Nie wiem, czy istnieje drugi twórca komiksowy, który tak dobrze rozumie środowisko muzyków, jak JP Ahonen. Nie chodzi nawet o sam metal, długie włosy, koncerty czy koszulki z logo ulubionych zespołów. Chodzi o coś znacznie bardziej przyziemnego. O niekończące się próby, frustrację, kiedy w głowie słyszysz idealny utwór, ale nie potrafisz go wydobyć z instrumentu. O kłótnie, kompromisy i ten specyficzny rodzaj uzależnienia od tworzenia, przez który muzyka potrafi zniszczyć wszystko inne. Perkeros właśnie od tego zaczyna i długo sprawia wrażenie bardzo trafnej obyczajówki o ludziach próbujących utrzymać przy życiu zespół. Potem jednak Ahonen i KP Alare wrzucają do tego kotła realizm magiczny, nordycką mitologię i horror, a całość zaskakująco się nie rozsypuje.
Głównym bohaterem jest Akseli, gitarzysta i główna siła napędowa zespołu Perkeros. Perfekcjonista do granic możliwości, który nieustannie podważa własny talent i każdą kolejną kompozycję traktuje jak walkę o życie. Muzyka nie jest dla niego hobby ani sposobem na sławę. To obsesja. Im bardziej próbuje stworzyć coś wyjątkowego, tym bardziej zamyka się w sobie i odpycha ludzi, którzy naprawdę chcą mu pomóc. To bardzo dobrze napisana postać, bo łatwo zrozumieć jego motywacje, nawet jeśli chwilami ma się ochotę solidnie nim potrząsnąć.
Największą siłą komiksu okazuje się jednak sam zespół. Perkeros przypomina każdą garażową kapelę, która kiedykolwiek próbowała wspólnie dojść do czegoś większego. Jest więc ekscentryczny hipis Kervinen, jest rozsądna Lilja, jest Aydin, sprzedawca kebabów obdarzony fenomenalnym głosem, a na perkusji siedzi… niedźwiedź. I co najzabawniejsze, to właśnie Misiek wydaje się najbardziej stabilnym członkiem całej ekipy. Ten absurd działa, bo autorzy od początku traktują go całkowicie serio. Nikt nie zatrzymuje akcji po to, żeby tłumaczyć obecność wielkiego futrzaka za zestawem perkusyjnym. On po prostu tam jest i wszyscy uznają to za rzecz całkowicie normalną.
Pod warstwą humoru kryje się jednak opowieść o twórczości i cenie, jaką czasem trzeba za nią zapłacić. Akseli bardzo szybko zaczyna zatracać granicę między rzeczywistością a własnymi wizjami. Muzyka przestaje być wyłącznie sztuką. Staje się czymś pierwotnym, niemal magicznym. Kolejne dźwięki otwierają drzwi do świata, którego istnienia bohater nawet nie podejrzewał. Podoba mi się sposób, w jaki twórcy prowadzą ten wątek. Nie rzucają od razu czytelnika w sam środek fantastycznej wojny. Najpierw pojawiają się drobne niepokojące sygnały, później coraz bardziej surrealistyczne obrazy, aż w końcu historia skręca w stronę pełnoprawnego dark fantasy z elementami horroru.
To właśnie ten płynny przeskok między obyczajem a fantastyką robi największe wrażenie. Przez sporą część albumu można odnieść wrażenie, że czyta się historię o muzykach próbujących przebić się na lokalnej scenie. Kiedy jednak nadprzyrodzone elementy zaczynają przejmować kontrolę, okazuje się, że były obecne od samego początku. Autorzy bardzo umiejętnie rozsiewają wskazówki i dopiero z perspektywy finału widać, jak konsekwentnie budowali napięcie.
Jednocześnie Perkeros ani przez chwilę nie zapomina o relacjach między bohaterami. Związek Akselego rozpada się właściwie na naszych oczach, ale nie dlatego, że pojawia się jakiś melodramatyczny zwrot akcji. Po prostu coraz bardziej widać, że człowiek całkowicie pochłonięty własną pasją przestaje dostrzegać drugą osobę. To bardzo wiarygodny obraz perfekcjonizmu, który zamiast napędzać rozwój, zaczyna pożerać wszystko wokół.
Sporym atutem są również dialogi. Bohaterowie brzmią naturalnie, wzajemnie się podpuszczają, żartują i kłócą dokładnie tak, jak robią to ludzie spędzający ze sobą większość życia w salach prób i koncertowych busach. Czuć, że Ahonen doskonale zna to środowisko od środka. Nie ma tu sztucznego romantyzowania życia muzyka. Więcej jest zmęczenia, niepewności i walki z własnymi ograniczeniami niż spektakularnych sukcesów.
Warstwa graficzna zasługuje na osobny akapit. Styl Ahonena jest bardzo charakterystyczny. Lekko mangowe twarze, ogromna ekspresja postaci i świetne operowanie kolorem sprawiają, że komiks ma własną tożsamość już po kilku stronach. Najbardziej imponują jednak sceny koncertowe. Autorzy potrafią narysować muzykę. Brzmi absurdalnie, ale właśnie takie odnosi się wrażenie. Kadry pulsują energią, rytmem i emocjami. Kiedy później dochodzą do tego elementy nadprzyrodzone, całość nabiera niemal psychodelicznego charakteru.
Czy wszystko działa równie dobrze? Niekoniecznie. W ostatniej części historia wyraźnie przyspiesza. Skala wydarzeń gwałtownie rośnie, a niektóre wątki dostają mniej miejsca, niż bym chciał. Można odnieść wrażenie, że materiału wystarczyłoby jeszcze na kilkadziesiąt stron. Nie przeszkadza to w odbiorze, ale pozostawia lekki niedosyt.
Perkeros pokazuje też, że JP Ahonen nie jest twórcą jednego pomysłu. Po sukcesie Belzebubs mógł bezpiecznie odcinać kupony od podobnego humoru, tymczasem stworzył historię znacznie bardziej emocjonalną i dojrzalszą. Nadal jest zabawnie, nadal absurd potrafi wywołać szeroki uśmiech, ale pod spodem kryje się opowieść o samotności, twórczej obsesji i poszukiwaniu własnego głosu.
Nie trzeba słuchać metalu, żeby dobrze się przy tym bawić. Oczywiście fani ciężkich brzmień wyłapią znacznie więcej smaczków, ale sednem tej historii wcale nie jest muzyczny gatunek. To opowieść o ludziach próbujących stworzyć coś wyjątkowego i o tym, jak łatwo podczas tej drogi zgubić samego siebie. A skoro wszystko to dzieje się w towarzystwie perkusisty będącego niedźwiedziem, sprzedawcy kebabów o anielskim głosie i demonów czających się gdzieś między kolejnymi taktami, tym lepiej. Tak odjechane połączenia zdarzają się naprawdę rzadko, a jeszcze rzadziej okazują się tak dobrze zagrane.




