Najgorsze rzeczy mają paskudny zwyczaj wracania wtedy, gdy człowiek zdąży już urządzić sobie życie tak, żeby nie zostawić dla nich miejsca. Dennis Knuckleyard zrobił wszystko, co rozsądny człowiek powinien zrobić po zetknięciu z Wielkim Kiedy: przez dziewięć lat próbował o nim nie myśleć, nie wracać do tamtych wydarzeń i nie zadawać pytań, na które odpowiedzi prowadziłyby zapewne z powrotem do świata, który nie przestrzega ani logiki, ani dobrych manier. Tyle że w prozie Alana Moore’a zapomnienie nigdy nie jest rozwiązaniem, co najwyżej krótkim zawieszeniem broni. W Słyszę nowy świat przeszłość wraca pod postacią klucza, a Londyn po raz kolejny okazuje się miastem znacznie mniej stabilnym, niż sugerowałby plan ulic.
To drugi tom cyklu Długi Londyn, a zarazem książka wyraźnie pewniejsza od Wielkiego Kiedy. Dennis nie jest już nastolatkiem przypadkiem wciągniętym w cudzą mitologię. Minęła prawie dekada, bohater jest starszy, bardziej świadomy i odrobinę mniej bezradny, choć Moore najwyraźniej uważa, że całkowite odebranie mu talentu do wikłania się w upokarzające sytuacje byłoby artystycznym marnotrawstwem. Dennis próbuje utrzymać się jako pisarz, funkcjonuje gdzieś na obrzeżu londyńskiej kultury i seksu, a jego dorosłość ma w sobie sporo prowizorki. Nie jest już chłopcem z pierwszego tomu, ale też nie stał się nagle człowiekiem, który umie wszystko poukładać. To bardzo dobra decyzja, bo jego nieporadność przestaje być tylko źródłem komizmu i zaczyna działać jako część osobowości.
Punktem zapalnym zostaje wspomniany klucz, który Dennis kiedyś przemycił z Wielkiego Kiedy. Kiedy wreszcie trafia w cudze ręce, zaczyna otwierać znacznie więcej niż powinien. Magiczne konsekwencje rozlewają się po Londynie, pojawiają się istoty z drugiej strony, a napięcia społeczne w mieście zaczynają mieszać się z czymś dużo bardziej niepokojącym. Grace Shilling ponownie wchodzi do gry i zostaje zmuszona do śledztwa prowadzącego przez oba Londyny. Dennis, przerażony możliwością, że coś jej się stanie, rusza za nią. Niby prosty punkt wyjścia, ale u Moore’a nawet najprostsza ścieżka po kilku stronach potrafi zacząć rosnąć na boki jak psychodeliczny żywopłot.
I właśnie tutaj zaczyna się to, za co jedni będą tę książkę kochać, a inni będą co kilkadziesiąt stron odkładać ją na bok, żeby chwilę popatrzeć w ścianę. Moore pisze prozę z uporem człowieka, który nie wierzy w limit słów, ozdobników ani skojarzeń. Potrafi opisać jedną postać na pięć różnych sposobów w obrębie kilku akapitów, dobierać określenia tak, jakby prowadził prywatny konkurs na najbardziej nieoczywiste zestawienie rzeczownika z przymiotnikiem, i bardzo wyraźnie cieszy się z tego, że nikt nie może mu powiedzieć, że scenariusz komiksowy trzeba skrócić, bo artysta nie zmieści tego w kadrze. Czasami jest to znakomite. Czasami męczące. Najczęściej jedno i drugie jednocześnie.
Co ciekawe, w tym tomie ten nadmiar działa dla mnie lepiej niż poprzednio. Być może dlatego, że Wielkie Kiedy jest już mniej obce, a językowa dezorientacja zaczyna współgrać z doświadczeniem bohaterów zamiast całkowicie je przykrywać. Moore nie opisuje alternatywnego Londynu tak, żeby dało się go wygodnie rozrysować na mapie. To miejsce istnieje raczej jako skojarzenie, sen, mit i wyrzut rzeczywistości naraz. Przestrzeń potrafi zachowywać się bardziej jak metafora niż ulica, a stworzenia z tamtej strony przypominają nie tyle klasyczne potwory, ile idee, które przypadkiem dostały ciało. Jeśli ktoś potrzebuje przejrzystego systemu magii i świata działającego według wyraźnych reguł, tutaj będzie cierpiał. Jeśli natomiast lubi fantastyczne przestrzenie, których nie da się do końca pojąć, Moore potrafi stworzyć coś naprawdę hipnotycznego.
Tytuł nie jest zresztą przypadkowy. Joe Meek, pionier brytyjskiego popu i autor utworu I Hear a New World, pojawia się w powieści jako jedna z wielu historycznych postaci. Moore bez najmniejszego skrępowania miesza fikcję z realnym Londynem końca lat pięćdziesiątych, obsadzając na drugim planie ludzi z półświatka, artystów, muzyków i ekscentryków, których samo istnienie momentami brzmi jak wymysł powieściopisarza. Joe Meek, David Litvinoff, bracia Kray, Iron Foot Jack, Francis Bacon – historyczny Londyn bywa tutaj równie dziwny jak jego nadnaturalne odbicie. I to chyba jedna z ciekawszych rzeczy w całym cyklu: Moore nie próbuje przekonywać, że magia wdziera się do zwyczajnego świata. Raczej sugeruje, że zwyczajny świat od początku był dostatecznie dziwaczny, żeby magia nie musiała szczególnie się wysilać.
