W tysiącletnim labiryncie zaczyna brakować już nie tylko czasu i bezpiecznych korytarzy, ale przede wszystkim ludzi, którym można bezwarunkowo zaufać. I właśnie wtedy Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt staje się najciekawsze. Pierwsze dwa tomy budowały zagadkę wokół dziwacznego cesarskiego egzaminu, kandydatów zamkniętych w śmiertelnej pułapce oraz zasad, których nikt nie raczył im dokładnie wyjaśnić. Trzeci i czwarty przestają natomiast pytać wyłącznie o to, kto stoi za wydarzeniami w zamku. Ważniejsze staje się coś innego: co zrobią bohaterowie, kiedy przetrwanie będzie wymagało wskazania człowieka, którego można poświęcić.
Trzeci tom błyskawicznie korzysta z napięcia nagromadzonego wcześniej. Tajemnica pochodzenia Yuana przestaje być najważniejszą niewiadomą, ponieważ pojawiają się kolejne nazwiska, rozbieżności na liście kandydatów i podejrzenie, że ktoś znajdujący się w labiryncie od początku prowadzi własną grę. Liczby przestają się zgadzać, nazwisko Othello Blackmore’a pojawia się tam, gdzie nie powinno, a zapis dotyczący Amadeusa sugeruje, że przeszłość wcale nie została pogrzebana tak skutecznie, jak mogłoby się wydawać. Haruno Atori bardzo sprawnie wykorzystuje jeden z najprostszych mechanizmów kryminału w zamkniętej przestrzeni: skoro nikt nie może wejść ani wyjść, odpowiedzialny za wszystko człowiek prawdopodobnie znajduje się tuż obok.
Od tego momentu labirynt nabiera zupełnie innego charakteru. Dotychczas największym przeciwnikiem była sama konstrukcja, ze swoimi mechanizmami, zagadkami, zamykającymi się przejściami i wodą stopniowo odbierającą bohaterom przestrzeń. Teraz zagrożenie otrzymuje ludzką twarz. Każde odkrycie dotyczące jednego z uczestników może zmienić układ sił, a pozornie nieistotne nieścisłości zaczynają wyglądać jak dowody zdrady. Bohaterowie znaleźli się przy tym w paskudnej sytuacji: żeby wydostać się z zamku, muszą współpracować, ale wszystko, czego się dowiadują, daje im kolejne powody, żeby przestać sobie ufać.
Dzięki temu trzeci tom świetnie pracuje również na postacie. W czterotomowej mandze nie ma miejsca na wielkie biografie każdego uczestnika, więc Atori korzysta z sytuacji kryzysowych. To podczas oskarżeń, rozdzielania grupy i podejmowania decyzji wychodzą na powierzchnię rzeczy, których bohaterowie wcześniej nie chcieli ujawniać. Szczególnie dobrze wypadają historie Zana i Messiaha, ponieważ nie są zwykłymi dodatkami mającymi wzbudzić współczucie. Zmieniają sposób patrzenia na postacie, które wcześniej można było bardzo łatwo zaszufladkować. Manga zresztą regularnie wykorzystuje nasze pierwsze wrażenie przeciwko nam. Ktoś podejrzany okazuje się godny zaufania, ktoś sympatyczny zaczyna budzić niepokój, a człowiek sprawiający wrażenie kompletnie nieprzydatnego potrafi odegrać kluczową rolę.
Na tym tle ciekawie zmienia się Yuan. Początkowo był przede wszystkim chłopakiem wrzuconym pomiędzy ludzi znacznie bardziej wpływowych, pewnych siebie i predysponowanych do sprawowania władzy. W trzecim tomie coraz wyraźniej widać jednak, dlaczego właśnie wokół niego zaczynają skupiać się pozostali. Nie dlatego, że nagle okazuje się genialnym strategiem czy najpotężniejszym człowiekiem w grupie. Jego znaczenie bierze się z umiejętności zachowania człowieczeństwa w sytuacji skonstruowanej tak, aby wszystkich skłócić. Bywa to miejscami przedstawione odrobinę zbyt idealistycznie i seria zdecydowanie mocno pracuje na to, żebyśmy zaakceptowali go jako naturalne centrum całej grupy, ale w obrębie przyjętej konwencji działa.
