Komiksy

RECENZJA: Sangoma | Kapsztad po apartheidzie

Sangoma Caryl’a Férey’ego i Corentina Rouge’a to komiks, który bierze czytelnika za gardło już w pierwszych scenach i nie puszcza aż do finału. Z pozoru dostajemy klasyczny punkt wyjścia dla policyjnego thrillera: znika noworodek, na farmie białej rodziny zostaje znalezione ciało czarnego robotnika rolnego, a śledztwo prowadzi porucznik Shane Shepperd z kapsztadzkiej policji. Tyle że ten komiks nie udaje, że w Republice Południowej Afryki można opowiadać o zbrodni w oderwaniu od historii. Tu każdy trup jest polityczny, a każdy trop prowadzi przez stare rany.

W tej recenzji przyglądam się czterem warstwom albumu: społecznej temperaturze świata przedstawionego, konstrukcji intrygi kryminalnej, bohaterom i ich moralnej ambiwalencji oraz stronie graficznej, która robi z tej historii coś niemal filmowego. 

Największą siłą Sangomy jest to, że nie traktuje tła jako dekoracji. Reforma rolna i redystrybucja ziemi nie pojawiają się tu w roli krótkiego komentarza, tylko są realnym silnikiem napięcia. Czuje się, że kraj nie wyszedł z traumy, tylko zmienił język, w jakim ta trauma mówi. Rasizm nie jest już ustawą, ale nadal bywa codziennością, a nierówność ma wciąż te same adresy.

Férey bardzo sprawnie splata dwie przestrzenie: Kapsztad z jego kontrastami oraz wiejską prowincję, gdzie ziemia oznacza władzę, przynależność i wstydliwą pamięć. Po jednej stronie biali właściciele, po drugiej czarni pracownicy, którzy formalnie są wolni, ale ekonomicznie nadal ugrzęźli w zależnościach. W tle pulsują polityczne spory i radykalizmy, które tylko czekają na iskrę. Ta iskra przychodzi w postaci zbrodni, ale szybko okazuje się, że zbrodnia jest tu raczej objawem niż przyczyną.

To album gęsty fabularnie, pełen dialogów, a jednocześnie zaskakująco rytmiczny. Twórcy wyraźnie wiedzą, kiedy dać scenie oddychać, a kiedy przyspieszyć i docisnąć śrubę. Intryga nie jest tu pretekstem do klimatu, tylko kręgosłupem całej opowieści. Zniknięcie dziecka i śmierć robotnika rolnego szybko zaczynają się zazębiać z konfliktami rodzinnymi, sekretami, przemocą symboliczną i przemocą dosłowną, a także z wątkiem sangomy, tradycyjnego uzdrowiciela, który w tym świecie jest jednocześnie figurą kultury, lęku i społecznych projekcji. Ważne, że element wierzeń i przesądów nie rozsadza realizmu, tylko go pogłębia. Tu nie chodzi o egzotyczną atrakcję. Tu chodzi o to, że w kraju po traumie ludzie desperacko szukają sensu, winnych i rytuałów, które pozwolą przetrwać.

 

Finał nie jest łagodnym domknięciem. To raczej kulminacja, w której wszystkie elementy układanki dostają swój ciężar. I nawet jeśli pewne tropy można by rozwinąć jeszcze mocniej, całość broni się konsekwencją i napięciem. Shane Shepperd jest uwodzicielski, porywczy, inteligentny i momentami irytujący. Zamiast krystalicznego policjanta dostajemy faceta, który kłamie, kombinuje i potrafi wchodzić w układy, a jednocześnie ma instynkt dochodzeniowy i upór, dzięki którym śledztwo nie grzęźnie w rutynie. Jego romans z kochanką lidera afrykanerskiej skrajnej prawicy nie jest tu ozdobnikiem, tylko kolejną soczewką pokazującą, jak intymność miesza się z władzą.

Najciekawsze jest jednak to, że Sangoma nie pozwala mu być jedyną osią świata. Pojawiają się postacie, które początkowo wyglądają na tło, a później okazują się pełnoprawnymi elementami układanki. Dzięki temu album unika schematu, w którym wszystko istnieje tylko po to, by bohater mógł błyszczeć.

Corentin Rouge rysuje realistycznie, bez popisu dla samego popisu. To nie jest komiks, który chce krzyczeć formą. To komiks, który chce, żebyś czytał szybko, nerwowo i bez przerwy zerkał, co jest na następnej planszy. Dużo czerni, surowa kreska, ardzo dobra mimika, świetne prowadzenie scen dynamicznych. Do tego kolor, który pracuje na atmosferę: upał, kurz, spękana ziemia, światło wdzierające się w oczy jak wyrzut sumienia. Co ważne, krajobrazy RPA są tu piękne i niepokojące jednocześnie. To wizualny paradoks, który idealnie pasuje do treści: kraj oszałamiający, ale wewnętrznie rozrywany.

Sangoma to kryminał, który nie udaje neutralności. Jest intensywny, wielowątkowy i świetnie sklejony dramaturgicznie, a przy tym mocno zakorzeniony w realiach społecznych i politycznych RPA. To opowieść o zbrodni, która wyrasta z historii, oraz o historii, która nigdy nie przestała zabijać. Jeśli lubicie komiksy, które traktują fabułę serio, nie boją się trudnych tematów i potrafią jednocześnie dostarczyć czystej thrillerowej adrenaliny, Sangoma jest wyborem pewnym. A jeśli ktoś wciąż uważa, że komiks nie uniesie ciężaru współczesnego noir, ten album ma szansę zmienić zdanie.

Gradory

Robot nie może skrzywdzić istoty ludzkiej lub - poprzez wstrzymanie się od działania - pozwolić, by stała jej się krzywda. Podobno.