Po tomach 11–13 Chainsaw Man wszedł w nową fazę. Denji przestał być jedynym centrum wszechświata, a scena została oddana Asie Mitace i demonowi Wojny. Tomy 14–18 pokazują jednak, że ten „szkolny reset” był tylko ciszą przed kolejną burzą. Fujimoto bierze romantyczne napięcie, egzystencjalny lęk i społeczną histerię, miesza je z groteską i krwią, a potem pozwala temu wybuchnąć. Efekt? Historia, która jednocześnie śmieszy, przeraża i boli.
Tom 14 zaczyna się jak krzywa komedia romantyczna. Asa wybiera akwarium na randkę z Denjim, bo ma plan. Rozkochać, wykorzystać, przeżyć. Denji ma własny plan, znacznie prostszy i rozczulająco naiwny: zobaczyć pingwiny i poczuć, że życie może być normalne. To jeden z tych momentów, gdy Fujimoto pokazuje, jak świetnie pisze niezręczność. Dialogi są pełne napięcia, drobnych wpadek i przemilczeń. A potem przychodzi demon i wszystko zamienia się w labirynt bez wyjścia. Nagle okazuje się, że ta randka to nie tylko komediowy przerywnik, ale kolejna próba sprawdzenia, czy w świecie demonów w ogóle da się zbudować bliskość. Romantyzm w Chainsaw Manie zawsze jest podejrzany, bo za uczuciem zwykle stoi ostrze.
Tom 15 wprowadza Demona Upadku i zmienia ton z niezręcznej komedii w czysty psychiczny horror. Upadek nie działa jak typowy przeciwnik do pokonania. On rozdrapuje rany, zmusza do patrzenia w dół, w siebie, w to, co najciemniejsze. Fujimoto potrafi tu połączyć groteskę z autentycznym ciężarem emocjonalnym. Estetycznie to wciąż feeria czerni, dynamicznych kadrów i brutalnych starć, ale pod powierzchnią to opowieść o depresji, poczuciu winy i utracie sensu. Przemoc przestaje być tylko widowiskiem, staje się językiem opowiadania o psychicznym pęknięciu.
Tom 16 przenosi ciężar z powrotem na Denjiego i jego tożsamość. Rosnący Kościół Chainsaw Mana, władze próbujące kontrolować sytuację, coraz większa sława i coraz większy nacisk z zewnątrz sprawiają, że bohater zostaje rozdarty między byciem człowiekiem a symbolem. To jeden z najmocniejszych tematów tej części: kogo ludzie tak naprawdę kochają. Denjiego czy Chainsaw Mana. Osobę czy maskę. Fujimoto nie moralizuje, nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast tego pokazuje chłopaka, który chciałby zwyczajnego życia, ale jednocześnie uzależnia się od uwagi i adrenaliny. Superbohaterstwo w tej serii to nie przywilej, lecz nałóg.
Tomy 17 i 18 to eskalacja, która nie jest czystą efektownością, lecz logiczną konsekwencją wszystkiego, co narastało wcześniej. Kościół wchodzi w otwarty konflikt z instytucjami państwa, na ulicach wybucha chaos, tłum działa jak jedno wielkie, bezmyślne ciało. Fujimoto świetnie pokazuje, że w takich momentach prawdziwą grozą nie są pojedyncze demony, lecz zbiorowość napędzana strachem. W tomie 18 dochodzi do dramatycznych wydarzeń wokół Denjiego i Nayuty, które podbijają emocjonalną stawkę całej historii. To już nie tylko walka o przetrwanie, lecz o resztki człowieczeństwa.
Na poziomie graficznym Chainsaw Man wciąż pozostaje w ścisłej czołówce mroczniejszych mang akcji. Fujimoto korzysta z czerni i pustych teł jak z narzędzia psychologicznego. Kadry bywają filmowe, dynamiczne, ale potrafią też nagle zwolnić, by jeden gest czy spojrzenie wybrzmiały mocniej niż eksplozja. Coraz częściej widać też, że autor upraszcza niektóre rysunki, jakby świadomie przesuwał akcent z detalu na emocję.
W tle tych wszystkich wydarzeń coraz wyraźniej pobrzmiewa motyw przepowiedni Nostradamusa i wizji nadchodzącej apokalipsy. Fujimoto nie wykłada jej wprost, nie robi z niej taniego zegara odliczającego czas do końca świata. Zamiast tego pozwala, by wisiała nad fabułą jak duszne powietrze przed burzą. Bohaterowie podejmują decyzje w cieniu czegoś większego, czego do końca nie rozumieją. To nadaje tomom 14–18 specyficznej nerwowości. Nie chodzi już tylko o to, kto zginie, lecz czy świat w obecnym kształcie w ogóle ma przetrwać.
Równie istotna jest relacja Asy i Yoru. Wcześniej była intrygującym konceptem, teraz zaczyna działać jak bolesna metafora. Asa coraz wyraźniej traci kontrolę nad swoim życiem, nad uczuciami, nad decyzjami, które podejmuje jej ciało. Yoru chce wojny, Asa chce akceptacji. Jedna myśli o sile, druga o bliskości. Ten konflikt nie jest wyłącznie fabularnym napędem. To opowieść o dojrzewaniu, o rozdwojeniu między tym, kim się jest, a kim trzeba być, by przetrwać. Fujimoto pokazuje, że największa bitwa toczy się nie na ulicy, lecz wewnątrz człowieka.
I wreszcie temat strachu. W Chainsaw Manie strach nie jest tylko paliwem dla demonów. On działa jak wirus społeczny. Kiedy ludzie się boją, tworzą symbole. Kiedy wierzą w symbole, tworzą kult. Kiedy kult zaczyna się chwiać, rodzi się panika. A panika produkuje jeszcze więcej strachu. W tomach 17–18 ta spirala widać najdobitniej. Demony nie muszą już atakować. Wystarczy, że ludzie uwierzą, że powinny.
To sprawia, że druga część serii przestaje być wyłącznie historią o pojedynczym bohaterze. Staje się opowieścią o społeczeństwie, które samo hoduje swoje potwory.




