W Samotnym Wilku i Szczenięciu od początku był obraz, którego nie dało się zapomnieć. Ogami Ittō pcha wózek, a w nim siedzi Daigorō. Ojciec i syn. Zabójca i dziecko. Samotny wilk i szczenię, przemierzający Japonię po ścieżce demonów, gdzie każde spotkanie może skończyć się krwią, a każdy przystanek okazuje się tylko kolejną próbą. Przez pierwsze tomy łatwo było patrzeć przede wszystkim na Ogamiego. To on był mieczem, wyrokiem, cieniem dawnej funkcji kata sioguna. Piąty tom bardzo wyraźnie przypomina jednak, że ta opowieść nigdy nie była tylko o nim.
Daigorō przestaje być tutaj figurą niewinności wożoną przez świat przemocy. Coraz mocniej staje się osobą. Małą, trzyletnią, niemal niemożliwie dzielną, ale jednak osobą, która widzi, rozumie, zapamiętuje i reaguje. Kazuo Koike przesuwa środek ciężkości odważniej niż wcześniej. W poprzednim tomie pojawiały się już sygnały, że chłopiec nie będzie wyłącznie niemym towarzyszem ojca, ale dopiero tutaj widać to z pełną siłą. Daigorō dostaje własne sceny, własne próby, własne cierpienie i własną godność. I właśnie dlatego piąty tom robi tak duże wrażenie.
Już Ikkokubashi. Most jednego kamienia ustawia ton tej części. Historia niemal w całości skupia się na Daigorō, a Koike pozwala czytelnikowi zobaczyć go nie jako dodatek do legendy Ogamiego, lecz jako dziecko wrzucone w świat, którego zasady są brutalne, zimne i zupełnie nieludzkie. To tutaj po raz pierwszy tak mocno odczuwamy, że Szczenię może zostać skrzywdzone bezpośrednio. Nie tylko pośrednio, przez obecność przy śmierci. Nie tylko emocjonalnie, przez patrzenie na ojca zabijającego kolejnych ludzi. Fizycznie. Społecznie. Publicznie. Jak ktoś, kto nie powinien jeszcze rozumieć przemocy, a jednak już zna jej język.
Jeszcze bardziej dojmujący jest Kodeks karny artykuł siedemdziesiąty dziewiąty. To jeden z tych epizodów, które pokazują, jak wielką siłę ma ta seria, kiedy rezygnuje z efektownej akcji na rzecz napięcia moralnego. Ogamiego tu nie ma. Daigorō zostaje sam, postawiony przed sądem i ukarany chłostą. Trzyletnie dziecko, które powinno płakać, krzyczeć, prosić o ratunek, przyjmuje ból bez jednej łzy. Ta scena jest jednocześnie imponująca i przerażająca. Bo z jednej strony widzimy niezwykłą siłę chłopca. Z drugiej trudno nie pomyśleć, jaką cenę trzeba zapłacić, żeby dziecko tak małe potrafiło zachować się w taki sposób.
Daigorō nie jest zwykłym dzieckiem, ale ta prawda nie brzmi jak pochwała. Brzmi jak wyrok. Koike nie robi z niego małego wojownika w łatwym, atrakcyjnym sensie. Nie ma tu taniego zachwytu nad tym, że chłopiec jest twardy, nieustraszony i gotowy do świata dorosłych. Jest raczej smutek. Daigorō przechodzi próby, które nie powinny należeć do dzieciństwa. Uczy się cierpliwości, milczenia, orientacji w zagrożeniu i rozpoznawania intencji ludzi. Jego dojrzewanie nie wynika z naturalnego rytmu życia, lecz z nieustannego kontaktu z przemocą. Im bardziej imponuje, tym bardziej boli.
W Nocy kłów ten motyw zostaje poprowadzony w bardziej dynamicznej formie. Daigorō staje się świadkiem zamachu, musi uciekać, walczyć o przetrwanie, wskazać winnego. Ogami pojawia się dopiero na końcu, z tym swoim chłodnym spokojem, jakby chciał dopiero dowiedzieć się, co właściwie zaszło. To świetnie ustawiona scena, bo pokazuje nowy układ sił w serii. Ojciec wciąż jest potężną obecnością, ale syn zaczyna funkcjonować także poza jego bezpośrednią ochroną. Nie jest samodzielny w zwykłym znaczeniu, bo ma przecież trzy lata. A jednak w świecie tej mangi trzy lata wystarczą, by zostać wystawionym na próbę, która złamałaby wielu dorosłych.
