W Połączeniach wszystko zaczyna się od bardzo konkretnego rodzaju ekscytacji: pierwszego poranka w Nowym Jorku, mapy złożonej kilka razy za dużo, listy miejsc obowiązkowych i przekonania, że pięć dni wystarczy, żeby zobaczyć miasto, które zna się dotąd z filmów. Dani chce chłonąć je metodycznie, Zoe bardziej dryfuje, Fiona zaś zachowuje się tak, jakby nic nie mogło zrobić na niej większego wrażenia. Jeszcze zanim pomiędzy nimi naprawdę coś pęknie, widać więc, że wspólna podróż od początku jest trzema różnymi podróżami. Mariko i Jillian Tamaki wykorzystują ten drobny rozdźwięk znakomicie, bo Nowy Jork nie tyle wystawia przyjaźń bohaterek na próbę, ile bezlitośnie pokazuje, że każda z nich weszła już w trochę inną wersję dorosłości.
Zoe, Dani i Fiona jadą wiosną 2009 roku do Nowego Jorku. Dla młodych Kanadyjek ma to być wymarzony wyjazd, kilka dni zwiedzania miasta znanego wcześniej głównie z filmów, zdjęć i wyobrażeń. Muzea, pizza, sklepy, turystyczne atrakcje, Central Park, ulice, tłok i wszystko, co należy zobaczyć, kiedy pierwszy raz trafia się do miejsca obciążonego tak ogromną popkulturową legendą. Problem polega na tym, że dziewczyny przywożą do Nowego Jorku coś znacznie trudniejszego do zaplanowania niż trasę zwiedzania. Przywożą własne oczekiwania wobec siebie. Dani i Zoe znają się od dawna. Fiona jest nową koleżanką Dani ze studiów artystycznych i od początku zmienia równowagę grupy. Nie dlatego, że realizuje jakiś perfidny plan przejęcia cudzej przyjaciółki. Jest po prostu wyrazista, bezpośrednia, pewna siebie przynajmniej na pierwszy rzut oka i potrafi narzucić własny rytm. Tamaki bardzo dobrze rozumieją dynamikę trzyosobowej przyjaźni. Przy dwóch osobach relacja ma określony środek ciężkości. Przy trzech niemal natychmiast pojawia się możliwość chwilowych sojuszy, poczucie bycia pominiętą i pytanie, kto właściwie jest z kim bliżej.
Najbardziej przekonujące w Połączeniach jest to, że nikt nie musi zrobić niczego naprawdę potwornego, żeby ktoś inny poczuł się zdradzony. Wystarczy za długo rozmawiać z niewłaściwą osobą, podzielić się czymś, co wcześniej należało do innej relacji, zmienić plany albo zwyczajnie świetnie się bawić wtedy, gdy trzecia osoba stoi obok i coraz wyraźniej czuje, że przestała być potrzebna. To właśnie z takich drobiazgów powstaje napięcie albumu. Nie ma tutaj wielkiej intrygi, a przez sporą część ponad czterystustronicowej opowieści właściwie niewiele dzieje się w tradycyjnym sensie. Dziewczyny chodzą, rozmawiają, oglądają sztukę, jedzą, robią zakupy, odpoczywają i próbują zdecydować, dokąd pójść później. Tymczasem pod tym zwyczajnym ruchem stopniowo zmieniają się zależności pomiędzy nimi. Jedno spojrzenie trwa trochę za długo, komuś nie podoba się żart, ktoś zostaje wyłączony z rozmowy. Niewygodne emocje początkowo można jeszcze zignorować, później coraz trudniej udawać, że nic się nie dzieje.
Autorki nie ustawiają również bohaterek w prostych rolach. Najłatwiej byłoby stworzyć Dani jako skrzywdzoną starą przyjaciółkę, Zoe jako zdrajczynię, a Fionę jako intruzkę. Połączenia byłyby wtedy znacznie prostszą książką i prawdopodobnie także znacznie gorszą. Każda z nich ma swoje racje, a każda potrafi zachować się egoistycznie, nieuważnie albo zwyczajnie głupio. Dani bardzo chce, żeby wyjazd wyglądał tak, jak sobie wyobraziła. Podchodzi do Nowego Jorku z entuzjazmem osoby, która boi się stracić choćby jedną rzecz z listy obowiązkowych doświadczeń. W tym pragnieniu kryje się jednak coś więcej niż turystyczna gorliwość. Dani próbuje również utrzymać relację, która przez lata była dla niej oczywista. Ma pewne wyobrażenie o Zoe, o ich przyjaźni i o wspólnym wyjeździe. Kiedy rzeczywistość odmawia dopasowania się do tego scenariusza, Dani nie umie po prostu wzruszyć ramionami.