Najważniejsze jest jednak tempo. Manga niemal zupełnie rezygnuje z przestojów. Jedna odpowiedź natychmiast odsłania następną zagadkę, po odkryciu przejścia pojawia się kolejne zagrożenie, a rozmowy regularnie kończą się czymś, co zmusza bohaterów do działania. Można wręcz odnieść wrażenie, że trzeci tom został rozpisany jak środkowa część filmu sensacyjnego zmierzającego właśnie do kulminacji. Daje to kapitalną płynność lektury, choć ma swoją cenę. Niektóre informacje pojawiają się tak szybko, że przydałoby im się kilka dodatkowych stron na wybrzmienie. Cztery tomy są dla tej historii błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Niczego nie rozwleczono, ale kilka rzeczy aż prosiło się o trochę więcej przestrzeni.
Yu Aikawa doskonale wykorzystuje to przyspieszenie. Tysiącletni labirynt wygląda jak miejsce stworzone do widowiskowego umierania. Monumentalne wnętrza, kamienne przejścia, schody, fontanny, witraże i kolejne zalewane pomieszczenia tworzą piękne tło dla coraz bardziej brutalnych wydarzeń. Szczegółowa, elegancka kreska pozostaje w interesującym kontraście z krwią i rosnącym chaosem. Bohaterowie są niemal przesadnie piękni, ubrania efektowne, wnętrza dekoracyjne, a jednocześnie cały ten przepych stopniowo zmienia się w pułapkę. Szczególnie dobrze wyglądają kadry pokazujące skalę budowli. Przypominają, że uczestnicy nie znajdują się po prostu w kilku połączonych pokojach, lecz wewnątrz gigantycznego mechanizmu, który może ich wszystkich pochłonąć.
Końcówka trzeciego tomu bardzo skutecznie odbiera poczucie bezpieczeństwa, więc finał rozpoczyna się już bez rozgrzewki. Othello przestaje być kolejną zagadką do rozwiązania i przejmuje inicjatywę. Najważniejsza próba zostaje sprowadzona do brutalnie prostego wyboru: życie Yuana albo życie pozostałych. Nagle wszystkie deklaracje o współpracy, przyjaźni i wspólnej przyszłości trzeba sprawdzić w praktyce.

To najlepszy pomysł finału, ponieważ odwraca pierwotne założenie historii. Kandydaci zostali zamknięci w labiryncie, aby wyłonić spośród siebie przyszłego cesarza. Wszystko sugerowało więc rywalizację, w której jeden powinien ostatecznie stanąć ponad pozostałymi. Tymczasem finał pyta, czy człowiek godny tronu rzeczywiście powinien być tym, który najbardziej pragnie przeżyć i wygrać. Atori nie buduje wielkiego traktatu o naturze władzy, ale potrafi bardzo sprawnie wykorzystać swoją przygodową historię, żeby zderzyć ambicję z odpowiedzialnością za innych.
Nie oznacza to, że wszystkie rozwiązania są równie zaskakujące. Im bliżej końca, tym łatwiej przewidzieć ogólny kierunek, w którym zmierza opowieść. Yuan od pewnego czasu jest przygotowywany do określonej roli i trudno uwierzyć, żeby manga nagle całkowicie odwróciła ten rozwój. Również część zwrotów fabularnych można wcześniej podejrzewać. Nie przeszkadza to jednak szczególnie, ponieważ Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt nigdy nie opierało się wyłącznie na szokowaniu kolejnymi rewelacjami. Znacznie ważniejsze jest obserwowanie, jak nowe informacje zmieniają relacje pomiędzy uczestnikami.
