się droga prowadząca do Zabić drozda. Można dostrzec tutaj zalążki późniejszych pomysłów, inne ujęcia tych samych postaci i tematy, które w kolejnej wersji zostały rozwinięte znacznie lepiej.
To również fascynujący przykład tego, ile może zmienić dobra redakcja. Gdyby Harper Lee opublikowała tylko Idź, postaw wartownika, prawdopodobnie nie zostałaby zapamiętana w ten sam sposób. Powieść ma talent, świetne obserwacje i mocny rdzeń emocjonalny, ale nie posiada jeszcze tej precyzji, dzięki której Zabić drozda stało się dziełem tak silnym.
Nie zmienia to faktu, że sam konflikt Jean Louise jest bardzo wartościowy. Dorastanie często opisuje się jako proces odnajdywania własnej tożsamości, ale rzadziej mówi się o konieczności rozmontowania tożsamości odziedziczonej. Bohaterka musi oddzielić własne przekonania od poglądów ojca i od społeczności, która ją wychowała. Nie może już być moralna dlatego, że Atticus taki był w jej oczach. Musi sama zdecydować, czym moralność dla niej jest. To właśnie symbol wartownika działa najlepiej.
Człowiek potrzebuje wewnętrznego głosu, który nie milknie tylko dlatego, że wszyscy dookoła mówią coś innego. Nie może oddać go ojcu, partnerowi, rodzinie ani nawet społeczności, której ufa. Jean Louise długo tego nie rozumiała, ponieważ jej wartownikiem był Atticus. Dopiero kiedy traci wiarę w jego nieomylność, zmuszona jest postawić własnego. Nie podoba mi się wszystko, co powieść robi z tym pomysłem, ale sam temat pozostaje mocny. Autorytet może nauczyć człowieka zasad, lecz dojrzałość zaczyna się w momencie, kiedy trzeba je sprawdzić bez jego pomocy. Czasami oznacza to nawet sprzeciwienie się osobie, od której te zasady kiedyś otrzymaliśmy.
Idź, postaw wartownika trudno mi więc jednoznacznie polecać jako książkę dla każdego, kto pokochał Zabić drozda. To nie jest bezpieczny powrót do ukochanych bohaterów. Nie oferuje nostalgicznej wizyty w Maycomb i nie potwierdza wcześniejszych wyobrażeń. Przeciwnie, potrafi je brutalnie rozmontować. Jako samodzielna powieść ma natomiast wyraźne niedoskonałości. Jest nierówna, zbyt statyczna, miejscami chaotyczna i nie zawsze przekonująco prowadzi własny spór ideowy. Jean Louise bywa irytująca, Atticus może wywołać autentyczną złość, a finał nie daje takiego rozstrzygnięcia, jakiego można oczekiwać po wcześniejszym napięciu.
Mimo tego nie uważam jej za książkę niepotrzebną. Nie jest wielkim literackim powrotem ani równorzędną następczynią Zabić drozda, ale ma własną wartość. Pokazuje inną Harper Lee, bardziej surową, mniej uporządkowaną i próbującą zmierzyć się z problemem, którego sama jeszcze nie potrafiła zamknąć w idealnej formie. Najmocniej zostaje ze mną nie sam Atticus, lecz rozczarowanie Jean Louise. Ten szczególny rodzaj bólu, kiedy człowiek odkrywa, że ktoś, kogo podziwiał przez całe życie, nie jest osobą, którą sobie stworzył. Można wtedy próbować odbudować dawny pomnik albo go całkowicie roztrzaskać. Jean Louise musi zrobić coś trudniejszego: zaakceptować, że nigdy nie było żadnego pomnika, był tylko człowiek. I chyba właśnie dlatego Idź, postaw wartownika tak łatwo wywołuje złość. Nie zabiera czytelnikowi wyłącznie idealnego Atticusa. Przypomina, że prędzej czy później każdy musi przestać pożyczać cudze sumienie i postawić własnego wartownika.

