W Rosji student wspina się na drzewo, żeby złapać zasięg internetu, dzieci dostają do zabawy makietę zniszczonego ukraińskiego miasta, a prezydent wciela się w przewodnika stada żurawi. Każda z tych historii brzmi jak satyra, która zbyt mocno przesadziła. Alice Lugen nie musi jednak niczego dopowiadać. Wystarczy, że porządkuje fakty. Właśnie z tego zderzenia komizmu i grozy rodzi się Imperium gniewu, reportaż o państwie, które uczyniło absurd jednym z narzędzi sprawowania władzy.
Autorka dzieli książkę na siedemnaście rozdziałów, z których każdy dotyczy jednego elementu rosyjskiego systemu. Kult wodza, militaryzacja dzieci, propaganda, cyfrowa inwigilacja, korupcja, rejestry zagranicznych agentów, nostalgia za Związkiem Radzieckim, bieda prowincji oraz życie najbogatszych tworzą osobne części, ale szybko okazuje się, że nie da się ich od siebie oddzielić. Każdy mechanizm podtrzymuje pozostałe. Propaganda usprawiedliwia represje, represje wzmacniają strach, strach ogranicza bunt, a brak sprzeciwu służy jako dowód społecznego poparcia.
Lugen nie pisze kolejnej biografii Putina. Sam prezydent pozostaje tu postacią centralną, lecz znacznie ważniejszy okazuje się system, który uczynił z niego figurę niemal sakralną. Putin jawi się jako gwarant porządku, opiekun narodu, dowódca, sportowiec, przyrodnik i człowiek niezastąpiony. Im bardziej absurdalne są kolejne inscenizacje jego siły, tym wyraźniej widać, że nie służą zabawie. Budują obraz władcy, bez którego państwo natychmiast osunęłoby się w chaos.
Kult jednostki nie działa tutaj wyłącznie dzięki rozkazom płynącym z Kremla. Podtrzymuje go także społeczne przyzwyczajenie do władzy, która ma być odległa, wszechmocna i zwolniona z odpowiedzialności. Jeśli urzędnicy kradną, policja bije, a prowincja pogrąża się w biedzie, winni są ludzie stojący niżej. Sam władca pozostaje poza podejrzeniem. Ten mechanizm pozwala krytykować codzienność bez naruszania fundamentu systemu.
Szczególnie ponuro wybrzmiewają rozdziały poświęcone dzieciom i młodzieży. Junarmia, patriotyczne programy szkolne i wojskowa symbolika nie ograniczają się do kształtowania zainteresowania historią czy armią. Ich celem staje się wychowanie obywatela gotowego uznać przemoc za naturalne narzędzie polityki. Wojna trafia do szkół, przedszkoli, piosenek, makiet i uroczystości. Dziecko ma nie tylko znać oficjalną wersję wydarzeń, lecz także emocjonalnie się z nią związać.
Lugen pokazuje przy tym, że współczesna propaganda nie polega już wyłącznie na narzucaniu jednej spójnej opowieści. Równie skuteczne okazuje się zalewanie odbiorcy wieloma sprzecznymi wersjami rzeczywistości. Nie chodzi o to, by człowiek uwierzył w każdą z nich. Wystarczy, że przestanie wierzyć w możliwość poznania prawdy. W takim świecie cynizm staje się wygodniejszy niż sprzeciw, a zdanie, że wszyscy kłamią, zwalnia z konieczności oceny faktów.
Rozdziały dotyczące mediów, internetu i cyfrowej kontroli rozwijają ten obraz w stronę państwa wykorzystującego nowoczesność do odtworzenia bardzo starych metod represji. Roskomnadzor, monitoring, gromadzenie danych i blokowanie niezależnych źródeł informacji pokazują, że putinowski system nie jest prostym powrotem do Związku Radzieckiego. To autorytaryzm, który przejął dawne odruchy władzy, lecz wyposażył je w narzędzia pozwalające obserwować obywatela znacznie skuteczniej niż w epoce Stalina.
Równie ważna okazuje się prowincja. Głubinka obnaża różnicę między imperialnym wizerunkiem a rzeczywistością milionów mieszkańców. Państwo zdolne finansować wojsko, propagandę i luksus elit nie potrafi zapewnić podstawowej infrastruktury. Internet może istnieć wyłącznie osiem metrów nad ziemią, wieś może znikać z mapy, a ludzie latami czekać na drogę, wodę lub opiekę medyczną. Oficjalny sukces nie wymaga poprawy warunków życia. Wystarczy odpowiednio go ogłosić.
Lugen nie sprowadza rosyjskiej biedy do egzotycznej ciekawostki. Pokazuje jej polityczną funkcję. Człowiek uzależniony od lokalnego urzędnika, świadczenia czy państwowego pracodawcy ma niewielką przestrzeń do sprzeciwu. Poczucie bezsilności narasta przez lata, aż zaczyna uchodzić za cechę rzeczywistości, a nie efekt konkretnych decyzji. Obywatel nie oczekuje zmiany, ponieważ wcześniej nauczono go, że wpływ na cokolwiek jest przywilejem ludzi znajdujących się wyżej.