I tutaj czwarty tom naprawdę się broni. Po wszystkich podejrzeniach, oskarżeniach i sekretach grupa musi zdecydować, czy to, co powstało między nimi w labiryncie, ma jakąkolwiek wartość. Seria zaczynała od ludzi połączonych wyłącznie przymusem, pochodzących z różnych środowisk i mających własne interesy. Finał pokazuje ich już jako osoby, które zdążyły się poznać w najbardziej ekstremalnych warunkach. Nie wszystkie emocjonalne deklaracje wypadają subtelnie, ale sama przemiana grupy ma odpowiednią wagę właśnie dlatego, że poprzednie tomy tak często zmuszały bohaterów do wzajemnego podejrzewania się.
Co ważne, historia nie kończy się natychmiast wraz z rozwiązaniem najważniejszej zagadki labiryntu. Świat poza jego murami również ma swoje problemy, a wyłonienie potencjalnego władcy nie sprawia magicznie, że polityczne napięcia i społeczne konflikty znikają. Ten fragment jest stosunkowo krótki i właściwie mógłby stanowić punkt wyjścia dla kolejnej opowieści, ale dobrze przypomina, że próba w zamku miała mieć konsekwencje wykraczające poza samo przeżycie uczestników.
Można żałować, że seria nie dostała jeszcze jednego czy dwóch tomów. Nie po to, żeby dodawać następne pułapki, lecz żeby pozwolić bohaterom trochę dłużej pobyć ze sobą. To właśnie ich zestawienie okazuje się ciekawsze od samej tajemnicy następcy tronu. Titus, Messiah, Gideon, Zan, Lawrence i pozostali mają wystarczająco odmienne charaktery, aby ich zmieniające się konfiguracje napędzały historię nawet bez kolejnego mechanicznego niebezpieczeństwa. Manga świetnie wykorzystuje momenty, kiedy bohaterowie zostają połączeni w mniejsze grupy, ponieważ wtedy ich osobowości mogą się ze sobą zderzyć bez tłumu pozostałych postaci w kadrze.
Mimo tego niedosytu cztery tomy okazują się bardzo rozsądną długością dla tak skonstruowanej historii. Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt nie zdążyło zużyć własnego pomysłu. Nie ma tutaj wielotomowego błądzenia po kolejnych piętrach ani sztucznego dokładania przeciwników tylko dlatego, że seria nadal się sprzedaje. Jest zamknięta przestrzeń, grupa podejrzanych, polityczna stawka, coraz mniej czasu i kilka naprawdę efektownych zwrotów. Wszystko porusza się szybko, czasem wręcz odrobinę za szybko, lecz ani przez moment nie stoi w miejscu.
Tomy trzeci i czwarty pokazują tę serię w najlepszym wydaniu. Gotycka dekoracyjność spotyka się z thrillerem, piękni kandydaci do tronu przestają być tylko efektowną obsadą, a labirynt ostatecznie okazuje się znacznie skuteczniejszy w ujawnianiu ludzkich charakterów niż w zabijaniu za pomocą swoich pułapek. Finał nie wywraca całej historii do góry nogami i można przewidzieć część jego odpowiedzi, ale robi coś ważniejszego: sensownie domyka drogę bohaterów.
Po czterech tomach zostaje więc przede wszystkim satysfakcja z krótkiej historii, która wiedziała, dokąd zmierza. Może nie każdy sekret labiryntu zasługiwał na tysiąc lat oczekiwania, ale kiedy woda zaczyna się podnosić, krew pojawia się na ścianach, a kolejny sprzymierzeniec staje się podejrzanym, bardzo trudno odłożyć mangę przed poznaniem odpowiedzi. I chyba właśnie tak powinien działać dobry labirynt: wejść jest łatwo, ale wyjść przed końcem już znacznie trudniej.

