W Nyaxii nie ma miejsca na komfort. Jest hierarchia, jest głód, jest przemoc, a nad tym wszystkim unosi się bardzo prosta prawda: człowiek wśród wampirów może żyć tylko wtedy, jeśli nauczy się grać jak wampir. I właśnie dlatego ten cykl działa. Bo pod romantasyczną obietnicą kryje się opowieść o cenie przetrwania, o tym, jak łatwo władza wypacza uczucia i jak szybko relacja, która miała być schronieniem, staje się kolejną areną.
Carissa Broadbent bierze motywy, które wszyscy znamy, śmiertelny turniej, sojusz z niebezpiecznym rywalem, dwór pełen jadu i uśmiechów na pokaz, a potem składa je w historię, która czyta się szybko i z przyjemnym napięciem. Nie wszystko tu jest świeże, ale wiele jest podane na tyle sprawnie, że trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. Pierwszy tom stoi na tym, co najbardziej uzależnia w gatunku: stawka jest wysoka od pierwszych stron, a Oraya ma poczucie, że każdy dzień to test. Jest człowiekiem, ale nie pozwala, by to słowo znaczyło słabość. Jej codzienność to ostrożność, kontrola i świadomość, że jeden błąd może skończyć się krwią na posadzce.
Turniej Kejari to rdzeń fabuły i Broadbent świetnie rozumie, że takie widowisko musi być czymś więcej niż serią pojedynków. Najlepiej wypadają momenty, kiedy walka to nie tylko ciosy, ale też układanie sojuszy, analizowanie intencji, wyczuwanie zagrożenia w półsłowach. Kejari jest brutalne, ale najciekawsze jest to, jak bardzo zmusza bohaterów do odsłaniania prawdziwych twarzy.
Raihn pojawia się jako postać z kategorii tych, których rozsądek każe omijać szerokim łukiem. I właśnie dlatego jest magnetyczny. Ich relacja rozwija się w tempie, które można kupić, bo nie jest natychmiastową bajką. Jest napięciem, jest ciekawością, jest ryzykiem. To romans, który działa najlepiej wtedy, gdy jednocześnie go chcesz i się go boisz. W moim odbiorze to tom najbardziej rytmiczny. Najbardziej rozrywkowy. Najłatwiej w niego wejść. Jednocześnie jest też najbardziej „gatunkowy”, czasem przewidywalny w tych punktach, które romantasy lubi najbardziej. Tyle że tu akurat nie traktuję tego jak grzech, bo Broadbent prowadzi czytelnika pewnie, bez zgrzytów.
Drugi tom robi rzecz ryzykowną, bo zabiera czytelnikowi tę część przyjemności, którą daje turniej. Zamiast walk na śmierć i życie dostajemy skutki. Zamiast jednego klarownego celu pojawia się chaos, żałoba, polityka, rozpad lojalności i dwór, który pachnie spiskiem na kilometr. Tu mniej chodzi o to, kto kogo pokona w starciu, a bardziej o to, kto kogo przechytrzy, kto kogo upokorzy, kto komu odbierze prawo głosu. Widać, że autorka chce opowiedzieć o władzy jako o czymś, co mieli ludzi na drobno. I to jest ciekawe, ale bywa też cięższe w odbiorze, bo tempo siada częściej niż w tomie pierwszym.
Największym punktem zapalnym jest dla mnie Oraya. Da się obronić jej stan psychiczny, bo to, co na nią spada, ma prawo ją złamać. Tylko że między „złamaniem” a „utratą sprawczości” jest cienka granica i czasem mam wrażenie, że książka ją przekracza. Oraya częściej się miota niż prowadzi grę, częściej analizuje ból niż robi ruch.
Raihn natomiast trzyma poziom. W jego wątku najbardziej działa to napięcie między rolą władcy a człowiekiem, który nie ma luksusu prywatnych decyzji. Jego relacja z Orayą w tym tomie jest mniej romantyczna w znaczeniu „piękna”, a bardziej romantyczna w znaczeniu „niszcząca”. I to może być zaleta, jeśli ktoś lubi emocje poszarpane. Mam też niedosyt w kulminacjach. Czasem czekałam na moment, w którym książka wybuchnie, a ona wybierała introspekcję zamiast uderzenia. To nie jest zły wybór, tylko nie zawsze współgra z obietnicą, jaką daje blurb i klimat.
Trzeci tom jest dla serii ważny, bo zmienia perspektywę i nagle robi się świeżej. Mische jako narratorka ma inny ciężar emocjonalny. Jej historia nie kręci się wokół „udowodnię, że przetrwam”, tylko wokół winy, wiary, odkupienia i gniewu wobec świata, który ją złamał, a potem kazał udawać, że to jej wina. Fabuła idzie w stronę wyprawy do podziemi i to jest ten typ opowieści, który Broadbent potrafi poprowadzić klimatem. Kolejne etapy drogi są jak zaciskająca się pętla. Jest mrok, jest zagrożenie, jest rosnące poczucie, że nie da się wrócić tą samą osobą, która weszła.
Asar jest postacią, która działa właśnie dlatego, że długo pozostaje nieprzezroczysty. Nie jest „łatwym” bohaterem i ich relacja z Mische ma inną temperaturę niż romans Orayi. Mniej tu dworskiej gry, więcej napięcia wynikającego z tego, że ciemność potrafi być kusząca, a wybory mają konsekwencje nie tylko polityczne, ale wręcz metafizyczne. I najważniejsze, w tym tomie czuć narastanie napięcia aż do finału. Zakończenie naprawdę potrafi zostawić w głowie echo. Takie, które robi głód kolejnego tomu, nie tylko ciekawość.
Ten cykl najmocniej działa wtedy, gdy łączy trzy rzeczy: brutalny świat, emocjonalny koszt decyzji i relacje, które są zagrożeniem, a nie nagrodą.
Żmija i Skrzydła Nocy daje najlepsze tempo i najłatwiejsze wciągnięcie. Popioły i Przeklęty Król rozbudowują stawkę polityczną i emocjonalną, ale nie zawsze trzymają rytm i potrafią zmęczyć. Słowik i Serce z Kamienia daje świeży oddech dzięki zmianie bohaterki i mocniej buduje klimat wyprawy, która ma prawo złamać każdego.
Jeśli szukasz romantasy, które jest mroczne, szybkie w czytaniu i lubi stawiać bohaterów pod ścianą, Nyaxia ma sporo do zaoferowania. A jeśli najbardziej kręcą cię książki, w których miłość nie jest wybawieniem, tylko kolejnym zagrożeniem, to tutaj będziesz czuć się aż za dobrze.


