Powrót do świata Czarnej Kompanii po ponad dwóch dekadach od Żołnierzy żyją wydawał się pomysłem równie ekscytującym, co ryzykownym. Nie dlatego, że Glen Cook utracił pisarską formę, ale dlatego, że tamta historia miała zakończenie, którego wielu fanów nie chciało ruszać. Było kompletne, gorzkie i pięknie domykało losy Konowała oraz Pani. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że Kłamstwa płaczą nie próbuje niczego burzyć. Nie unieważnia dawnych wydarzeń, nie wyciąga bohaterów z grobów na siłę i nie udaje, że czas się zatrzymał. Cook robi coś znacznie rozsądniejszego. Otwiera nowy rozdział.
Czarna Kompania jest już zupełnie innym miejscem niż ta, którą poznawaliśmy przed laty. Większość legendarnych postaci należy do historii, a centrum opowieści przejmują Arkana i Szukrat Voroszk, przybrane córki Konowała i nowe kronikarki Kompanii. To odważna decyzja, bo przez lata narracja Konowała była jednym z fundamentów całego cyklu. Tymczasem Cook oddaje głos dwóm młodym bohaterkom, które nieustannie się przekomarzają, wyśmiewają nawzajem swoje decyzje i prowadzą kronikę bardziej przypominającą prywatny pamiętnik niż wojskowy raport. I wiecie co? To działa zaskakująco dobrze.
Oczywiście nie od razu. Początkowo można mieć problem z ich sposobem narracji. Dziewczyny bywają chaotyczne, niedojrzałe, momentami wręcz irytujące. Jednak z czasem zaczynają nabierać charakteru, a ich relacja staje się jednym z najmocniejszych elementów książki. Dzięki nim Kłamstwa płaczą ma znacznie więcej humoru niż większość wcześniejszych odsłon serii. Nie oznacza to jednak, że Cook nagle porzucił mrok. Wręcz przeciwnie. Pod powierzchnią codziennych sporów i młodzieńczych docinków cały czas czai się coś niepokojącego.
To zresztą książka bardzo nietypowa jak na Czarną Kompanię. Jeśli ktoś spodziewa się wielkich bitew, marszów przez spalone krainy i nieustannej wojennej zawieruchy, może poczuć się zaskoczony. Przez znaczną część powieści niewiele się dzieje w klasycznym rozumieniu tego słowa. Kompania znalazła względny spokój w Krainie Nierozpoznanych Cieni. Dawni wrogowie zostali pokonani. Wojna się skończyła. Problem polega na tym, że świat Glena Cooka nigdy nie toleruje spokoju zbyt długo.
Autor wykorzystuje ten czas przede wszystkim do budowania fundamentów pod nowy cykl. Poznajemy nowe postacie, nowe zagrożenia i nowe tajemnice. Dziwne wydarzenia początkowo wydają się drobiazgami, ale stopniowo zaczynają układać się w większą całość. To powolne, momentami wręcz leniwe tempo może nie wszystkim przypaść do gustu, ale trudno odmówić mu skuteczności. Cook od zawsze był mistrzem niedopowiedzeń i tutaj ponownie pokazuje, jak wiele można osiągnąć poprzez sugestie zamiast otwartych deklaracji.
Szczególnie interesująco wypadają fragmenty poświęcone Konowałowi. Teraz jako Niezłomny Strażnik i następca Shivetii funkcjonuje gdzieś pomiędzy człowiekiem a bóstwem. To zupełnie nowa perspektywa dla bohatera, którego przez tyle lat obserwowaliśmy jako zmęczonego życiem kronikarza i żołnierza. Dzięki tym rozdziałom Cook wraca także do dawnych dziejów świata, odsłaniając kolejne fragmenty historii Dominacji, Senjaków i wydarzeń sprzed wieków. Dla wieloletnich fanów cyklu to prawdziwa kopalnia smaczków.
Nie wszystko działa jednak równie dobrze. Największym problemem pozostaje fabuła, która sprawia wrażenie długiego prologu. Wiele wątków dopiero się rozpędza, a część konfliktów zostaje zarysowana bardzo późno. Gdy historia wreszcie zaczyna nabierać tempa, książka nagle się kończy. I to dosłownie nagle. Cliffhanger jest tak brutalny, że można odnieść wrażenie, iż ktoś wyrwał ostatnie kilkadziesiąt stron rękopisu.
To jednak paradoksalnie najlepszy dowód na to, że Cook nadal potrafi angażować czytelnika. Bo mimo wszystkich zastrzeżeń po zamknięciu książki natychmiast pojawia się chęć sięgnięcia po kolejny tom.
Największą zaletą Kłamstwa płaczą jest fakt, że Glen Cook nie próbuje odtwarzać dawnej Czarnej Kompanii. Zamiast nostalgicznej podróbki dostajemy początek czegoś nowego, co wyrasta z fundamentów klasycznej serii, ale nie boi się szukać własnej tożsamości.
To książka spokojniejsza, bardziej tajemnicza i zdecydowanie mniej militarna niż najlepsze odsłony cyklu. Mimo to pozostaje stuprocentowo „cookowska” w sposobie prowadzenia narracji, budowania atmosfery i ukrywania znaczeń między wierszami. Dla fanów Czarnej Kompanii to lektura obowiązkowa. Dla nowych czytelników zdecydowanie nie. Tu najpierw trzeba przejść całą drogę razem z Kompanią.