Zoe jest bardziej nieuchwytna. Balansuje pomiędzy dawną bliskością a nowymi możliwościami, próbuje zrozumieć własne emocje i nie zawsze zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich decyzji. W jej zachowaniu łatwo zobaczyć coś typowego dla początku dorosłości. Człowiek dopiero odkrywa, że ma prawo stać się kimś innym niż osoba, którą znali szkolni przyjaciele, ale jeszcze nie nauczył się robić tego bez ranienia ludzi przywiązanych do jego wcześniejszej wersji. Najbardziej interesująca jest jednak Fiona. Początkowo łatwo uznać ją za źródło problemu, bo pojawia się w ustalonym układzie i natychmiast zaczyna go zaburzać. Jest głośniejsza, śmielsza i momentami drażniąco przekonana o własnym rozeznaniu. Z czasem widać jednak, że spora część tej pewności siebie jest po prostu pozą. Fiona nie tyle zna odpowiedzi, ile bardzo chce wyglądać na osobę, która je zna. Pod prowokacyjnym zachowaniem znajduje się niepewność i samotność, przez co nawet wtedy, gdy irytuje, nie staje się jednowymiarową antagonistką.
Tamaki pozwalają swoim bohaterkom być niedojrzałymi bez robienia z nich idiotek. To ważne, bo właśnie na tym często wykładają się historie o wchodzeniu w dorosłość. Młodzi bohaterowie albo zachowują się jak doświadczeni czterdziestolatkowie, albo zostają sprowadzeni do zestawu impulsywnych decyzji potrzebnych scenariuszowi. Tutaj błędy wynikają z charakterów, poczucia zagrożenia i braku doświadczenia. Dziewczyny potrafią wyczuć, że sytuacja zaczyna się komplikować, tylko nie zawsze wiedzą, co zrobić z tą wiedzą. Istotny jest też rok 2009. To nie przypadkowa data, nawet jeśli komiks nie robi z niej wielkiego przedstawienia. Smartfony i media społecznościowe nie zdążyły jeszcze całkowicie zmienić doświadczenia podróży. Dziewczyny robią zdjęcia i korzystają z technologii, ale nadal mogą naprawdę zniknąć sobie z oczu, zgubić się w mieście albo nie wiedzieć przez chwilę, co robią pozostałe. Nowy Jork trzeba przejść, obejrzeć i fizycznie przeżyć, zamiast nieustannie filtrować przez ekran.
Miasto jest tutaj właściwie czwartą bohaterką. Jillian Tamaki nie używa go jako kolekcji rozpoznawalnych pocztówek. Owszem, bohaterki odwiedzają miejsca, które turysta powinien odwiedzić, ale równie ważne pozostają chodniki, przejścia, tłok, witryny, stacje, wnętrza sklepów i momenty bezczynnego siedzenia. Nowy Jork jest ogromny, ruchliwy i nieustannie odwraca uwagę od tego, co dzieje się pomiędzy dziewczynami. Każda z nich czyta miasto trochę inaczej. Dla jednej jest spełnieniem marzenia i listą rzeczy, które trzeba zaliczyć. Druga traktuje je bardziej jako przestrzeń dla relacji i doświadczeń. Trzecia próbuje poruszać się po nim tak, jakby podobne miejsca nie robiły już na niej szczególnego wrażenia. Dzięki temu sposób zwiedzania staje się przedłużeniem charakterów.
Miasto pełni również funkcję niezbyt subtelnej, ale skutecznej metafory początku dorosłości. Wszystko jest ogromne, atrakcyjne i dostępne, dopóki nie trzeba zdecydować, w którą stronę właściwie pójść. Każdy wybór oznacza rezygnację z czegoś innego. Nie da się odwiedzić wszystkich miejsc, przeżyć wszystkich wersji życia ani zachować każdej relacji dokładnie w takim stanie, w jakim istniała kilka lat wcześniej. Właśnie to ostatnie jest dla Połączeń najważniejsze. Przyjaźń Dani i Zoe została zbudowana w określonym okresie ich życia. Teraz obie się zmieniają, choć niekoniecznie w tym samym kierunku i z tą samą prędkością. Problem nie polega na tym, że wcześniejsza relacja była fałszywa. Była prawdziwa, tylko prawdziwość czegoś nie gwarantuje jego wieczności. To jedna z tych prawd, które dla dorosłego czytelnika mogą wydawać się oczywiste, natomiast dla człowieka przeżywającego pierwszy poważny rozpad przyjaźni są małą katastrofą.
