Najbardziej niepokojące w tej historii nie jest to, że rzeczywistość się rozpada. Najgorsze jest to, że bohaterowie bardzo długo nie chcą tego zauważyć. Taizan5 w finałowych tomach swojej serii przestaje bawić się iluzją i zaczyna ją bezlitośnie rozmontowywać, kawałek po kawałku.
Czwarty tom otwiera narrację w sposób, który wywraca wszystko do góry nogami. Śpiączka, przebudzenie, przesunięcie czasu, a przede wszystkim poczucie, że coś nadal jest nie tak. Bo choć Tsubasa wraca do świata, który powinien być realny, ten świat wciąż zachowuje się jak sen, który nie chce się skończyć. Uśmiechy są zbyt szerokie, emocje zbyt nienaturalne, a ostrzeżenia zbyt enigmatyczne, by można było je zignorować.
To właśnie tutaj seria osiąga swój najbardziej klaustrofobiczny moment. Nie ma już bezpiecznego punktu odniesienia. Czytelnik, podobnie jak bohater, zostaje wrzucony w przestrzeń, w której każda odpowiedź rodzi kolejne pytania. Taizan5 świadomie mnoży tropy, myli kierunki, podważa wcześniejsze ustalenia. Dla jednych będzie to fascynujące, dla innych zwyczajnie męczące. Bo trzeba przyznać jasno: ta opowieść momentami gubi się we własnej złożoności.
Piąty tom próbuje tę narracyjną plątaninę uporządkować, ale robi to w sposób przewrotny. Zamiast prostych wyjaśnień dostajemy zmianę perspektywy. Relacja Tsubasy i Soty staje się osią całej historii. To już nie jest opowieść o zagadce, lecz o wyborze. Czy lepiej żyć w wygodnym kłamstwie, czy w bolesnej prawdzie? Sota reprezentuje ucieczkę, budowanie iluzji idealnej rodziny. Tsubasa przeciwnie, próbuje tę iluzję zniszczyć, nawet jeśli oznacza to rozpad wszystkiego, co dawało pozorne poczucie bezpieczeństwa.
I właśnie tu Grzechy rodziny Ichinose pokazują swoją największą siłę. To manga o tym, że żadna relacja nie jest czysta, żadna rodzina nie jest idealna, a każda próba stworzenia takiej iluzji kończy się katastrofą. Motyw „rodziny z wyboru” zostaje zestawiony z więzami krwi i żadna z tych dróg nie okazuje się wolna od pęknięć.
Finałowy tom przynosi rozwiązania, ale nie w sposób, którego można by się spodziewać. To nie jest klasyczne domknięcie wątków. To raczej brutalne wybudzenie. Jak uderzenie zimnej wody, które nie daje ulgi, tylko zmusza do zaakceptowania rzeczywistości taką, jaka jest. Relacje bohaterów przestają być wygładzone, stają się bardziej szorstkie, prawdziwe, momentami niewygodne.
Nie oznacza to jednak, że wszystko działa bez zarzutu. Wręcz przeciwnie. Finał odsłania problemy, które narastały przez całą serię. Nadmiar zwrotów akcji, pewna chaotyczność konstrukcji i momentami zbyt pospieszne rozwiązania sprawiają, że nie każdy wątek wybrzmiewa z pełną siłą. Można odnieść wrażenie, że autor miał więcej pomysłów niż przestrzeni, by je wszystkie odpowiednio rozwinąć.
A jednak mimo tych niedoskonałości trudno odmówić tej mandze ambicji. Bo pod warstwą thrillera psychologicznego kryje się coś znacznie bardziej uniwersalnego. To opowieść o ucieczce przed rzeczywistością i o cenie, jaką trzeba za nią zapłacić.
Taizan5 nie daje czytelnikowi komfortu. Nie oferuje łatwego katharsis. Zamiast tego zostawia go z pytaniem, które wybrzmiewa najmocniej właśnie po zamknięciu ostatniego tomu: czy naprawdę chcemy się obudzić, jeśli to oznacza utratę wszystkiego, co dawało nam złudzenie szczęścia?


