Wokół Krwi dziewicy łatwo zbudować narrację o „komiksie o kinie”. To bezpieczna etykieta, bo obiecuje świat planów zdjęciowych, montażowni, rozmów o filmach klasy B i brudnych kulisach Los Angeles początku lat siedemdziesiątych. Tyle że u Sammy’ego Harkhama kino jest tylko powierzchnią, na której odbijają się pęknięcia znacznie bardziej intymne. Ten album nie pyta, jak powstaje film. On pyta, co film robi z człowiekiem, kiedy staje się jedynym językiem, w którym potrafi on jeszcze mówić o sobie.
P
unkt wyjścia wydaje się prosty. Seymour zbliża się do trzydziestki, pracuje przy produkcjach z pogranicza kino eksploatacji, ma dom, żonę, dziecko, a w środku nieustannie rośnie mu ten sam głód: być kimś więcej niż trybikiem. Chce pisać, chce reżyserować, chce wreszcie przestać wykonywać cudze polecenia. I właśnie w tym miejscu Harkham robi rzecz najciekawszą: nie opowiada o spektakularnym „skoku w karierę”, tylko o powolnym przestawianiu ciężaru w życiu bohatera. Rodzina nie znika nagle. Ona zostaje przesunięta na margines, coraz ciszej doprasza się uwagi, aż w końcu zaczyna istnieć jak obcy pokój w mieszkaniu, do którego wchodzi się z poczucia obowiązku.
Najmocniejsze w tym komiksie jest to, że emocje nigdy nie są tu podane wprost. Nie ma scen, które proszą czytelnika o współczucie. Są za to rozmowy urwane w pół zdania, powroty do domu, w których nie ma energii na czułość, oraz narastające poczucie, że każdy kolejny dzień jest już trochę spóźniony. To opowieść o ambicji, ale nie tej romantycznej, tylko tej, która działa jak śruba: dokręca się, gdy człowiek ma mniej snu, mniej cierpliwości, mniej siebie. Najbardziej boli tutaj nie zdrada czy spektakularny konflikt, tylko zwykła nieobecność, która wchodzi do relacji jak kurz i nagle okazuje się wszędzie.
Harkham prowadzi Seymour’a tak, by nie dało się go pokochać „za darmo”. Ten bohater bywa męczący, potrafi być samolubny, czasem wręcz odpychający. I to jest celowe. Bo Krew dziewicy nie jest historią o sympatycznym marzycielu, któremu kibicujemy do finału. To portret człowieka, który chce spełnienia tak bardzo, że zaczyna mylić je z prawem do spełnienia. W jego myśleniu pojawia się groźny skrót: skoro tyle poświęcam, to powinno mi się udać. A potem pojawia się drugi, jeszcze bardziej trujący: skoro mi się uda, to wszystkie poświęcenia zostaną usprawiedliwione.
Równolegle komiks konsekwentnie podcina mit „amerykańskiego snu”, ale nie przez publicystykę, tylko przez detale życia i pracy. Los Angeles 1971 roku nie jest tu pocztówką. Jest przestrzenią, w której każdy coś od kogoś chce, każdy coś negocjuje, każdy jest w jakimś sensie zależny. Plan filmowy nie staje się areną wolności twórczej, tylko kolejną wersją tego samego systemu, tyle że bardziej hałaśliwą. To świat, w którym nawet marzenie ma swoją fakturę, termin i koszt, a w tle czai się lęk, że jeśli teraz się nie chwyci okazji, to już nigdy.
Ważny jest też ciężar rodzinny i historyczny, który Harkham wpuszcza do tej opowieści. Imigranckie doświadczenie, rodzinne aspiracje, cień traumy, pamięć o przemocy i wykorzenieniu. To wszystko nie służy temu, by „dodać powagi” fabule. To raczej przypomnienie, że ambicja nie rodzi się w próżni. Często jest odpowiedzią na przeszłość, próbą ucieczki od wstydu, biedy, kruchości. I wtedy przestaje być tylko ambicją. Staje się mechanizmem obronnym. Seymour nie tyle goni karierę, ile próbuje zagłuszyć własny lęk, że jeśli nie zostawi po sobie śladu, to jego życie będzie nieważne.
Warstwa graficzna pracuje na tych emocjach z niezwykłą dyscypliną. Harkham rysuje bez popisu, ale z czujnością na mikrogesty: spojrzenie, grymas, chwilę zawahania w drzwiach. Plansze mają rytm codzienności, a przez to potrafią męczyć w sposób celowy, jak męczy monotonia pracy i domowych obowiązków. To nie jest komiks, który stale podkręca tempo, by utrzymać uwagę. On pozwala, by uwaga osiadła na zmęczeniu. W efekcie czytelnik nie „ogląda” dramatu, tylko zaczyna go odczuwać jak narastające napięcie w ciele.
Zdarzają się momenty, w których opowieść rozszerza się, rozgałęzia, zmienia perspektywę. Dla jednych będzie to dowód rozmachu, dla innych ryzyko rozproszenia. Ale nawet jeśli narracja bywa kapryśna, trudno odmówić jej jednego: ona przypomina życie. Nie prowadzi grzecznie od punktu A do puenty. Zatrzymuje się, skręca, wraca, gubi tempo, bo tempo gubi się wtedy, gdy człowiek próbuje jednocześnie utrzymać rodzinę, pracę i własne ego. W tej nieidealności jest prawda.
Po lekturze Krwi dziewicy zostaje wrażenie, że oglądało się historię o cenie, której nikt nie wywiesza na plakacie. O tym, że spełnianie marzeń bywa formą przemocy, jeśli wymaga stałego umniejszania innych ludzi. O tym, że miłość nie zawsze przegrywa z pracą w dramatycznym wybuchu, częściej przegrywa po cichu, gdy ktoś wybiera kolejną godzinę na planie zamiast powrotu do domu. I o tym, że sztuka potrafi być równocześnie schronieniem i narzędziem autodestrukcji.
To komiks, który nie daje prostej ulgi. Nie obiecuje, że talent wszystko naprawi. Nie udaje, że ambicja jest zawsze piękna. Zostawia za to czytelnika z pytaniem, które brzmi banalnie tylko do momentu, gdy zacznie się na nie odpowiadać uczciwie: ile można zabrać z życia prywatnego, żeby dobudować sobie życie zawodowe, i w którym miejscu to już nie jest budowa, tylko rozbiórka. A jeśli naprawdę „wszystko jest możliwe”, to dlaczego tak często możliwe okazuje się tylko to, co kogoś kosztuje za dużo.