Z tym obrazem kontrastuje życie oligarchów i najbogatszych Rosjan. Ich majątki nie są wyłącznie rezultatem przedsiębiorczości ani wolnego rynku. Powstają w środowisku, w którym dostęp do państwowych zasobów zależy od lojalności, znajomości i gotowości do podporządkowania się centrum władzy. Bogactwo daje ogromną swobodę, ale pozostaje warunkowe. Można posiadać jachty, posiadłości i konta za granicą, dopóki nie zakwestionuje się reguł ustalanych na Kremlu.
Tak samo działa korupcja. Nie jest usterką systemu, lecz jednym z jego podstawowych mechanizmów. Łapówka tworzy zależność, umożliwia kontrolę i sprawia, że niemal każdego można w odpowiednim momencie oskarżyć. Przepisy obowiązują wybiórczo, dlatego człowiek nie musi być niewinny ani winny w klasycznym sensie. Musi jedynie pozostawać użyteczny.
W tych fragmentach Imperium gniewu najdobitniej odchodzi od zbioru kuriozalnych historii. Absurd okazuje się osłoną dla przemocy. Żurawie, propagandowe widowiska i groteskowe wypowiedzi urzędników mogą śmieszyć, ale śmiech szybko więźnie w gardle, gdy obok pojawiają się represje wobec mediów, niszczenie organizacji społecznych, fałszowanie procesów i systematyczne zawężanie przestrzeni prywatnej.
Rosyjski system nie wymaga od obywatela nieustannego entuzjazmu. Często wystarcza mu bierność, zmęczenie i przekonanie, że żadna alternatywa nie istnieje. To właśnie ta obserwacja nadaje książce ciężar większy niż same opisy propagandy czy korupcji. Władza nie musi kontrolować każdego człowieka przez cały czas. Potrzebuje jedynie społeczeństwa, które samo ogranicza własne oczekiwania.
Autorka sprawnie korzysta z ironii, ale pilnuje, by nie zamienić Rosji w gabinet osobliwości. Humor uwypukla sprzeczności, nie unieważnia cierpienia. Dzięki temu kolejne przykłady działają mocniej niż suchy wykład o autorytaryzmie. Łatwiej zrozumieć mechanizm państwa, gdy widzi się jego wpływ na edukację, komunikację, język i zwykłe codzienne zachowania.
Książka pozostaje przy tym przystępna i uporządkowana. Lugen gromadzi wiele danych, opisów i źródeł, ale nie przytłacza terminologią. Każdy rozdział może służyć jako wprowadzenie do osobnego problemu. Ta konstrukcja ma jednak również ograniczenie. Niektóre tematy kończą się dokładnie w chwili, gdy zaczynają nabierać głębi. Zabrakło miejscami bardziej rozbudowanych historii konkretnych ludzi, rozmów i doświadczeń, które nadałyby analizie jeszcze mocniejszy reporterski wymiar.
Siedemnaście zagadnień nie tworzy kompletnego portretu Rosji i autorka uczciwie tego nie udaje. To raczej zestaw szczelin, przez które można zobaczyć działanie większej konstrukcji. Czytelnik dobrze znający temat nie wszędzie znajdzie nowe fakty, ale zyska klarownie zebrany obraz systemu, w którym dawne imperialne odruchy połączono z cyfrową kontrolą, kapitalizmem lojalnościowym i wojenną propagandą.
Tytułowy gniew nie należy wyłącznie do Putina ani państwowej telewizji. Jest produkowany i rozprowadzany przez cały system. Karmi się poczuciem krzywdy, utraconą potęgą, strachem przed Zachodem i przekonaniem, że Rosja może istnieć wyłącznie jako imperium. Władza wzbudza frustrację, po czym wskazuje jej zewnętrznego adresata. Obywatel ma nie pytać, dlaczego jego własne państwo go zaniedbuje. Powinien wierzyć, że wszystkiemu winni są wrogowie.
Imperium gniewu nie podsuwa łatwego pocieszenia, że odejście jednego człowieka automatycznie zakończy putinizm. Opisane przez Lugen zjawiska sięgają głębiej. Łączą dziedzictwo carskie, sowieckie metody zarządzania i współczesne technologie. Putin nie stworzył rosyjskiej skłonności do samodzierżawia od podstaw. Rozpoznał ją, wykorzystał i przystosował do nowych warunków.
To potrzebna i trzeźwa książka. Pokazuje Rosję nie jako niezrozumiałą krainę zamieszkaną przez ludzi kierujących się tajemniczą duszą, lecz jako państwo zbudowane z konkretnych mechanizmów. Absurd nie jest w nim przeciwieństwem racjonalności. Ma swoją funkcję. Ośmiesza prawdę, dezorientuje, przyzwyczaja do bezprawia i sprawia, że najbardziej niepokojące zjawiska zaczynają wyglądać jak element codziennego pejzażu. Alice Lugen zbiera te paradoksy bez złudzeń i bez egzotyzowania. W rezultacie powstaje portret kraju, który inwestuje ogromne środki w opowieść o własnej wielkości, ponieważ rzeczywistość zbyt często mogłaby tej opowieści zaprzeczyć.

