Po tomach 11-13 mogło się wydawać, że Takemichi na chwilę złapał oddech. Wigilijna noc wycisnęła z bohaterów wszystko, ale przyniosła też coś, co w Tokyo Revengers jest na wagę złota: poczucie, że może tym razem udało się odsunąć tragedię. Tyle że ta seria nie jest od spełniania życzeń. Tom 14 brutalnie przypomina, że każde zwycięstwo ma swoją cenę, a naprawianie przyszłości potrafi odsłonić jeszcze gorszą wersję świata.
Tom 14 zaczyna się jak uderzenie w brzuch. Takemichi wraca do swoich czasów i odkrywa, że rzeczywistość wcale nie stała się lepsza, tylko bardziej okrutna.
To ten rodzaj zwrotu fabularnego, po którym człowiek na moment zamiera, bo nagle rozumie, że stawka już dawno przestała dotyczyć tylko Hiny. Tu chodzi o wszystkich. O cały Toman. O przyjaźnie, które miały być niezniszczalne. O ludzi, których Takemichi obiecywał ocalić, a którzy w tej wersji przyszłości znikają w sposób, którego nie da się odkręcić żadnym słowem. I wtedy przychodzi spotkanie z dorosłym Mikeyem. Mocne, niewygodne, przejmujące. Mikey zawsze był symbolem charyzmy i siły, ale tutaj jest raczej ostrzeżeniem. Żywym dowodem, że nawet najjaśniejsi potrafią zgasnąć, jeśli za długo stoją w ogniu.
Jednocześnie Wakui robi coś, co bardzo lubię. Dorzuca krótkie, treściwe fragmenty przeszłości postaci takich jak Mikey, Emma, Mitsuya czy Draken. Niby to drobne sceny, ale one działają jak szpilki w pamięć. Proste wybory przestają być proste. Za lojalnością stoi historia, a za agresją często stoi strach. I w tym świecie nikt nie jest tylko bohaterem albo tylko potworem.
Tom 15 wchodzi już z zupełnie inną energią. Takemichi wraca do przeszłości i stawia sobie cel większy niż kiedykolwiek: musi wspiąć się na szczyt Tomanu, bo tylko wtedy ma realną szansę wyprowadzić gang z mroku, w który wciąż go wpycha Kisaki. Tyle że w tej serii każda decyzja Takemichiego natychmiast spotyka się z kontrą świata. Pojawia się Tenjiku z Yokohamy i uderza tak, jakby od początku czekało tylko na moment słabości. Dostajemy wreszcie poczucie, że Toman nie walczy już o dumę czy terytorium, tylko o przetrwanie.
Tenjiku jest wprowadzane świetnie, bo to nie jest kolejny gang do odhaczenia. To jest nowe zagrożenie, które ma skalę, ma twarze i ma własną mitologię. A przy okazji Wakui daje nam coś lżejszego, ale potrzebnego: więcej interakcji wśród członków Tomanu, w tym bliższe poznanie braci Kawata, którzy wnoszą do tego piekielnego napięcia odrobinę humoru i świeżości. I właśnie to balansowanie zawsze było mocną stroną Tokyo Revengers. Biją się, cierpią, krwawią, ale w środku jest przyjaźń, która potrafi na moment rozjaśnić kadr.
Tom 16 to moment, w którym seria zaciska pętlę. Takemichi zdobywa informacje o Tenjiku i Izanie, przenosi się do przeszłości i nagle okazuje się, że to już nie jest gra w skoki w czasie. Nie ma bezpiecznego przycisku reset. Nie ma wracania do przyszłości, żeby sprawdzić, co z tego wyszło. To zmienia wszystko, bo Takemichi zostaje z konsekwencjami tu i teraz. I w tym tomie jego determinacja dostaje nową jakość. Już nie tylko nie odpuszcza. On zaczyna prowadzić.
Mocno wybrzmiewają tu też wątki Koko i Inuiego. To jedna z tych par relacji, które Tokyo Revengers potrafi pisać najlepiej: nieoczywiste, naznaczone przeszłością, pełne bólu i lojalności, której nie da się opisać prostymi słowami. Nagle dawni wrogowie nie są tylko dawnymi wrogami. Stają się ludźmi, których wybory mają sens, nawet jeśli są tragiczne.
Tom 17 jest preludium do katastrofy. Takemichi zostaje szefem 11 pokolenia Black Dragon i to brzmi jak awans, ale w praktyce jest jak postawienie chłopaka na scenie z reflektorem prosto w oczy, kiedy wokół czają się wilki. Napięcie między Tomanem a Tenjiku rośnie do poziomu, przy którym człowiek czuje, że to już musi wybuchnąć. A Kisaki zaczyna realizować swoją intrygę z taką precyzją, że aż robi się zimno. To tom, w którym naprawdę widać, jak bezlitosny potrafi być Wakui. Bo tu nie chodzi o to, kto wygra bójkę. Tu chodzi o to, kto komu złamie kręgosłup psychiczny.
I wtedy wchodzi tom 18, czyli wreszcie to, na co czytelnik czekał z napięciem i lękiem jednocześnie: wojna Tomanu z Tenjiku. Starcie, które ma w sobie beznadziejność od pierwszych kadrów. Tenjiku pod wodzą Izany jest brutalne, zorganizowane i po prostu silniejsze. Mikey traci wolę walki, a Takemichi musi zrobić coś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe: pociągnąć za sobą innych bez niego. I tu Takemichi wypada najmocniej. Nie dlatego, że nagle staje się świetny w walce. Tylko dlatego, że jego niezłomność znowu zapala innych.
W sam środek tej nawalanki Wakui wrzuca też wątek Koko i Inuiego, ten z przeszłością i widmem siostry Inuiego. I to działa właśnie dlatego, że Tokyo Revengers nigdy nie było tylko o mordobiciu. Ono zawsze wraca do emocji, do ran, do tego, co ludzie niosą pod skórą. Dzięki temu tom 18 nie jest tylko widowiskiem. Jest też kolejnym przypomnieniem, że przemoc w tej historii jest skutkiem, nie celem.
Tomy 14-18 są jak zjazd bez trzymanki, tylko że tym razem bez hamulca. Najpierw przyszłość pęka Takemichiemu w rękach, potem przeszłość zamyka mu drogę ucieczki, a na końcu zostaje już tylko wojna, w której nikt nie wyjdzie bez strat. I mimo że seria nadal korzysta ze swoich sprawdzonych schematów, to emocjonalnie działa bardzo mocno. Bo w tych tomach najgorsze nie są ciosy. Najgorsze są momenty, kiedy bohaterowie orientują się, że to, co kochali, może im zostać odebrane, nawet jeśli zrobią wszystko dobrze.
A Tokyo Revengers lubi takie pytania. Co znaczy wszystko dobrze. I czy w ogóle istnieje wersja przyszłości, która nie zostawia blizn.


