Tomy 11–13 doprowadziły serię do momentu, w którym wszystko zaczęło wyglądać jak nieuchronny koniec. Moriarty zawsze umiał budować wrażenie, że stawka jest ostateczna, ale jednocześnie nigdy nie był opowieścią o prostym zwycięstwie. To seria o konsekwencjach. O ideach, które potrafią być piękne i straszne jednocześnie. O sprawiedliwości, która czasem wymaga brudu pod paznokciami. I właśnie dlatego tomy 14–17 są tak ciekawe, bo nie tylko domykają wielki etap, lecz od razu pokazują, że po tragedii nie przychodzi ulga, tylko rachunek i nowy układ sił.
Tom czternasty jest kulminacją, w której dramat miesza się z politycznym thrillerem, a emocje nie są dodatkiem do fabuły, tylko jej paliwem. Królowa Wiktoria wydaje Sherlockowi rozkaz aresztowania Mistrza Zbrodni. Z jednej strony to logiczne, bo Londyn stoi na krawędzi, społeczeństwo jest rozhuśtane, a nazwisko Moriarty’ego zaczyna funkcjonować jak symbol terroryzującej idei. Z drugiej strony to rozkaz, który uderza w samo serce tej historii, bo Holmes nie widzi w Williamie jedynie wroga. Widzi człowieka, którego rozumie bardziej, niż chciałby przyznać. I w tym tomie ta relacja wybrzmiewa najmocniej. Sherlock próbuje ocalić przyjaciela, William chce ocalić projekt i uważa, że jedyną drogą jest jego własna śmierć. To nie jest konflikt na pięści. To konflikt dwóch wizji odpowiedzialności.
Początek tomu 14 świadomie zwalnia, stawia na rozmowy i na emocjonalne spięcia, jakby twórcy chcieli jeszcze raz dopiąć wszystkie guziki przed finałowym skokiem. A potem akcja rusza i już nie puszcza. Nie chodzi nawet o to, że wydarzenia zaskakują, bo seria od dawna prowadzi nas ku tej ścianie. Chodzi o to, jak dobrze jest to rozegrane: napięcie rośnie, stawka robi się osobista, a dramat rozgrywa się na oczach miasta, które samo nie wie, czy bardziej chce krwi, czy oczyszczenia. Tom czternasty domyka jeden rozdział w sposób satysfakcjonujący, ale najważniejsze robi na końcu: uchyla drzwi do czegoś, czego nie da się już nazwać „grą w kotka i myszkę”.
Tom piętnasty wykonuje odważny ruch i przeskakuje o trzy lata. William i Sherlock zniknęli w odmętach Tamizy. Ciała nie odnaleziono, ale świat nie może żyć w zawieszeniu w nieskończoność, więc historia zmienia ton. Na pierwszym planie pojawia się Louis i MI6, a wraz z nimi zupełnie inny rodzaj opowieści: więcej polityki, więcej agentury, więcej gry między mocarstwami. Stawką nie jest już tylko moralne oczyszczenie imperium, ale realna równowaga między Wielką Brytanią a Rosją, ryzyko wycieku dokumentów i widmo konfliktu, który mógłby przerodzić się w wojnę.
Na papierze to „restart”, ale sprytny. Seria zachowuje swoje fundamenty, te same twarze, te same traumy, ten sam ciężar przeszłości, tylko ubiera je w nowy mundur. Początkowo można poczuć brak tej energii, którą dawała bezpośrednia obecność duetu Holmes Moriarty, ale Takeuchi prowadzi to na tyle sprawnie, że wciągamy się w nowy układ szybciej, niż się spodziewamy. Jest tu dobre tempo, są poszlaki, jest narastające napięcie i ten znajomy posmak intrygi. Jednocześnie widać, że to tom bardziej „konstrukcyjny” niż „wybuchowy”. Zagadkę da się częściowo przewidzieć, finał nie uderza z taką siłą jak wcześniejsze kulminacje, ale działa jako solidny most. A wiszące w tle pytanie o los Williama i Sherlocka, o to, że brak ciał nie jest przypadkiem, nie pozwala o nich zapomnieć nawet na moment.
