Nie każda opowieść o dorastaniu potrzebuje wielkich wydarzeń, żeby zaboleć. Czasem wystarczy szary familok, procą w kieszeni, kanapka zawinięta w papier i lato, które pachnie kurzem, węglem oraz czymś jeszcze, czymś trudnym do nazwania, ale wyczuwalnym od pierwszych stron. Abyss Łukasza Szustera właśnie z takiej materii jest utkane. To powieść, która z jednej strony bardzo mocno osadza się w konkretnym miejscu i czasie, a z drugiej szybko wymyka się prostej klasyfikacji. Jest tu przygoda, groza, nostalgia, dramat społeczny i opowieść o dojrzewaniu, ale żadna z tych warstw nie dominuje całkowicie. Wszystkie splatają się w historię, która działa najmocniej wtedy, gdy zaczyna mówić o tym, jak bardzo dziecięce spojrzenie na świat różni się od dorosłego i jak długo pewne rzeczy potrafią w człowieku zostać.
Akcja przenosi nas na Śląsk początku lat dziewięćdziesiątych. To nie jest dekoracja wrzucona dla klimatu, tylko żywy, gęsty, chropowaty świat, który naprawdę czuć. Bieda, surowe metody wychowawcze, osiedlowa codzienność, wagary, piwnice, hałdy, familoki i dziecięce wyprawy, które z pozoru wyglądają zwyczajnie, a w rzeczywistości stają się czymś znacznie większym. W tym świecie dorastają Tomek Łuczak i Józek Kwaśniak, dwaj przyjaciele, którzy próbują przeżyć dzieciństwo tak, jak się wtedy przeżywało, bez wielkich słów, za to z dużą ilością kombinowania, ryzyka i łapania codzienności na własnych zasadach. Gdy na ich drodze pojawia się Tymek Roth, chłopiec naznaczony dawnym wypadkiem samochodowym, wszystko zaczyna powoli przesuwać się w stronę czegoś mroczniejszego.
Największa siła tej powieści tkwi w tym, że groza nie wchodzi tu z hukiem, tylko sączy się powoli. Najpierw jest dziecięca ciekawość, niepokój, dziwne zdarzenia, półsłówka, opowieści powtarzane z ust do ust, miejsca, których lepiej unikać. Potem atmosfera zaczyna gęstnieć. Czy naprawdę gdzieś w mroku czai się bestia? Czy to tylko dziecięca wyobraźnia, która na biedę, przemoc i niezrozumiałe tragedie nakłada własny język? Szuster bardzo długo trzyma czytelnika dokładnie w tym miejscu zawieszenia, gdzie nic nie jest do końca pewne. I robi to naprawdę umiejętnie, bo nie buduje napięcia tanimi chwytami, tylko klimatem, wspomnieniem, lękiem i tym szczególnym rodzajem dziecięcego przekonania, że świat dorosłych i świat tego, co niewytłumaczalne, wcale nie są od siebie tak daleko.
Bardzo dobrze wypadają sami bohaterowie. Tomek i Józek nie są papierowymi chłopcami z sentymentalnej opowieści o dawnych czasach. Mają w sobie autentyczność, zwyczajność i tę dziecięcą mieszaninę odwagi oraz bezradności, która sprawia, że od razu się w nich wierzy. Ich przyjaźń jest jednym z fundamentów całej historii i właśnie dlatego późniejsze wydarzenia wybrzmiewają tak mocno. Pojawienie się Tymka burzy ich dotychczasowy porządek, a później do tej układanki dochodzi jeszcze Roksana, postać niejednoznaczna, ciekawa i wprowadzająca dodatkowe napięcie. Relacje między tą grupą są ważne nie dlatego, że napędzają akcję, ale dlatego, że właśnie one nadają całej opowieści emocjonalny ciężar.
To, co zasługuje na szczególne uznanie, to sposób prowadzenia narracji. Szuster naprawdę potrafi pisać obrazami. Nie tyle opisuje, co odtwarza przed oczami czytelnika cały ten świat, od osiedlowego błota po dziecięce rytuały, strach i ekscytację. W Abyss bardzo mocno czuć miejsce, czas i emocję, a to sprawia, że książka działa intensywnie nawet wtedy, gdy pozornie niewiele się dzieje. Jednocześnie autor dobrze oddaje różnicę między perspektywą dziecka a spojrzeniem dorosłego człowieka wracającego pamięcią do dawnych wydarzeń. I właśnie w tym pęknięciu między tym, co było przeżywane wtedy, a tym, co rozumie się dopiero po latach, siedzi prawdziwa siła tej książki.
Nie znaczy to jednak, że powieść jest całkowicie pozbawiona słabszych momentów. Bywają fragmenty, w których narracja lekko się rwie, a przeskoki między wątkami czy planami czasowymi mogą na moment wytrącić z rytmu. Zdarza się też, że autor trochę zbyt wyraźnie przypomina czytelnikowi pewne informacje, przez co styl chwilami ociera się o pewien manieryzm. Nie są to rzeczy, które rozsadzają lekturę, ale da się je zauważyć. Zwłaszcza na początku można mieć moment zawahania, czy ta historia na pewno zmierza w stronę, w którą powinna. Na szczęście im dalej, tym wszystko układa się wyraźniej.
A finał naprawdę robi robotę. Nie tylko dlatego, że jest zaskakujący, ale dlatego, że nagle wiele elementów wskakuje na swoje miejsce i pokazuje, że ta historia od początku była czymś więcej niż tylko nostalgiczną opowieścią z domieszką grozy. To przede wszystkim książka o tym, jak dzieciństwo potrafi zostawić w człowieku ranę, której nie da się łatwo zabliźnić. O tym, że pewnych chwil nie da się zrozumieć w pełni, dopóki samemu się ich nie przeżyje. I o tym, że to, co w dzieciństwie wydaje się potworem z mroku, po latach może okazać się czymś równie strasznym, tylko znacznie bardziej ludzkim.
Abyss to bardzo dobra powieść, choć niekoniecznie idealna. Najmocniej działa tam, gdzie przestaje być tylko historią o tajemnicy, a staje się opowieścią o stracie, dojrzewaniu i pamięci. Ma w sobie chłód, smutek i ciężar, ale też ogromną sugestywność. To książka, która nie epatuje wielkością, tylko powoli wciąga czytelnika w swoją ciemność, a potem zostawia go z czymś znacznie trudniejszym niż prosty strach. Zostawia go z pytaniem, co tak naprawdę wydarzyło się wtedy i czy dorosłość naprawdę daje odpowiedzi, czy tylko uczy nas żyć z tym, czego nigdy do końca nie zrozumiemy.


