Komiksy

RECENZJA: Wody Morteluny 1 | Świat, w którym każda kropla ma swoją cenę

Paryż bez Sekwany to już mocny obraz. Paryż, w którym woda jest walutą, to obraz jeszcze mocniejszy. A Wody Morteluny dokręcają śrubę do końca, bo katastrofa nie jest tu tylko tłem do efektownych ruin. Ona staje się nowym porządkiem świata, w którym każdy litr ma wartość życia, a każdy gest litości jest luksusem.

Tom pierwszy prowadzi nas do rzeczywistości po wojnie atomowej, gdzie woda niemal zniknęła z powierzchni Ziemi i zastąpiła pieniądz. Handel, przysługi, ciało, jedzenie, bezpieczeństwo wszystko da się przeliczyć na bańki i kanistry. W tym układzie nietrudno zgadnąć, kto wygrywa. Elity, które mają dostęp do zasobów i potrafią zamienić pragnienie innych w narzędzie władzy.

W centrum tej historii stoi dekadencki dwór księcia Morteluny. To nie jest po prostu postapo z bandytami i pustynią. To postapo w wersji dworskiej, ze wszystkim, co ta forma niesie: pozami, rytuałem, kaprysem i przemocą wystylizowaną na rozrywkę. Cothias buduje świat, w którym szaleństwo, zabawa, seks, mutacje, perwersje i kanibalizm nie są tanimi atrakcjami, tylko objawami systemu. Władza nie tylko rządzi, ona się bawi. A jeśli musi się nakarmić, też to zrobi.

Na tym tle pojawia się rodzeństwo Violhaine i Nicolas, czyli dwójka ludzi wrzuconych między tryby świata, który nie oferuje bezpiecznych ról. Ich przetrwanie nie polega na znalezieniu schronu, tylko na znalezieniu sposobu, żeby nie zostać przerobionym na cudzą walutę. I to jest ważne: ta opowieść nie ma komfortu klasycznej przygodówki. Jest lepka, niewygodna, momentami obrzydliwa. Nawet kiedy daje przestrzeń na emocje, robi to w świecie, który natychmiast próbuje te emocje zbrukać albo sprzedać.

Jednym z najmocniejszych elementów jest sam kontrast między brutalnością treści a sposobem jej podania. Philippe Adamov rysuje lekko, z dbałością o detale, z pewną elegancją kreski, która świetnie pasuje do “dworskiej” odsłony apokalipsy. Ta estetyka potrafi działać jak pułapka: oko łapie piękno kompozycji, zanim mózg zarejestruje, że właśnie ogląda świat moralnie rozłożony do kości. Dzięki temu Morteluna ma w sobie coś hipnotycznego. Nie tylko odpycha. Ona wciąga.

Warto też pamiętać o kontekście. Seria zadebiutowała w 1986 roku, miesiąc po Czarnobylu, i to czuć w jej nerwie. Tu nie ma wiary w technologię ani w to, że cywilizacja “jakoś się odbuduje”. Jest przekonanie, że człowiek potrafi przeżyć wszystko, ale pytanie brzmi, czy jest sens przeżyć w takim kształcie. W tej wizji przyszłości najbardziej niepokojące jest to, że świat wcale nie zmienia się tak bardzo, tylko zmienia się jego paliwo. Kiedyś była nim ropa, złoto, pieniądz. Teraz jest nim woda.

Jednocześnie to komiks, który może dzielić. Dla jednych będzie wciągającą, gęstą dystopią, w której ważniejsze od samego “jak doszło do końca” jest “co robimy, kiedy już po nim jesteśmy”. Dla innych może być zbyt powolny albo zbyt przegadany, bo Cothias częściej buduje atmosferę i układ sił niż pędzi od zwrotu do zwrotu. Ale właśnie to tempo pozwala Mortelunie działać jak toksyczny sen. Nie budzisz się po trzech stronach.

Tom pierwszy broni się też tym, że nie udaje łatwej rozrywki. Jeśli erotyka pojawia się na scenie, nie jest ozdobą ani tanią prowokacją, tylko objawem rozkładu. Jeśli przemoc eskaluje, to nie po to, żeby było “mocniej”, tylko żeby doprowadzić logikę świata do końca. Woda jest życiem. Brak wody jest śmiercią. A między tymi dwoma punktami człowiek staje się towarem.

Wody Morteluny 1 to dystopia, która nie tyle straszy przyszłością, co pokazuje mechanizm: jak łatwo pragnienie zmienia się w władzę, a władza w perwersyjną zabawę kosztem tych, którzy nie mają już czym zapłacić. To komiks dla dorosłego czytelnika, konsekwentnie nieprzyjemny, ale też zaskakująco stylowy i zapadający w pamięć. I chyba właśnie dlatego wciąż działa, mimo że minęły dekady od jego premiery.

Radek Czech

Film. Komiks. Książka.
Szukam kontekstów.
Dziękuję za przeczytanie powyższego.