Starożytny Egipt ma tę przewrotną cechę, że im więcej o nim wiemy, tym łatwiej uwierzyć, że wciąż nie wiemy prawie nic. W piasku nadal leżą historie, które czekają na światło latarki archeologa, ale równie często czekają na coś prostszego: na kogoś, kto potrafi je opowiedzieć tak, żeby przestały być martwym eksponatem, a stały się żywą narracją. Roger Lancelyn Green w Mitach i legendach starożytnego Egiptu właśnie to próbuje zrobić: bierze mity, podania i baśnie, a potem układa z nich krótką podróż do kraju, w którym bogowie byli blisko, magia była praktyką, a śmierć miała swoje własne, rozbudowane procedury.
To książka nieduża objętościowo, ale gęsta. Nie ma tu wrażenia waty, dopisywania dla objętości, rozwlekania historii w nieskończoność. Jest za to zwięzłość, tempo i opowieści, które mają działać jak wejściówka do świata faraonów. Zanim zacznie się właściwa część, dostajemy sensowne dodatki: krótkie wprowadzenie, mapę, słowniczek i zarys chronologii. To drobiazgi, ale robią różnicę, bo Egipt bez kontekstu łatwo zamienia się w zbiór imion, które brzmią pięknie i nic nie znaczą.
Green dzieli materiał na trzy nurty, które czyta się jak trzy różne barwy tej samej cywilizacji. Najpierw mamy opowieści o bogach, później opowieści magiczne, a na końcu historie przygodowe, bliższe ludowej baśni niż sakralnemu mitowi. Ten układ działa dobrze, bo pozwala zobaczyć Egipt nie tylko jako panteon i genealogie boskich konfliktów, ale też jako miejsce zamieszkane przez ludzi, którzy bali się, marzyli i kombinowali dokładnie tak samo jak my.
I
to jest chyba największy urok tej książki. Egipt Greena nie stoi na cokole. On chodzi po ziemi. Ra, Ozyrys, Izyda, Set i Horus nie są tu jedynie wykutymi w kamieniu symbolami, tylko bohaterami dramatu, w którym jest zdrada, ambicja, żałoba, zemsta i porządek świata rozrywany na kawałki, a potem składany z powrotem. Mit o Ozyrysie nadal potrafi uderzyć w czytelnika swoją prostą brutalnością i jednocześnie swoją emocjonalną siłą. To opowieść o śmierci, która nie jest końcem, i o miłości, która nie jest tylko ozdobą fabuły, ale mechanizmem przywracającym ład.
Green ma styl przystępny i bardzo „bajarzowy”. Nie udaje podręcznika. Nie zasypuje datami. Opowiada tak, żeby młodszy czytelnik mógł wejść w te historie bez bólu, a starszy mógł je przyjąć jako lekką, sprawnie poprowadzoną narrację. Krótkie formy czyta się szybko, a autor potrafi budować napięcie prostymi środkami, bez nadęcia i bez akademickiego tonu. Co jakiś czas dorzuca ciekawostki, ale warto pamiętać, że książka po raz pierwszy ukazała się w 1967 roku, więc część uwag jest bardziej świadectwem epoki niż aktualnego stanu wiedzy. To nie wada sama w sobie, raczej coś, co ustawia oczekiwania: to literatura popularyzatorska sprzed lat, nie współczesne kompendium egiptologiczne.
I właśnie tutaj pojawia się największy zgrzyt, bo Mity i legendy starożytnego Egiptu mają jednocześnie dwie natury. Z jednej strony są świetną bramą wejściową, z drugiej potrafią zostawić niedosyt. Egipski panteon jest ogromny, rozgałęziony, pełen lokalnych odmian i wariantów, a Green siłą rzeczy musi dokonywać wyborów. Jeśli ktoś liczy na szeroką panoramę bóstw i mitów, może poczuć, że to wciąż za mało. Ta książka nie próbuje być encyklopedią. Ona chce być zaproszeniem. I jako zaproszenie działa bardzo dobrze, ale nie udaje, że zastąpi pełniejsze opracowania.
Na szczęście w warstwie opowieści „ludzkich” Green nadrabia klimat. Historie o czarnoksiężnikach, sprytnych bohaterach, faraonach i ich podwładnych mają w sobie coś z baśni, ale podszyte są egipskim cieniem: śmiercią, losem, sądem po drugiej stronie i obsesją na punkcie tego, co zostaje po człowieku. Egipt w tych opowieściach jest krajem trudnym i wymagającym, uzależnionym od Nilu, od jego łaski i od jego kaprysu. Nic dziwnego, że tak wielkie miejsce zajmują tu rytuały, grobowce, przejście do Duat i wiara, że ostatecznie wszystko i tak kończy się na wadze, na której waży się serce.
Ciekawie wypada też to, jak wiele motywów brzmi znajomo, nawet jeśli zmieniają się imiona i sceneria. Zaginiony sandał, który prowadzi do królewskiego wyboru, historie o władcach i przeznaczeniu, opowieści o odrodzeniu, o fragmentach ciała składanych z powrotem, o świecie, który kiedyś się skończy. To przypomina, że mity w różnych kulturach często rozmawiają ze sobą, nawet jeśli nigdy się nie spotkały. A może właśnie dlatego do dziś tak łatwo je rozpoznajemy.
Warto też docenić wydanie, bo w tego typu książkach to naprawdę ma znaczenie. Twarda oprawa, estetyczna szata, wrażenie solidności, które pasuje do tematu. To nie jest publikacja, która ma udawać akademicką, ale jest zrobiona tak, żeby chciało się ją mieć na półce, a nie tylko „przeczytać i oddać”.
Ostatecznie Mity i legendy starożytnego Egiptu to książka dla tych, którzy chcą wejść w temat bez zadyszki. Dla czytelników, którzy wolą opowieść niż wykład. Dla tych, którzy chcą poczuć klimat i zobaczyć, jak Egipcjanie tłumaczyli świat, zanim zaczną sięgać po grubsze tomy.
To bardzo dobre wprowadzenie, lekkie, ale nie puste. A jeśli po lekturze zostanie wam w głowie jedno uczucie, to raczej nie będzie to sytość, tylko głód, żeby zejść głębiej: do innych bogów, innych wersji tych samych mitów, do całej tej skomplikowanej, fascynującej sieci wierzeń, która przez tysiące lat trzymała Egipt w jednym, spójnym rytmie.


