Hye-jin właściwie codziennie obserwuje własną starość. Wystarczy wschód słońca, żeby dwudziestokilkuletnia dziewczyna stała się osiemdziesięcioczteroletnią kobietą, a wieczorem cały proces odbywa się w przeciwną stronę. Nie chodzi tylko o zmarszczki, siwe włosy czy słabsze ciało. Razem z wyglądem zmienia się sposób, w jaki widzą ją inni ludzie, praca, jaką może wykonywać, i życie, na jakie społeczeństwo jest gotowe jej pozwolić. Marta Żurawska zaczyna więc Dwa oblicza Hye-jin od pomysłu, który spokojnie wystarczyłby na powieść samą w sobie, po czym dorzuca zaginięcia młodych kobiet, policyjne śledztwo, tajemniczy naszyjnik, koreańską legendę i detektywa mającego własny bagaż tajemnic. Czasami mam wrażenie, że wrzuca do tej historii nawet trochę za dużo. Z drugiej strony właśnie dlatego trudno się przy niej nudzić.
Sama klątwa od początku zainteresowała mnie bardziej niż pytanie o jej fantastyczne zasady. Hye-jin nie może normalnie studiować, pracować, zakochiwać się ani po prostu planować przyszłości, skoro połowę doby spędza w ciele kobiety starszej o kilkadziesiąt lat. Za dnia sprząta komisariat. Dopiero nocą odzyskuje twarz odpowiadającą jej rzeczywistemu wiekowi. Żurawska nie potrzebuje wielkich deklaracji, żeby pokazać niesprawiedliwość tej sytuacji. Wystarczy obserwować, jak zmienia się zachowanie ludzi wobec bohaterki. Osobowość pozostaje przecież ta sama. Inne jest wyłącznie ciało i wszystko, co otoczenie automatycznie z niego wyczytuje.
Można byłoby zrobić z tego dość oczywistą przypowieść o powierzchowności, ale ciekawsze wydaje mi się coś innego. Hye-jin nie ma luksusu stopniowego starzenia. Każdego ranka zostaje brutalnie przerzucona na drugi koniec życia, a nocą ponownie dostaje młodość, z której nie może w pełni korzystać. Zna więc ograniczenia starości, zanim zdążyła naprawdę przeżyć młodość. To nadaje jej ostrożności pewien smutny sens. Nie jest dziewczyną, która po prostu ukrywa magiczny sekret. Od lat organizuje całą codzienność wokół czegoś, czego nikt nie może zobaczyć.
Za tą niezwykłością stoi również strata. Klątwa odebrała jej rodziców, edukację, perspektywy zawodowe i sporą część doświadczeń uznawanych za zupełnie zwyczajne dla osoby w jej wieku. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego tak pilnie strzeże swojej tajemnicy. Ujawnienie jej nie musi oznaczać wyzwolenia. Równie dobrze mogłoby zamienić Hye-jin w sensację, obiekt badań albo dziwadło. Bohaterka nauczyła się funkcjonować pomiędzy dwiema tożsamościami, chociaż żadna nie daje jej pełnej swobody.
Wszystko zaczyna się komplikować za sprawą naszyjnika trafiającego do Kanga Beot-seoka. Przedmiot łączy rodzinę Hye-jin ze sprawą zaginięć młodych kobiet, a prywatna tajemnica bohaterki zaczyna nachodzić na policyjne dochodzenie. To bardzo wygodne fabularne połączenie, ale sprawdza się, bo od tej chwili oba podstawowe wątki mogą rozwijać się równolegle. Chcemy wiedzieć, co stało się z kobietami, lecz rozwiązanie sprawy prowadzi jednocześnie coraz bliżej odpowiedzi dotyczących samej Hye-jin.
Żurawska dobrze wykorzystuje fakt, że jej bohaterka może pojawiać się przy tych samych osobach jako dwie pozornie różne kobiety. Starsza Hye-jin jest niemal niewidzialna. Sprzątaczka na komisariacie może usłyszeć więcej, niż policjanci przypuszczają, właśnie dlatego, że mało kto traktuje ją jako potencjalnie ważną uczestniczkę wydarzeń. Młoda Hye-jin automatycznie wywołuje inne reakcje. To fabularna zabawa tożsamością, ale zarazem całkiem celna obserwacja dotycząca wieku. Starsze kobiety potrafią stać się dla otoczenia przezroczyste, podczas gdy młode są obserwowane zdecydowanie częściej, choć niekoniecznie z powodów, których same by chciały.