Tu pojawia się również największa potencjalna bariera dla części odbiorców. Dramaty bohaterek są młodzieńcze. Kto ma już dawno za sobą akademiki, pierwsze samodzielne wyjazdy i poczucie, że przyjaźń sprzed kilku lat powinna automatycznie przetrwać kolejne dziesięciolecia, może patrzeć na nie z dystansem. Niektóre sytuacje mogą wydać się banalne, a pewne konflikty łatwe do rozwiązania jedną spokojną rozmową. Tylko że właśnie spokojna rozmowa jest jedną z rzeczy, których człowiek musi się nauczyć. Z perspektywy czterdziestolatka pięciodniowa katastrofa emocjonalna dziewiętnastolatki może wyglądać jak drobiazg. Dla niej jest jednak wydarzeniem wyznaczającym granicę pomiędzy tym, co znała, a tym, czego jeszcze nie rozumie. Tamaki podchodzą do tego doświadczenia poważnie, ale bez nadmuchiwania go do rangi wielkiej tragedii. Dzięki temu album nie mówi: te problemy są najważniejsze na świecie. Mówi raczej: kiedy masz dziewiętnaście czy dwadzieścia lat, czasami właśnie tak się czujesz. I to wystarczy.
Warstwa graficzna nadaje tej historii znacznie więcej energii, niż sugerowałby opis fabuły. Jillian Tamaki operuje swobodną, miękką kreską i bardzo świadomie wykorzystuje całą stronę. Nie trzyma się monotonnej siatki identycznych kadrów. Zmienia ich wielkość, pozwala obrazom rozlewać się po planszy, innym razem skupia uwagę na twarzy, geście albo fragmencie przestrzeni. Dzięki temu album, mimo znacznej objętości, czyta się szybko. To ciekawy paradoks Połączeń. Komiks ma ponad czterysta stron, ale nie jest czterystustronicową historią w znaczeniu znanym z powieści. Rysunek otrzymuje ogromną przestrzeń, a pojedyncza chwila potrafi zajmować całą planszę. Można byłoby mechanicznie ścisnąć wiele sekwencji i znacząco zmniejszyć objętość albumu, tylko wtedy zniknąłby rytm, który jest tutaj niezwykle ważny.
Jillian Tamaki nie ilustruje scenariusza. Ona kontroluje prędkość, z jaką ten scenariusz dociera do czytelnika. Kiedy trzeba poczuć ruch miasta, kadry przyspieszają. Gdy pomiędzy bohaterkami pojawia się niezręczność, rysunek potrafi zatrzymać ją na wystarczająco długo, żeby czytelnik sam odczytał emocję, zanim ktokolwiek ją nazwie. Wiele rzeczy rzeczywiście dzieje się poza dialogami. Ustawienie postaci względem siebie, kierunek spojrzenia, odległość między nimi albo sposób wypełnienia strony mówią równie dużo co tekst.
Dlatego sama fabuła opowiedziana w streszczeniu może wydawać się banalniejsza niż podczas czytania. Odebranie Połączeniom warstwy wizualnej oznaczałoby odebranie im połowy treści. To komiks świadomy własnego medium, a nie opowiadanie przerobione później na obrazki. Bardzo dobrze działają również postacie drugiego i trzeciego planu. Nowy Jork jest zaludniony. Ludzie mijają bohaterki, siedzą obok nich, sprzedają im rzeczy, pracują w muzeach i zapełniają chodniki. Nie są pustą dekoracją mającą stworzyć wrażenie tłumu. Rysunki często nadają nawet epizodycznym postaciom indywidualność, dzięki czemu miasto rzeczywiście wydaje się zamieszkane, a nie wybudowane specjalnie na potrzeby trzech dziewczyn.
