Mamoru Hosoda przez lata przyzwyczaił nas do kina emocjonalnego, które potrafiło mówić o sprawach ostatecznych z lekkością i precyzją. O dziewczynie skaczącej przez czas, Mirai, nawet nierówna, ale hipnotyczna Belle miały w sobie wyczucie rytmu i subtelność w prowadzeniu metafory. Scarlet jest czymś innym. To film ambitny, widowiskowy, chwilami olśniewający wizualnie, ale jednocześnie przeciążony symboliką i rozwleczony w tempie, które zaczyna pracować przeciwko niemu.
Punktem wyjścia jest wariacja na temat Hamleta. Średniowieczna księżniczka Scarlet widzi śmierć ojca z rąk stryja Klaudiusza. Dorasta w cieniu zdrady, ćwiczy walkę, pielęgnuje gniew. Gdy próba zemsty kończy się fiaskiem, trafia do osobliwego Zaświata, przestrzeni zawieszonej między życiem a nicością. Tam spotyka Hijiriego, młodego ratownika z współczesnej Japonii, który proponuje jej coś nieoczywistego. Przyszłość bez nienawiści.
Brzmi jak Hosoda w czystej postaci. Zemsta kontra przebaczenie. Pamięć kontra możliwość nowego początku. Problem polega na tym, że Scarlet nie tyle opowiada o swoich tematach, co je podkreśla grubą kreską, raz za razem, jakby bała się, że widz ich nie zrozumie. Motyw purgatorium jako przestrzeni duchowej próby jest czytelny od pierwszych minut. Ogromne, puste krajobrazy, nieskończone pustynie, schody prowadzące w niebo, smok unoszący się nad światem jak demiurgiczny sędzia. Każdy z tych obrazów jest mocny. Każdy ma potencjał stać się ikonicznym kadrem. Ale Hosoda zbyt długo zatrzymuje na nich kamerę. Zbyt często wraca do tych samych wizualnych tropów. Zamiast hipnotyzować, zaczynają nużyć.
Najbardziej widać to w środkowej części filmu. Wędrówka przez Zaświat zamienia się w serię epizodów, które tematycznie krążą wokół jednego. Gniew jest destrukcyjny. Zemsta nie przynosi ukojenia. Przebaczenie wyzwala. To nie są banalne wnioski. Ale kiedy film powtarza je trzeci, czwarty raz, w coraz bardziej spektakularnej, a jednocześnie coraz mniej zaskakującej formie, napięcie dramatyczne zaczyna się rozmywać.

Scarlet jako bohaterka ma potencjał. Jest wściekła, zdeterminowana, fizycznie sprawcza. W scenach walki Hosoda pokazuje jej siłę z rozmachem. Dynamiczna kamera, płynne przejścia między planami, ogniste włosy przecinające kadr. To momenty, w których film naprawdę żyje. Tyle że ta energia zostaje regularnie rozładowana przez długie, kontemplacyjne sekwencje, które rozciągają emocje do granic wytrzymałości.
Relacja z Hijirim to kolejny element, który miał nadać historii świeżości. Zderzenie średniowiecznej księżniczki opętanej zemstą z idealistą z naszych czasów to pomysł intrygujący. Ich duet początkowo iskrzy. Różnica światopoglądów buduje napięcie. Niestety z czasem Hijiri zaczyna przejmować moralny ciężar opowieści. To on tłumaczy, to on łagodzi, to on reprezentuje przyszłość bez przemocy. W efekcie Scarlet momentami traci podmiotowość we własnym filmie. Jej gniew zostaje nie tyle przepracowany, co dydaktycznie skorygowany.
W warstwie wizualnej Scarlet jest eksperymentem. Połączenie klasycznego 2D z CGI, realistyczne tła, monumentalne przestrzenie. W teorii to ewolucja stylu Hosody. W praktyce efekt bywa nierówny. Postaci momentami sprawiają wrażenie wklejonych w pejzaż. Oświetlenie nie zawsze współgra z rysunkiem twarzy. Mimika ograniczona przez trójwymiarowy model potrafi osłabić emocjonalny ciężar scen, które powinny rozdzierać. Najbardziej intymne momenty tracą przez to siłę, którą miałyby w czystym, tradycyjnym rysunku.

Do tego dochodzi czas trwania. Blisko dwie godziny w animacji wymagają precyzyjnego tempa. Tutaj go brakuje. Są sekwencje, które mogłyby zostać skrócone bez utraty sensu. Są obrazy, które mówią wszystko w pierwszych kilku sekundach, ale trwają znacznie dłużej. Hosoda maluje szerokimi pociągnięciami pędzla, kiedy wystarczyłby jeden, celny ruch.
To nie jest film zły. Wręcz przeciwnie. Widać w nim ambicję, szczerość i potrzebę zmierzenia się z pytaniem o sens przemocy w świecie, który historycznie nie potrafi z niej zrezygnować. Są kadry zapierające dech. Jest muzyka, która potrafi unieść scenę ponad jej narracyjne ograniczenia. Jest kilka momentów autentycznego wzruszenia.
Ale Scarlet to dzieło, w którym forma zaczyna dominować nad rytmem, a metafora nad dramaturgią. Hamlet w wersji Hosody nie jest opowieścią o wątpliwości, tylko o tezie. O przekonaniu, że przebaczenie jest jedyną drogą. Być może ma rację. Być może świat potrzebuje dziś takiego komunikatu. Szkoda tylko, że film, który mógł być drapieżnym, kobiecym dramatem o gniewie i sprawczości, zamienia się w przypowieść, która zbyt nachalnie prowadzi bohaterkę do właściwego wniosku.
W efekcie Scarlet pozostaje doświadczeniem bardziej imponującym niż poruszającym. Pięknym, ale przeciągniętym. Ambitnym, ale nieskoncentrowanym. I choć trudno odmówić Hosodzie odwagi, tym razem jego wizja rozlewa się szerzej, niż powinna.