Na tym tle Kang wypada znacznie ciekawiej, niż początkowo się spodziewałam. To nie kryształowy policjant, którego funkcją jest rozwiązanie sprawy i ewentualne zakochanie się w bohaterce. Ma za sobą gangsterską przeszłość, potrafi manipulować, prowadzi śledztwa metodami dalekimi od podręcznikowych i ma problem z alkoholem. Obsesyjność pomaga mu w pracy, ale trudno uznać ją za zdrową cechę. Żurawska pozostawia więc wystarczająco dużo rys na jego charakterze, żeby zainteresować czymś więcej niż rolą detektywa.
Hye-jin również nie jest niewinną ofiarą czekającą, aż ktoś rozwiąże za nią problemy. Ostrożność przez lata nauczyła ją planowania, obserwowania innych i ukrywania własnych zamiarów. Potrafi być przebiegła. W zestawieniu z Kangiem daje to duet, w którym obie strony nieustannie próbują dowiedzieć się o sobie trochę więcej, jednocześnie zachowując część kart dla siebie. Ich przeszłość dodatkowo komplikuje łatwy podział na bohaterów dobrych i złych.
Gorzej przekonuje mnie moment, w którym ta relacja zaczyna przesuwać się w stronę romantyczną. Nie dlatego, że sam pomysł jest zły. Przeciwnie, romans kobiety funkcjonującej w dwóch ciałach z mężczyzną poznającym oba jej oblicza daje mnóstwo interesujących możliwości. Problem tkwi w ilości miejsca przeznaczonego na rozwinięcie uczucia. Przyjaźń, wzajemna opieka i ostrożne zaufanie mają podstawy, które potrafię zaakceptować. Gdy pojawia się sugestia czegoś więcej, zaczynam odczuwać brak kilku dodatkowych etapów.
Co ciekawe, materiały pokazują tutaj bardzo różne reakcje czytelników. Jedni odnajdywali w tej relacji właśnie spokojne budowanie zaufania i napięcie oparte na gestach, inni zupełnie nie wierzyli w romantyczną chemię pomiędzy bohaterami. Sama jestem gdzieś pośrodku. Lubię ich razem, ale bardziej jako dwoje ludzi stopniowo dopuszczających się do swoich tajemnic niż jako parę, której uczuciowe zbliżenie wydaje się nieuniknione. Gdyby powieść dostała kilkadziesiąt dodatkowych stron, właśnie tutaj najchętniej zobaczyłabym część z nich.
Podobny niedosyt zostawia sama klątwa. Jest centralnym elementem życia Hye-jin, a koreańska legenda daje jej ciekawy fundament, ale chciałabym pobyć przy niej dłużej. Poznać więcej reguł, mocniej wejść w konsekwencje codziennego funkcjonowania w dwóch ciałach, zobaczyć więcej sytuacji, w których ta niezwykła kondycja wpływa nie na śledztwo, lecz na najbardziej banalne elementy życia. Autorka ma pomysł wystarczająco pojemny, żeby zbudować wokół niego znacznie większą powieść, tymczasem musi dzielić przestrzeń z kryminałem, romansem, przeszłością Kanga i tajemnicą rodziny bohaterki.
Nie oznacza to, że kryminalna część jest zbędnym dodatkiem do ciekawszej historii. Wręcz przeciwnie, zaginięcia kobiet dają książce bardzo potrzebny napęd. Żurawska prowadzi czytelnika przez kolejne podejrzenia i zwroty, wykorzystując fakt, że właściwie każdy ma coś do ukrycia. Perspektywy kilku postaci pozwalają rozszerzać wiedzę, ale nie odsłaniają od razu najważniejszych kart. Szczególnie w drugiej połowie książka wyraźnie przyspiesza i zaczyna działać jak historia napisana z myślą o czytaniu jeszcze jednego rozdziału przed odłożeniem jej na później. Tyle że owo „później” łatwo przesunąć aż do końca.
Nie wszystkie rozwiązania są równie mocne, ale fabuła skutecznie manipuluje podejrzeniami. Finałowy zwrot okazuje się trudny do przewidzenia, a wcześniejsze wydarzenia nabierają po nim innego znaczenia. Podoba mi się zwłaszcza to, że nieprzewidywalność nie wynika wyłącznie z wyciągnięcia w ostatniej chwili informacji, której czytelnik nie miał szans poznać. Autorka korzysta z naszej skłonności do przypisywania bohaterom określonych ról i pozwala, żebyśmy sami poczuli się w nich zbyt bezpiecznie.