Taka metoda ma oczywiście cenę. Historycznych odniesień jest dużo, a autor zakłada albo sporą wiedzę czytelniczki, albo gotowość do zaakceptowania, że część nazwisk i kontekstów po prostu przemknie obok. Można oczywiście robić sobie przerwy i sprawdzać kolejne osoby, ale wtedy lektura zaczyna przypominać studia podyplomowe z londyńskiej kontrkultury i przestępczości lat pięćdziesiątych. Sama kilka razy miałam ochotę zejść z głównej drogi i sprawdzić, czy dana postać rzeczywiście istniała, bo Moore ma wyjątkowy talent do sytuacji, w których najbardziej absurdalny fragment okazuje się historycznym faktem.
W tym wszystkim Dennis i Grace pozostają potrzebnym punktem zaczepienia. Ich relacja dojrzewa razem z nimi i w drugim tomie dostaje więcej przestrzeni. To już nie jest tylko echo dawnego zauroczenia ani romantyczny obowiązek zapisany gdzieś obok głównej intrygi. Oboje są starsi, mają za sobą wspólne doświadczenia i osobne lata życia, a powrót do siebie nie odbywa się bez tarcia. Moore nie robi z ich relacji centrum wszechświata, ale daje jej wystarczająco dużo miejsca, żeby można było uwierzyć, że Dennis naprawdę ma powód, by znowu pakować się do Wielkiego Kiedy.
Grace sama zresztą wypada wyraźniej niż w pierwszej części. Nie jest wyłącznie obiektem troski Dennisa ani nagrodą za przetrwanie kolejnej przygody. Ma własną sprawczość, potrafi działać bez niego i funkcjonuje jako osoba znacznie bardziej konkretna niż jego romantyczna projekcja. Dzięki temu ich relacja ma więcej życia, bo nie polega na jednostronnym idealizowaniu. Moore bywa przy tym bezczelny i dosadny w scenach erotycznych, momentami nawet niepotrzebnie, ale przynajmniej nie udaje, że dorosła relacja dwojga ludzi musi być opisana jak spotkanie dwóch świetlistych dusz na tle księżyca.
Fabuła jest prostsza, niż mogłoby się wydawać po całej ornamentyce. Dennis i Grace prowadzą śledztwo, przemieszczają się pomiędzy Londynem a Wielkim Kiedy, próbują zrozumieć, co się przedostało, kto za tym stoi i jakie mogą być konsekwencje. Problem polega na tym, że śledztwo momentami traci tempo. Są odcinki bardzo intensywne, po których następują dłuższe przestoje, tygodnie bez tropu albo kolejna wycieczka do miejsca fascynującego samego w sobie, ale mniej istotnego dla głównego napięcia. Czułam czasem, że Moore bardziej interesuje się pokazaniem mi następnego fragmentu swojej wyobraźni niż doprowadzeniem bohaterów do rozwiązania sprawy.
Nie przeszkadzało mi to aż tak, jak mogłoby, bo Słyszę nowy świat rzeczywiście działa bardziej jako podróż po języku i mieście niż klasyczny thriller. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy powieść przypomina, że stawka jest śmiertelna i dotyczy potencjalnie obu rzeczywistości, a bohaterowie mimo to potrafią ugrzęznąć na dłużej w miejscu. Wtedy rozjazd między deklarowanym zagrożeniem a rzeczywistym tempem wydarzeń robi się odczuwalny. Moore chyba nie jest szczególnie zainteresowany dyscypliną suspensu. Woli zatrzymać się po drodze i opowiedzieć o klubie, ulicy, dziwnym londyńczyku albo stworzeniu, które wygląda tak, jakby ktoś próbował opisać koszmar po trzech dobach bez snu.
Za to pojedyncze pomysły potrafią być znakomite. Alternatywne instytucje Wielkiego Kiedy, groteskowe odpowiedniki londyńskich struktur, istoty wyglądające jak polityczny żart przerobiony na mitologię czy kolejne odwrócenia logiki miasta mają w sobie ten rodzaj fantazji, którego trudno szukać gdzie indziej. Moore nie bierze gotowych elementów urban fantasy i nie przesuwa ich kilka ulic dalej. Jego Londyn jest fantastyczny na poziomie samej zasady istnienia. Nie chodzi o to, że za rogiem siedzi czarodziej albo że pod pubem znajduje się tajne stowarzyszenie. Chodzi o to, że miasto ma drugie ciało, stworzone z historii, wyobrażeń, lęków i języka.
