Książki

RECENZJA: Lis z Martwego Lasu | Czułość po drugiej stronie ciszy

Są takie książki, które wyglądają, jakby przyszły do czytelnika z innego miejsca. Nie z księgarni, nie z magazynu wydawcy, tylko z półki, na której trzyma się rzeczy delikatne, trochę zakazane, a przede wszystkim takie, których nie dotyka się w pośpiechu. Lis z Martwego Lasu ma w sobie właśnie tę aurę. Opowieść uroczo ponurą, jak obiecuje opis, ale też dziwnie kojącą, jakby ktoś otulił horror kocem i powiedział, że to w porządku bać się i płakać jednocześnie.

Bazyl jest nieumarłym lisem, przewodnikiem dusz, kimś w rodzaju cichego urzędnika końca świata, który codziennie pomaga zwierzęcym zmarłym odnaleźć drogę do właściwego kręgu Zaświatów. Żyje w Martwym Lesie, miejscu, gdzie cisza ma ciężar, a samotność nie jest tylko brakiem towarzystwa, lecz całym sposobem istnienia. I właśnie w ten uporządkowany smutek wchodzi Coniemiara, borsuczyca, która nie pasuje nigdzie. Nie daje się odesłać, nie chce zniknąć, nie umie znaleźć swojego miejsca, jakby śmierć zatrzymała się na niej w pół kroku.

I tu zaczyna się to, co w tej książce najmocniejsze. To nie jest historia o tym, jak bohater rozwiązuje zagadkę, tylko o tym, jak zagadka rozwiązuje bohatera. Wyprawa po Hesterkur, wieszczkę mogącą wyjaśnić, co dzieje się z Coniemiarą, jest oczywiście fabularnym kręgosłupem, ale prawdziwe napięcie rodzi się gdzie indziej. W spojrzeniu Bazyla na siebie, w jego wstydzie, w pamięci porzucenia, w poczuciu, że nawet po śmierci nie zasłużył na miłość. To postać, którą łatwo polubić właśnie dlatego, że nie jest dzielna w klasycznym sensie. Jest cicha, wycofana, łagodna, a jednocześnie nosi w sobie coś pękniętego, co rezonuje długo po zamknięciu książki.

Coniemiara stanowi idealny kontrapunkt. Jest uparta, kłująca, potrafi wyprowadzić z równowagi, a jej obecność burzy rytm Martwego Lasu jak kamień wrzucony do stojącej wody. Dzięki niej Bazyl przestaje być tylko przewodnikiem dusz, a zaczyna być kimś, kto sam potrzebuje przewodnictwa. Ta relacja nie jest słodka ani łatwa, ale jest prawdziwa, bo zbudowana na tarciu, nie na wygodzie.

Hartman operuje konwencją baśni i gotyckiej grozy, ale robi to w sposób zaskakująco dojrzały. Martwy Las nie straszy tanimi obrazkami, tylko atmosferą. Tym, że wszystko jest tu trochę za spokojne. Że rzeczy, które powinny być oczywiste, nagle przestają takie być. Że królestwa Zaświatów, Pokoju, Przyjemności, Postępu i Płaczu, brzmią jak system porządkujący świat, a zarazem jak próba wciśnięcia żałoby w szufladki. Książka pyta, czy każda strata da się uporządkować, i czy każdy ból ma przypisany adres.

Największą siłą tej historii jest jednak to, że mówi o śmierci bez szantażu emocjonalnego. Potrafi wzruszać, ale nie wymusza łez. Potrafi być mroczna, ale nie epatuje rozpaczą. Zamiast tego prowadzi czytelnika do miejsca, w którym żal przestaje być pustką, a staje się czymś ciężkim, realnym, kształtującym. To jedna z tych opowieści, które pomagają nazwać stratę bez odbierania jej godności. Nic dziwnego, że wielu dorosłych czytelników reaguje na nią tak mocno, bo to nie jest tylko literatura dla młodszych. To jest literatura, która używa prostszych narzędzi, żeby trafić w bardzo dorosłe miejsca.

Ogromną rolę odgrywają ilustracje Marcina Minora. Są wysublimowane, oszczędne, czarno białe, jakby wyciągnięte z marginesu snu. Nie próbują opowiadać za tekst, tylko go podkreślają, czasem dopowiadają milczeniem, czasem samą fakturą cienia. Dzięki nim Lis z Martwego Lasu działa również jako przedmiot, książka, którą chce się przewracać powoli, zatrzymać na kadrze, wrócić do niego po kilku stronach. Tu forma nie jest ozdobą, tylko częścią przeżycia.

Jeśli miałbym wskazać, co zostaje najmocniej, to właśnie ton. Ta dziwna równowaga między ciepłem a chłodem, między baśnią a grozą, między uśmiechem a uciskiem w gardle. To opowieść, która nie obiecuje, że będzie dobrze, tylko pokazuje, że można iść dalej, nawet jeśli coś w nas już na zawsze zostanie martwym lasem.

To książka o miłości silniejszej niż śmierć, ale jeszcze bardziej o tym, że miłość bywa tym, co w ogóle pozwala przeżyć śmierć. I jeśli szukasz historii, która jednocześnie przestraszy i przytuli, która pozwoli dziecku oswoić trudne słowa, a dorosłemu wreszcie je wypowiedzieć, Lis z Martwego Lasu jest jednym z tych rzadkich tytułów, które potrafią to zrobić bez udawania prostoty.

Sprawdź fragment, aby przekonać się, czy ta historia Cię poruszy.

 

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?