Przeszkadza mi natomiast tempo ostatnich partii. Kiedy wszystkie elementy powinny dostać najwięcej przestrzeni na wybrzmienie, książka zdaje się najbardziej spieszyć. Przy około 250 stronach i takiej liczbie motywów trudno tego uniknąć. Samo rozwiązanie może satysfakcjonować, lecz emocjonalne konsekwencje niektórych odkryć chciałoby się przeżyć razem z bohaterami trochę dłużej. Nie potrzebowałabym kolejnych stu stron nowych wydarzeń. Wystarczyłoby kilkadziesiąt poświęconych temu, co już tutaj istnieje. Podobne odczucie powtarza się zresztą w kilku opiniach czytelników.
To szczególnie widoczne dlatego, że Żurawska umie tworzyć atmosferę. Korea nie jest tutaj jedynie nazwą kraju przyklejoną do historii, która równie dobrze mogłaby wydarzyć się gdziekolwiek. Autorka wykorzystuje legendę, przestrzeń, obyczajowość i wizualność miejsca, żeby utrzymywać opowieść gdzieś pomiędzy współczesnym kryminałem a czymś znacznie starszym. Zderzenie komisariatu, seryjnych zaginięć i policyjnych procedur z klątwą przypisaną do Hye-jin mogłoby łatwo wyglądać jak połączenie dwóch różnych powieści. Przez większość czasu udaje się zachować między nimi równowagę.
Styl również sprzyja szybkiemu czytaniu, choć nie nazwałabym go wyłącznie lekkim. Żurawska potrafi zatrzymać się przy obrazie i wykorzystać opis do zagęszczenia atmosfery, ale nie przeciąża zdań ornamentami. Kiedy wchodzi kryminał, narracja przyspiesza; gdy wracamy do Hye-jin, jej samotności i życia podporządkowanego rytmowi słońca, pojawia się więcej melancholii. Ta zmienność dobrze odpowiada hybrydowej naturze samej powieści.
Mam tylko pewien opór przed określaniem Dwóch oblicz Hye-jin po prostu mianem powieści „jak koreańska drama”. Rzeczywiście można znaleźć podobny zestaw składników: tajemnicę z przeszłości, kryminał, romans, niezwykłą przypadłość bohaterki, emocjonalne zwroty i sekrety ujawniane w odpowiednich momentach. Takie porównanie łatwo jednak spłaszcza książkę do estetyki. Znacznie ciekawsze jest to, co Żurawska robi z samą konstrukcją Hye-jin.
Bo tytułowe dwa oblicza nie są tak naprawdę dwoma osobowościami. To właśnie inni ludzie zachowują się tak, jakby nimi były. Hye-jin pozostaje sobą niezależnie od pory dnia, ale świat za każdym razem odczytuje ją od początku. Za dnia widzi staruszkę, której ambicji, seksualności czy przeszłości właściwie nie bierze pod uwagę. Nocą widzi młodą kobietę i natychmiast przypisuje jej zupełnie inny zestaw możliwości oraz zagrożeń. Klątwa staje się przez to wyjątkowo przewrotnym sposobem pokazania, jak wiele tożsamości człowieka konstruują za niego cudze spojrzenia.
Szkoda, że książka nie zawsze zatrzymuje się przy tym na tyle długo, na ile bym chciała. Dwa oblicza Hye-jin ma trochę problem debiutu, którego autorka nie chce ograniczyć do jednego dobrego pomysłu, skoro ma jeszcze pięć następnych. Większa objętość pozwoliłaby mocniej osadzić romans, rozbudować mitologię klątwy, spokojniej poprowadzić śledztwo i pozostawić bohaterom więcej czasu po najważniejszych odkryciach. Jednocześnie wolę taki nadmiar ambicji od historii, która po stu stronach nie ma już niczego nowego do powiedzenia.
Po finale najdłużej zostaje ze mną zresztą nie rozwiązanie kryminalnej zagadki, tylko najprostsza tragedia Hye-jin. Każdy kolejny świt zabiera jej młodość, każdy zmierzch ją oddaje, lecz żadna z tych przemian nie zwraca czasu utraconego pomiędzy nimi. Można zdjąć klątwę, odkryć rodzinne tajemnice i doprowadzić śledztwo do końca. Trudniej odzyskać lata, podczas których własne życie dało się prowadzić wyłącznie po zachodzie słońca.