Piąty tom rozwija też relację ojca i syna w sposób wyjątkowo subtelny. Nie ma tu czułości w oczywistym wydaniu. Ogami nie tłumaczy Daigorō świata, nie pochyla się nad nim z miękkim słowem, nie zapewnia go, że wszystko będzie dobrze. W tej serii takie zapewnienie byłoby kłamstwem. A jednak między nimi istnieje porozumienie głębsze niż większość dialogów. Chłopiec wie, gdzie czekać. Wie, kiedy milczeć. Wie, jak rozpoznać moment zagrożenia. Ojciec natomiast ufa mu w sposób, który dla normalnego rodzica byłby niewyobrażalny, ale na ścieżce demonów staje się koniecznością.
To jedna z najbardziej fascynujących rzeczy w Samotnym Wilku i Szczenięciu. Koike cały czas każe nam balansować między podziwem a sprzeciwem. Ogami chroni syna, ale jednocześnie wciąga go w świat, który go deformuje. Nie pozwoli go skrzywdzić bezkarnie, ale sam codziennie skazuje go na kontakt z brutalnością. Uczy go przetrwania, ale odbiera mu zwyczajność. To ojcostwo skrajne, nieludzkie, a mimo to niepozbawione miłości. Tylko że ta miłość jest tu wyrażana językiem drogi, milczenia, krwi i obowiązku.
W tym tomie wraca też wątek wózka, który po wydarzeniach z poprzedniej części pokazuje swoją nową, śmiercionośną funkcję. To jeden z najbardziej przewrotnych symboli serii. Wózek dziecięcy powinien oznaczać opiekę, kruchość, codzienną troskę. U Koikego i Kojimy staje się narzędziem walki, ruchomym arsenałem, znakiem świata, w którym nawet przedmiot związany z dzieciństwem zostaje podporządkowany przemocy. Piąty tom wykorzystuje ten motyw z dużą satysfakcją, ale nie traci przy tym jego gorzkiego znaczenia.
Nie brakuje oczywiście klasycznych elementów serii. Ogami nadal trafia na ludzi uwikłanych w spiski, zemstę, nędzę, lojalność i interesy możnych. Yagyū dalej knują, wciągając w swoje rozgrywki kolejny ród, a polityka wysokich szczebli miesza się z losem tych, którzy żyją na społecznych nizinach. Koike świetnie czuje, że feudalna Japonia w tej opowieści nie może być wyłącznie malowniczym tłem. To system nacisku, hierarchii, zależności i przemocy, w którym każdy ma przypisaną rolę, a wyjście poza nią często kosztuje życie.
Bardzo dobrze wypadają epizody pokazujące starcia nie tylko miecza z mieczem, ale także charakteru z charakterem. Ogami potrafi odmówić, jeśli czuje, że zlecenie uderzyłoby w osobę niewinną. To ważne, bo seria nigdy nie przedstawia go jako zwykłego najemnego mordercy. Jest zabójcą, ale nie człowiekiem pozbawionym zasad. Jego kodeks bywa straszny, chłodny i nieludzko konsekwentny, lecz istnieje. I właśnie ta różnica sprawia, że kolejne rozdziały nie zamieniają się w prostą katalogową opowieść o zleceniach. Za każdym razem wraca pytanie o granicę między obowiązkiem, zemstą, honorem i osobistym wyborem.
Goseki Kojima pozostaje w znakomitej formie. Jego rysunki są realistyczne, surowe i filmowe, ale największe wrażenie robi nie sama sprawność techniczna, tylko wyczucie rytmu. Potyczki są szybkie, brutalne, często oparte na jednym pomyśle taktycznym. Pojedynek na moście, walka w strumieniu, technika wykorzystująca ukrycie ostrza pod taflą wody, starcie z obręczami beczki i stalowymi łańcuchami. To wszystko pokazuje, że akcja w tej mandze nie jest mechanicznym pokazem umiejętności. Każde starcie ma swoją logikę, przestrzeń, tempo i puentę.