W tle pojawiają się też zamieszki w Notting Hill, przemoc rasowa, londyński półświatek i nadchodząca zmiana obyczajowa. Jest rok 1958, więc lata sześćdziesiąte właściwie stoją już w przedpokoju i poprawiają fryzurę przed wejściem. Moore świetnie wykorzystuje ten moment zawieszenia. Stary Londyn nadal istnieje, ale coś nowego już się rodzi. Muzyka, seksualność, kultura młodzieżowa i społeczne napięcia zaczynają zmieniać pejzaż miasta. Wielkie Kiedy reaguje na to jak fantastyczny rezonator. Gdy jeden Londyn zaczyna się przeobrażać, drugi również nie może pozostać nieruchomy.
Podoba mi się, że Moore nie traktuje historii wyłącznie jako magazynu ładnych dekoracji. Jego Londyn jest konkretnym miejscem i konkretnym momentem. Jednocześnie czasem przesadza z ironicznym spojrzeniem z perspektywy przyszłości, puszczając oko do czytelniczki, która wie, kim dana osoba zostanie albo co wydarzy się za kilka lat. Takie zabiegi bywają zabawne, ale im częściej się pojawiają, tym bardziej zaczyna być widać autora stojącego za kurtyną i z satysfakcją wskazującego palcem: „Patrzcie, wiem, co będzie później”. Na szczęście nie dominuje to całego tekstu.
Sam Dennis przechodzi w tej części potrzebną ewolucję. W pierwszym tomie można było momentami odnieść wrażenie, że fabuła po prostu niesie go za kołnierz od jednego koszmaru do następnego. Tutaj nadal często nie rozumie, co się dzieje, ale częściej podejmuje decyzje. Co ważniejsze, zaczyna przyjmować do wiadomości, że Wielkie Kiedy nie jest jednorazowym urazem, który da się zamknąć w szufladzie. Przynależność do tego drugiego Londynu – jakkolwiek niechciana – staje się częścią jego życia. To sprawia, że finał ma większe znaczenie niż kolejne widowiskowe starcie z dziwaczną istotą.
Moore pozwala mu nawet na chwilę prawdziwego szczęścia, co przy jego dotychczasowym traktowaniu Dennisa niemal budzi podejrzenia. Oczywiście epilog szybko przypomina, że pięciotomowa seria nie zamierza pozwolić bohaterowi spokojnie przejść do napisów końcowych po drugim tomie. To jednak dobrze. Dennis po raz pierwszy sprawia wrażenie człowieka, który nie tylko przeżył kontakt z Wielkim Kiedy, lecz zaczyna rozumieć, że jego życie zostało przez ten kontakt trwale przepisane.
Nie jest to więc książka dla osób oczekujących oszczędnego języka, wartkiej intrygi i fantastyki podporządkowanej przejrzystej konstrukcji. Moore robi właściwie wszystko odwrotnie. Pisze za dużo, opisuje za długo, wikła zdania, wpuszcza do fabuły historycznych ekscentryków i chwilami zachowuje się tak, jakby głównym kryterium udanego akapitu było zmieszczenie w nim przynajmniej jednego porównania, którego nikt wcześniej przy zdrowych zmysłach nie próbował. Co gorsza, najczęściej uchodzi mu to na sucho, bo ma wystarczająco dużo wyobraźni i językowej sprawności, żeby z nadmiaru zrobić metodę.
Momentami byłam zmęczona. Kilka razy miałam ochotę powiedzieć tekstowi, że rozumiem już obraz i nie potrzebuję jeszcze czterech dodatkowych określeń. A potem trafiałam na zdanie, scenę albo stworzenie tak osobliwe, że natychmiast przypominałam sobie, dlaczego nadal czytam. Moore ma rzadką zdolność produkowania literackiego nadmiaru, który potrafi być jednocześnie wadą i źródłem całej atrakcyjności. Przycięcie tej prozy prawdopodobnie uczyniłoby ją sprawniejszą, ale równie prawdopodobnie odebrałoby jej to, po co właściwie tu przyszłyśmy.
Słyszę nowy świat jest dla mnie ciekawsze od pierwszej części, bo świat nie musi już poświęcać tyle energii na przedstawianie własnych zasad, a bohaterowie dostają więcej emocjonalnego ciężaru. Nadal zdarzają się przestoje, nadal można zgubić główną intrygę pomiędzy dygresją historyczną a kolejnym językowym fajerwerkiem, ale tym razem poczułam wyraźniej, że cały ten chaos zmierza w jakimś kierunku. Londyn Moore’a zaczyna układać się nie w mapę, tylko w mitologię.
Dennis przez dziewięć lat próbował udawać, że da się wrócić do świata sprzed Wielkiego Kiedy. Drugi tom bardzo elegancko odbiera mu tę możliwość. Nie można zobaczyć drugiego miasta i potem bez końca zachowywać się tak, jakby istniało tylko jedno. Nie można też wrócić do dawnego Londynu, bo ten pierwszy również zdążył się zmienić. W 1958 roku nowe już naprawdę słychać, choć jeszcze nie wiadomo, co dokładnie przyniesie. Moore chyba właśnie dlatego każe swojemu bohaterowi znowu przekroczyć granicę. Czasem nowy świat nie pojawia się przed nami. Czasem od dawna rośnie pod starym i tylko czeka, aż coś wreszcie otworzy drzwi.

