Filmy Przypisy marginalne

FELIETON: Powrót czarodzieja i fenomen Iana McKellena jako Gandalfa

Kiedy ogłoszono, że powstaje The Lord of the Rings The Hunt for Gollum, wiele osób zareagowało podobnie. Ostrożna ciekawość, lekkie zmęczenie powrotami do znanych światów, pytanie czy to jeszcze ma sens. A potem padło jedno nazwisko. Ian McKellen. I nagle coś się zmieniło.

Bo to już nie była informacja o kolejnym filmie. To była wiadomość o powrocie kogoś, kogo dobrze znamy. Jakbyś usłyszał, że stary przyjaciel jednak przyjedzie na spotkanie, na które od dawna nie liczyłeś.

Nie chodzi nawet o samą postać. Chodzi o to, że Gandalf w kinie ma twarz i głos McKellena. I odkąd raz się z tym pogodziliśmy, nie bardzo potrafimy się z tym rozstać.

Dlaczego to działało i nadal działa

Ian McKellen nigdy nie grał Gandalfa jak kogoś nieosiągalnego. To nie był posąg ani chodzący symbol mądrości. To był facet, który potrafił się zirytować, westchnąć, uśmiechnąć pod nosem i spojrzeć na hobbita tak, jak patrzy się na kogoś, kto znowu pakuje się w kłopoty.

W tym była cała siła tej roli.

Gandalf McKellena jest kimś, komu wierzysz. Kimś, kto może cię wkurzyć, ale wiesz, że ma rację. Kimś, kto nie zawsze mówi wprost, ale zawsze jest wtedy, gdy robi się naprawdę źle. I chyba dlatego tak dobrze działał w relacjach z innymi bohaterami. Z Frodem, z Aragornem, z Bilbem. On nie dominował sceny. On ją spinał.

Nie było w tym aktorskiego popisu na pokaz. Było doświadczenie, spokój i ogromna świadomość, kiedy zejść na drugi plan. McKellen grał Gandalfa tak, jak gra się kogoś, kogo się rozumie i lubi.

A przecież mogliśmy dostać kogoś innego

Warto pamiętać, że to wcale nie było oczywiste. W grze byli inni aktorzy. Wielkie nazwiska. Ikony kina. Sean Connery. Christopher Plummer. Każdy z nich mógłby stworzyć własną wersję czarodzieja. Tylko że te wersje byłyby zupełnie inne.

Connery wniósłby twardość i pewien chłodny autorytet. Plummer klasę i teatralny ciężar. I to nie są złe pomysły. Po prostu inne. Potem przez lata fani bawili się w casting alternatywny. Jeremy Irons. Ben Kingsley. Mark Rylance. Każdy z nich ma coś, co teoretycznie pasuje do Gandalfa. Głos, charyzmę, doświadczenie. Tylko że przy każdym takim nazwisku pojawia się to samo ale.

Irons byłby zbyt ostry. Kingsley zbyt zdystansowany. Rylance zbyt kruchy. Zawsze czegoś brakuje. Albo ciepła, albo luzu, albo tej dziwnej równowagi między powagą a humorem. I wtedy dociera do nas coś prostego. My nie szukamy aktora, który potrafiłby zagrać Gandalfa. My szukamy Gandalfa, którego już znamy.

To nie nostalgia. To przywiązanie

Często mówi się, że to tylko sentyment. Że to dzieciństwo. Że boimy się zmian. Ale to nie do końca prawda. Są role, które po prostu trafiają idealnie. W punkt. I nie dlatego, że nikt inny nie dałby rady. Tylko dlatego, że nie ma potrzeby poprawiać czegoś, co zadziałało tak dobrze.

Anthony Hopkins jako Hannibal Lecter. Harrison Ford jako Indiana Jones. Christopher Reeve jako Superman. To nie są przypadki. To momenty, w których kino znalazło właściwą twarz dla danej postaci. I potem już tylko do niej wracamy.

Z Gandalfem jest dokładnie tak samo. Nie potrzebujemy nowej interpretacji. Nie potrzebujemy świeżego spojrzenia. Potrzebujemy tej samej obecności. Tego samego głosu, który mówi spokojnie, nawet gdy świat się wali.

Dlaczego ten powrót jest ważny

The Hunt for Gollum nie musi być filmem, który zmieni historię kina. On nawet nie musi być najlepszym powrotem do Śródziemia. Ale dzięki McKellenowi ma coś, czego nie da się zaplanować ani zapisać w scenariuszu.

Ma wiarygodność. Ma poczucie ciągłości. Ma wrażenie, że to nie jest tylko kolejna historia, ale dalszy ciąg czegoś, co kiedyś było dla nas ważne i wciąż gdzieś w nas siedzi. Ian McKellen nie wraca jako aktor do starej roli. Wraca jako ktoś, kto był częścią tej opowieści od samego początku. I to się czuje, zanim jeszcze zobaczymy pierwszy kadr.

Dlatego nikt inny nie mógłby dziś zagrać Gandalfa. Nie dlatego, że inni są gorsi. Tylko dlatego, że Gandalf już ma swojego człowieka. I kiedy znów pojawi się na ekranie, nie będziemy pytać, czy pasuje. Po prostu przyjmiemy go z ulgą. Jak kogoś, kto zawsze wie, którędy iść dalej.

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.