Kolorystyka dodatkowo wzmacnia wrażenie wspomnienia. Album nie próbuje fotograficznie reprodukować rzeczywistości. Barwy są ograniczone i podporządkowane nastrojowi. Nowy Jork staje się przez to jednocześnie konkretnym miejscem i miastem zapamiętanym po latach, kiedy szczegóły zaczynają znikać, a pozostaje temperatura konkretnych dni. Warto też zwrócić uwagę na humor. Połączenia nie są ponurą psychodramą o końcu przyjaźni. Dziewczyny żartują, robią głupoty, wpadają w turystyczne pułapki i przeżywają serię zwyczajnych przygód. Komizm jest potrzebny właśnie dlatego, że konflikt nie pochłania całej rzeczywistości. Podczas fatalnego tygodnia można nadal zjeść świetną pizzę, roześmiać się z idiotycznej sytuacji albo przez godzinę naprawdę dobrze się bawić z osobą, na którą chwilę wcześniej było się wściekłym.
Tak funkcjonują prawdziwe relacje. Nie rozpadają się w rytmie scenariusza. Komiks staje się wyraźnie cięższy, gdy pojawia się uczuciowe i seksualne napięcie pomiędzy bohaterkami. Wątek queerowy nie jest jednak dodatkiem mającym nadać historii współczesnego charakteru. Wynika z tego samego procesu, który dotyczy całej podróży: sprawdzania, kim właściwie jest się poza dotychczasowymi definicjami. Tożsamość nie zostaje tutaj odkryta za pomocą efektownej deklaracji. Pojawia się raczej jako kolejna rzecz, której bohaterki nie mają jeszcze dobrze przećwiczonej.
I właśnie w takich momentach Połączenia najmocniej pokazują własne zainteresowanie wczesną dorosłością. Nie chodzi wyłącznie o zdobywanie samodzielności. Trzeba jeszcze oddzielić to, czego naprawdę się chce, od tego, czego oczekuje otoczenie, czego chciało się dwa lata wcześniej oraz czego pragnie osoba stojąca obok. Nie wszystko w historii działa równie mocno. Narracyjnie role bohaterek można rozpoznać stosunkowo szybko i album nie dokonuje później wielkiego przewrotu. Czytelnik przyzwyczajony do obyczajowych historii o przyjaźni prawdopodobnie wcześnie wyczuje kierunek konfliktu. Niektóre partie zwiedzania także można uznać za rozwleczone, szczególnie jeśli sam Nowy Jork nie wywołuje większej fascynacji.
Zakończenie pozostawia sporo przestrzeni i nie daje satysfakcji osobom oczekującym pełnego rozwiązania każdego konfliktu. Akurat tutaj uważam to za właściwy wybór. Bohaterki są na początku dorosłego życia, więc zamknięcie wszystkich relacji jasnym werdyktem brzmiałoby fałszywie. Nie wiemy jeszcze, które znajomości przetrwają, kto wróci po kilku miesiącach i jakie znaczenie ten wyjazd będzie miał za dziesięć lat. One również tego nie wiedzą. To tylko kilka dni. Tyle że istnieją takie kilka dni, które pamięta się znacznie dłużej niż całe lata. Dlatego nie mam większego problemu z młodzieżowym charakterem Połączeń. Dorosłemu odbiorcy nie musi szczególnie zależeć na tym, czy Zoe wybierze Dani, Fionę, czy przede wszystkim siebie. Ciekawsze jest obserwowanie chwili, w której dawne zasady przestają działać, a nowych jeszcze nikt nie ustalił.
To opowieść nie tyle o końcu przyjaźni, ile o odkryciu, że wspólna przeszłość nie daje prawa do cudzej przyszłości. Jillian i Mariko Tamaki ubierają tę prostą prawdę w komiks niezwykle sprawnie wykorzystujący przestrzeń, tempo i wizualny charakter miasta. Scenariusz sam w sobie nie jest szczególnie odkrywczy. Jego siła pojawia się w szczegółach, dialogach, pauzach oraz sposobie, w jaki obraz przejmuje narrację tam, gdzie słowa byłyby zbyt dosłowne. Połączenia są więc bardzo dobrą powieścią graficzną o doświadczeniu pozornie małym. Nie ma tu historycznej tragedii ani wielkiego społecznego problemu. Są trzy dziewczyny, pięć dni, ogromne miasto i kilka decyzji, których nie będzie można całkowicie cofnąć.