Tom szesnasty przykręca śrubę, bo nowy etap nie może zostać tylko politycznym wątkiem tygodnia. Moran planuje zabójstwo lorda Balmorala, co ma zablokować podpisanie układu brytyjsko francuskiego. Louis próbuje go powstrzymać, a ich zderzenie jest ważne nie tylko fabularnie, ale też emocjonalnie. Moran i Louis działają z poczucia lojalności, z miłości do Williama, z żalu, który przez te trzy lata nie zniknął, tylko zmienił formę. I to jest jedna z największych sił tego tomu: pokazuje, że pokuta też bywa przemocą, jeśli człowiek nie umie jej unieść.
Jednocześnie druga połowa tomu 16 wchodzi w to, co Moriarty robi najlepiej, czyli w psychologię i źródła idei. Dostajemy mocniejszą introspekcję Alberta, jego poczucie winy, jego początki, to, co w nim pękło, kiedy poznał Williama jako dziecko. To jest ten rodzaj rozdziałów, w których seria przestaje być tylko reinterpretacją Doyle’a i staje się pełnokrwistą opowieścią o traumie klasowej, o wstydzie, o obrzydzeniu wobec systemu i o tym, jak łatwo zamienić tę odrazę w misję. A końcówka, z ponownym spotkaniem Sherlocka z Watsonem i panią Hudson, dodaje lekkości dokładnie wtedy, kiedy trzeba, jakby twórcy przypominali, że ta historia zawsze stała na kontrastach.
Tom siedemnasty robi coś, na co seria w pewnym sensie zasłużyła. Daje chwilę oddechu. William wraca, co dla Louisa, Alberta i reszty jest radością niemal nie do opisania,
i zamiast od razu pchać ich w kolejną spiralę spisków, manga pozwala im pobyć razem. Jest uroczysta kolacja, są mieszkańcy Baker Street 221B, są rozmowy, spojrzenia, drobne gesty, które w tej serii znaczą więcej niż najgłośniejsze deklaracje. To tom o więziach. O tym, że nawet ludzie, którzy chcieli zmieniać świat ogniem, wciąż potrzebują zwyczajnej obecności innych.
A pod tą ciepłą warstwą dzieje się rzecz kluczowa. Tom 17 zaczyna wypełniać lukę. Dowiadujemy się, co działo się z Sherlockiem i Williamem w Stanach Zjednoczonych, pojawia się Nowy Jork i nowy element układanki, w tym postać powiązana z Billym the Kidem. Całość ma charakter przejściowy, ale nie jest pusta. To raczej świadome przygotowanie gruntu. Budowanie klimatu przed następnym zejściem w mrok.
Te cztery tomy pokazują serię w dwóch odsłonach. Tom 14 to emocjonalny i dramatyczny szczyt, w którym Londyn staje się sceną ostatniego aktu, a relacja Holmes Moriarty pulsuje jak otwarta rana. Tomy 15–17 to już epilog, ale epilog, który nie zamyka książki. On ją przewraca na drugą stronę i zaczyna pisać od nowa, tylko innym atramentem. Jest więcej polityki, więcej agentury, więcej konsekwencji, mniej romantyzowania rewolucji. I to działa, bo Moriarty zawsze był historią o tym, że świat nie naprawia się jednym spektakularnym gestem.
Najważniejsze pozostaje niezmienne. Moralna ambiwalencja, psychologiczne napięcie, świetnie prowadzona relacja dwóch równorzędnych umysłów i ten elegancki, czysty rysunek, który potrafi równie dobrze sprzedać londyńską mgłę, co jedno spojrzenie mówiące więcej niż strona dialogu.
Po tomach 14–17 mam wrażenie, że seria jest w miejscu ryzykownym, ale obiecującym. Wielka konfrontacja już się wydarzyła, więc teraz nie wygra tego skalą. Wygra tożsamością. Tym, czy potrafi opowiedzieć o pokucie, o nowym sensie działania i o tym, co robią z człowiekiem idee, kiedy przestają być tylko planem, a stają się jego życiem. I na razie Moriarty zdaje ten egzamin.