A jednak w piątym tomie najbardziej zapadają w pamięć nie tylko sceny walki. Kojima dostaje więcej okazji, by rysować Daigorō poza wózkiem, poza znanym obrazem dziecięcej główki wystającej z drewnianej konstrukcji. Chłopiec porusza się, obserwuje, cierpi, czeka, podejmuje decyzje. Artysta znakomicie uchwyca jego milczenie. W oczach Daigorō jest coś, co nie pasuje do jego wieku. Nie chodzi o przesadnie dorosłą mimikę. Raczej o brak typowego dziecięcego lęku tam, gdzie powinien się pojawić. To spojrzenie jest jednym z najważniejszych elementów całego tomu. Kojima rysuje Daigorō tak, jakby dzieciństwo nadal w nim było, ale musiało nauczyć się siedzieć cicho.
Piąta część ma też świetne wyczucie pór roku, krajobrazu i przestrzeni. Seria od dawna działa nie tylko dzięki przemocy, lecz także dzięki drodze. Ojciec i syn przemierzają kraj, a razem z nimi czytelnik ogląda Japonię pełną mostów, strumieni, zajazdów, pól, śniegu, błota, ludzi przy pracy i ludzi na krawędzi. Ta wędrówka jest coraz bardziej hipnotyczna. Nawet jeśli znamy już strukturę wielu epizodów, nadal czuć, że każdy krajobraz może przynieść inną odmianę cierpienia.
Szczególnie mocno działa historia z ostatnimi chryzantemami, opowieść o zemście, krzywdzie i kobiecie zepchniętej na dno przez los oraz społeczne mechanizmy. To jeden z tych rozdziałów, w których Koike pokazuje, że interesują go nie tylko wojownicy i spiski możnych. Potrafi spojrzeć także na tych, którym odebrano narzędzia działania. Zemsta nie zawsze przychodzi wprost, nie zawsze należy do tego, kto najwięcej stracił. Czasem zostaje wyprowadzona z boku, cicho, przez zbieg dróg i decyzji. W tej gorzkiej poetyce seria jest naprawdę mocna.
Finałowa sekwencja, w której sylwetki ojca i syna nikną wśród śnieżycy, pięknie domyka tom, choć oczywiście niczego ostatecznie nie kończy. To raczej przypomnienie, że każda część tej opowieści jest tylko kolejnym odcinkiem marszu. Ogami i Daigorō znikają w bieli, ale wiemy, że droga trwa. Za nimi zostają ciała, krzywdy, cudze tragedie i małe fragmenty świata, przez który przeszli. Przed nimi czeka następne zlecenie, następny spisek, następny most.
Jeżeli można mówić o jakiejś słabości piątego tomu, to raczej o tym, że seria weszła już w bardzo rozpoznawalny rytm. Czytelnik wie, czego może się spodziewać. Epizodyczna konstrukcja, moralna gorycz, brutalna puenta, pojawiające się tło społeczne i kolejne próby Ogamiego. Ale Koike i Kojima nadal potrafią przesuwać akcenty na tyle umiejętnie, że ta powtarzalność nie męczy. Tym razem takim przesunięciem jest Daigorō, a to wystarcza, by tom miał własny, bardzo mocny charakter.
Samotny Wilk i Szczenię 5 to znakomita kontynuacja, bo pokazuje, że seria nie musi rewolucjonizować swojej formuły, żeby wciąż rosnąć. Wystarczy spojrzeć dokładniej na postać, która od początku była obok, a jednak dopiero teraz zaczyna naprawdę wychodzić na pierwszy plan. Daigorō nie mówi wiele, ale po tym tomie jego milczenie brzmi głośniej niż niejeden krzyk.
To manga o zemście, honorze i mieczu, ale coraz bardziej także o dziecku, które uczy się świata w najgorszy możliwy sposób. I właśnie dlatego ta droga boli coraz mocniej. Bo Ogami może być nie do zatrzymania, ale pytanie brzmi już nie tylko, ilu ludzi zginie przed końcem jego zemsty. Pytanie brzmi, kim stanie się chłopiec, który przez cały ten czas patrzy.

