Latająca Forteca bierze to, co popkultura zrobiła z Roswell, i przerzuca na zupełnie inną mapę. Nie ma tu amerykańskiej pustyni, nie ma swojskiego mitu o spisku, który można oswoić memem. Jest Europa. Jest 1933 rok. Są faszystowskie Włochy. I jest katastrofa, po której zostaje różowy dym i cisza zrobiona na rozkaz.
To jest retro science fiction, ale takie, w którym najpierw czujesz zapach strachu, dopiero potem widzisz obcą technologię. Bo Palloni buduje tę historię nie na fajerwerkach, tylko na mechanice państwa, które umie zamykać usta, odgradzać teren i produkować wersję oficjalną szybciej, niż ktokolwiek zdąży zadać pytanie. Punkt wyjścia jest niemal klasyczny. Noc. Wieś. Niezidentyfikowany obiekt spada z nieba. Są świadkowie, są ofiary, jest panika i natychmiastowe poczucie, że wydarzyło się coś, czego nie da się wcisnąć w żaden znany język. I właśnie wtedy wchodzi system, cały na czarno, cały na zimno, cały na kontrolę.
Najlepsze w tej historii jest to, że obcy obiekt nie jest tylko zagrożeniem fizycznym. Staje się problemem politycznym, ideologicznym i propagandowym. Nie chodzi o to, co spadło. Chodzi o to, kto ma prawo powiedzieć, co spadło. A w kraju, w którym Mussolini może nakazać zatuszować incydent, prawda jest po prostu kolejną rzeczą do skonfiskowania. Wątek Aurelia, chłopaka z aparatem i marzeniem o fotoreportażu życia, jest w tej opowieści potrzebny jak tlen. To spojrzenie oddolne, naiwne, napędzane ciekawością i potrzebą sensu. Obok niego jest Benedetta, a dalej kolejne perspektywy, w tym ludzie wciągnięci w tryby tajnego dochodzenia. To działa, bo każdy widzi tę samą tajemnicę inaczej, a nikt nie jest w pełni czysty.
I tak, pojawia się też Marconi. Nie jako ozdobnik, tylko jako symbol wiary, że świat da się opisać falą, pomiarem, teorią. Tyle że tu nauka trafia na mur, a mur ma twarz państwa.
Palloni prowadzi opowieść powoli, podskórnie, bardziej atmosferą niż akcją. Napięcie rośnie, bo czujesz, że sprawy wymykają się spod kontroli, mimo że wszyscy udają, że panują nad sytuacją. Jednocześnie to komiks wielowątkowy, z dużą liczbą bohaterów i przeskokami perspektyw. To jest siła, bo dostajemy panoramę wydarzeń. To jest też słabość, bo nie wszystkie wątki mają przestrzeń, by wybrzmieć. Momentami chaos wydaje się zamierzony, jakby miał oddać zamęt informacyjny i manipulację, ale bywa też po prostu męczący. Jeśli lubisz historie, które prowadzą cię za rękę, to tutaj ręka znika, a zostaje mgła.
Gdyby to narysował ktoś „ładny”, Latająca Forteca mogłaby zostać solidnym thrillerem z UFO w tle. Ale rysuje to Miguel Vila, więc robi się coś innego. Ta kreska jest człowieczo nieładna, momentami odpychająca, a przez to idealnie pasuje do historii o świecie, w którym wszystko jest krzywe. Kadry są często ascetyczne, przestrzeń przytłacza postacie, architektura i pejzaż robią z ludzi małe punkty, jakby system już ich połknął. A kolor, zwłaszcza ten obcy róż, działa jak alarm. Nie jest słodki. Jest duszny. Jest niepokojący. Jest sygnałem, że w tę rzeczywistość wlazło coś, czego nie da się wyprzeć.
Warstwa graficzna nie ilustruje scenariusza. Ona dopowiada jego sens. Człowiek wobec systemu. Człowiek wobec nieznanego. I człowiek wobec własnej potrzeby, żeby wszystko nazwać, nawet jeśli nazwa będzie kłamstwem. Latająca Forteca to komiks, który bierze ufologiczny mit i wkłada go w faszystowski mundur. Największą grozą nie jest tu to, co spadło z nieba, tylko to, jak szybko ludzie potrafią zamienić tajemnicę w narzędzie władzy. To rzecz gęsta, momentami chaotyczna, ale wyrazista i niepodrabialna.
Jeśli cenisz europejski niepokój, atmosferę, niedopowiedzenia i obraz, który zostaje w głowie, to jest pozycja dla ciebie. Jeśli szukasz czystej, prostej sensacji o UFO, możesz się odbić. Bo to nie jest historia o obcych. To jest historia o tym, co ludzie robią z obcym, kiedy bardzo chcą, żeby świat dalej udawał, że wszystko jest pod kontrolą.


