Fantasy zna wielu bohaterów noszących przeklęte miecze, ale niewielu potrafi dorównać Elrykowi z Melniboné. To postać, która od dekad pozostaje jednym z najciekawszych antybohaterów gatunku, albinos, cesarz bez imperium, wojownik zależny od demonicznego oręża i człowiek rozdarty między własnym sumieniem a losem zapisanym przez bogów. Śniące Miasto zamyka pierwszy cykl komiksowej adaptacji twórczości Michaela Moorcocka i robi to w sposób, który doskonale oddaje tragiczny charakter tej historii.
Julien Blondel nie próbuje tworzyć prostego streszczenia literackiego pierwowzoru. Tak jak w poprzednich tomach, pozwala sobie na zmiany, skróty i reinterpretacje, ale jednocześnie zachowuje to, co najważniejsze, ducha opowieści. To nadal historia o upadku cywilizacji, o władzy zbudowanej na przemocy i o człowieku, który odkrywa, że jego własny lud od dawna jest moralnym trupem.
Fabuła prowadzi Elryka ku nieuniknionej konfrontacji z przeszłością. Poszukiwania legendarnego miasta R’lin K’ren A’a odsłaniają kolejne tajemnice pochodzenia Melniboné, podczas gdy Młode Królestwa przygotowują się do ostatecznej rozprawy z imperium. Wszystko zmierza ku katastrofie, której czytelnik spodziewa się od pierwszych stron, ale która mimo to robi ogromne wrażenie.
Największą siłą albumu pozostaje atmosfera. Świat Elryka jest brudny, okrutny i pozbawiony złudzeń. Nie ma tutaj klasycznego podziału na dobro i zło. Są jedynie różne odcienie upadku, zdrady i desperacji. Nawet bohaterowie, którym kibicujemy, podejmują decyzje trudne do zaakceptowania.
To właśnie tragizm odróżnia Elryka od większości współczesnych herosów fantasy. Nie walczy o zwycięstwo. Walczy o przetrwanie, wiedząc, że każda wygrana będzie jednocześnie kolejną porażką. Bardzo dobrze wypada również relacja Elryka z Burzodzierżcą. Demoniczny miecz już dawno przestał być zwykłym artefaktem. W tej interpretacji staje się niemal pełnoprawnym bohaterem opowieści, symbolem uzależnienia, przeznaczenia i siły, której nie sposób się wyrzec mimo świadomości jej ceny. Można dyskutować, czy momentami nie otrzymał zbyt wiele „głosu”, ale trudno odmówić temu zabiegowi dramatycznej skuteczności.
Julien Telo tworzy natomiast oprawę wizualną, która idealnie współgra z charakterem historii. Kadry są ciężkie od cieni, pełne monumentalnych ruin, groteskowych stworzeń i bohaterów wyglądających jak istoty skazane na klęskę jeszcze przed rozpoczęciem walki. Szczególnie imponują sceny przedstawiające upadek Melniboné. Telo doskonale oddaje zarówno skalę katastrofy, jak i osobisty dramat bohaterów uwikłanych w jej centrum.
Nie jest to jednak album pozbawiony wad. Widać, że twórcy próbują zmieścić bardzo obszerny materiał źródłowy w ograniczonej liczbie stron. Finałowe wydarzenia momentami rozwijają się zbyt szybko, a część emocjonalnych konsekwencji nie otrzymuje tyle miejsca, ile mogłaby. Tragedia całej cywilizacji i osobiste dramaty Elryka oraz Cymoril rywalizują o uwagę czytelnika, przez co rytm narracji bywa nierówny.
Nie zmienia to jednak faktu, że zakończenie pozostawia silne wrażenie. Nie dlatego, że wszystko zostaje wyjaśnione. Wręcz przeciwnie. Wiele tajemnic pozostaje nierozwiązanych, a część pytań celowo zawisa w powietrzu. To bardzo moorcockowskie podejście – świat jest większy od pojedynczej opowieści, a los bohaterów nie kończy się wraz z ostatnią stroną.
„Śniące Miasto” nie jest historią o triumfie. To opowieść o końcu pewnej epoki, o rozpadzie imperium i o człowieku, który musi zniszczyć wszystko, co znał, aby pozostać wiernym samemu sobie. Mroczna, melancholijna i momentami wręcz operowa w swoim rozmachu. Dla fanów Moorcocka będzie to interesująca reinterpretacja klasyki. Dla nowych czytelników, świetne wprowadzenie do jednego z najważniejszych bohaterów fantasy XX wieku. A dla wszystkich pozostałych dowód, że nawet po kilkudziesięciu latach Elryk wciąż pozostaje postacią wyjątkową.

