Komiksy

RECENZJA: El Diablo | Narodziny legendy w cieniu dżungli

Są komiksy, które powstają z czystej nostalgii. Z potrzeby powrotu do świata, który od dawna żyje w zbiorowej wyobraźni czytelników. El Diablo Lewisa Trondheima i Alexisa Nesme należy właśnie do tej kategorii, choć robi to w sposób nieco przewrotny. Zamiast kolejnej historii z dobrze znanym bohaterem autorzy cofają się o wiele pokoleń wstecz i opowiadają o jego odległym przodku. To opowieść o tym, skąd mogła narodzić się legenda Marsupilamiego, zanim jeszcze ktokolwiek wypowiedział jego imię.

Punkt wyjścia jest zaskakująco brutalny jak na historię utrzymaną w przygodowej konwencji. Na hiszpańskim galeonie kończą się zapasy żywności i głodna załoga zaczyna rozważać najprostsze rozwiązanie. Chłopiec okrętowy José zostaje wytypowany jako potencjalny posiłek. Ten absurdalnie mroczny moment natychmiast nadaje historii ton. Z jednej strony groteskowy, z drugiej podszyty realiami epoki, w której życie ludzkie bywało tanie, a moralność elastyczna.

Ratunek przychodzi w ostatniej chwili, kiedy na horyzoncie pojawia się nieznany ląd. To właśnie tam José odkrywa dziwne stworzenie, żółte w czarne plamki, z niewiarygodnie długim ogonem. Spotkanie chłopca i zwierzęcia staje się osią całej opowieści. W świecie pełnym chciwości, przemocy i żądzy złota rodzi się relacja oparta na współczuciu i ciekawości. José widzi w stworzeniu coś więcej niż egzotyczną bestię, a dżungla odpowiada na tę postawę własną, niemal magiczną logiką.

Trondheim opowiada tę historię bardzo klasycznie. Europejscy przybysze przywożą ze sobą głód bogactwa, tubylcy próbują chronić swoje ziemie, a w środku tej konfrontacji stoi ktoś, kto nie pasuje do żadnej ze stron. José jest bohaterem prostym, ale skutecznym. Nie jest cynikiem ani wojownikiem. Jest kimś, kto reaguje odruchem serca. To dzięki niemu historia przestaje być tylko przygodą o konkwistadorach, a staje się przypowieścią o empatii wobec świata, który nie należy do nas.

Jednocześnie trzeba przyznać, że scenariusz nie zawsze dorównuje potencjałowi pomysłu. Wątki pojawiają się szybko i równie szybko znikają. Konflikt z załogą, tajemnica dżungli, relacja z rdzennymi mieszkańcami czy delikatny wątek romantyczny często mają mniej przestrzeni, niż by się chciało. Postaci drugoplanowe są raczej szkicami niż pełnoprawnymi bohaterami. Kapitan Santoro i jego ludzie reprezentują klasyczny zestaw konkwistadorskich wad. Chciwość, brutalność i ślepą żądzę złota. To świadomy zabieg, ale momentami zbyt jednoznaczny.

Gdy jednak scenariusz chwilami traci równowagę, komiks natychmiast odzyskuje ją dzięki rysunkom. Alexis Nesme tworzy wizualny spektakl, który przyciąga wzrok od pierwszej strony. Dżungla jest tu niemal osobnym bohaterem. Gęsta, wilgotna, pełna światła i cieni. Liście na pierwszym planie, mgła w tle, zwierzęta ukryte między gałęziami. Każdy kadr sprawia wrażenie, jakby oddychał tropikalnym powietrzem.

Kolory są intensywne, ale nie krzykliwe. Ciepłe zielenie i złote refleksy światła budują atmosferę miejsca, które jest piękne i niebezpieczne jednocześnie. W dużym formacie albumu te ilustracje działają szczególnie mocno. Chce się zatrzymać na danej planszy chwilę dłużej, wypatrzyć ukryte detale, ślady życia wśród roślin i zwierząt. To jeden z tych komiksów, które równie dobrze się ogląda, co czyta.

Warto też pamiętać, że El Diablo świadomie nawiązuje do tradycji frankofońskiego komiksu przygodowego. Widać tu ducha klasycznych historii ze świata Spirou et Fantasio, ale też szacunek do postaci Marsupilamiego, która przez dekady stała się ikoną kultury popularnej. Autorzy nie próbują jej na siłę reinterpretować. Raczej pokazują mit w wersji pierwotnej, jeszcze dzikiej, zanim został oswojony przez kolejne pokolenia czytelników.

Nie wszystkim jednak ta opowieść przypadnie do gustu. Początek bywa zaskakująco mroczny, zwłaszcza jak na historię, która wizualnie przypomina komiks dla młodszych odbiorców. Z kolei dorośli czytelnicy mogą odczuć niedosyt w konstrukcji fabuły. To paradoks tej książki. Wizualnie niezwykle bogata, narracyjnie momentami zbyt prosta.

Mimo to El Diablo ma w sobie coś bardzo ujmującego. Lekkość przygody, odrobinę humoru, nutę baśni i sporą dawkę egzotyki. To komiks, który przypomina, jak potężna potrafi być siła obrazu i jak niewiele trzeba, by stworzyć historię, która działa przede wszystkim emocją.

A na końcu zostaje najważniejsze pytanie. Czy legenda zaczyna się od wielkiego czynu, czy od małego aktu współczucia? W przypadku tej opowieści odpowiedź wydaje się oczywista. Czasem wystarczy jeden chłopiec, jedno ranne stworzenie i dżungla, która postanawia połączyć ich losy.

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?