Książki

RECENZJA: Przymierze Wróbli | Korona, która miała być klatką

Bogowie nasyłają potwory, królowie zawierają przymierza, a córki mają być posłuszne. Przymierze wróbli zaczyna się w miejscu, które romantasy zna aż za dobrze. I właśnie dlatego tak łatwo je zlekceważyć. Aranżowane małżeństwo. Niedoceniona księżniczka. Mroczny wojownik z przeszłością. Brzmi jak przepis, który widzieliśmy już dziesiątki razy.

A jednak Devney Perry robi coś, co w tym gatunku wcale nie jest oczywiste. Sprawia, że pod znanym szkieletem zaczyna pulsować prawdziwy gniew. Odessa całe życie była „tą drugą”. Najstarsza, ale mniej ważna. Obecna, ale niewidzialna. Wychowana do klękania przed wolą ojca i przed wyrokami bogów. Korona nie miała dawać jej władzy, miała być ozdobą. I kiedy w dniu politycznego ślubu jej młodszej siostry książę z obcego królestwa korzysta ze starego prawa i wybiera właśnie ją, to nie jest romantyczny gest. To wyrok. W jednej chwili Odessa trafia do Turah, królestwa, które gnije od środka. Po ziemiach krążą bestie, ludzie zapadają na tajemniczą chorobę, a atmosfera jest ciężka jak przed burzą.

I tu pojawia się pierwszy, najmocniejszy atut powieści. Świat nie jest dekoracją pod romans. On naprawdę zagraża. Sceny starć z potworami są dynamiczne i brutalne. Nie ma tu bezpiecznego dystansu. Czuć, że ktoś może zginąć. Czuć, że Turah stoi na krawędzi. Perry potrafi pisać akcję tak, że przewraca się strony szybciej, niż rozsądek pozwala.

Najciekawsze jednak dzieje się w samej Odessie. To nie jest bohaterka, która w trzy rozdziały zmienia się w niepokonaną wojowniczkę. Jest zagubiona. Bywa irytująca. Zadaje zbyt wiele pytań, myli się, reaguje emocjonalnie. Jej siła rodzi się powoli, z upokorzenia i ze złości. Z potrzeby, by przestać być pionkiem. I to właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że jej rozwój wydaje się prawdziwy.

Romantyczny wątek opiera się na dobrze znanym napięciu. Aranżowane małżeństwo z księciem, chłodne, zdystansowane, bardziej polityczne niż uczuciowe. I Obrońca. Małomówny, twardy, z traumą, która czai się pod skórą. To w jego stronę przesuwa się ciężar emocji. Slow burn (powolnie rozwijająca się relacja romantyczna) jest tu poprowadzony z wyczuciem. Spojrzenia, milczenia, wspólne zagrożenia, trening. Bliskość budowana nie przez deklaracje, lecz przez przetrwanie.

Oczywiście, to romantasy. Są momenty, w których jedna szczera rozmowa rozwiązałaby połowę problemów. Część zwrotów akcji można przewidzieć, jeśli czyta się dużo w tym gatunku. Zdarzają się wątki, które zapowiadają się na wielkie, by później przycichnąć. Bywają dialogi zbyt współczesne jak na realia fantasy.

Ale mimo tych rys książka działa. Bo emocje są prawdziwe. Bo napięcie nie opiera się wyłącznie na tym, kto kogo pocałuje, lecz na tym, kto przetrwa i jakim kosztem. I bo finał zostawia czytelnika z tym nieprzyjemnym, a jednocześnie uzależniającym uczuciem niedosytu.

Przymierze wróbli nie jest rewolucją w gatunku. To nie jest powieść, która zmienia reguły gry. Ale jest historią, która potrafi złamać serce, wzbudzić gniew i sprawić, że kibicuje się bohaterce bardziej, niż planowało się na początku. A czasem właśnie to w romantasy liczy się najbardziej.

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!