Zastosowana w tytule forma „nieoczywiste” wydaje się w pełni uzasadniona, ponieważ mowa będzie o cyklach mniej popularnych, rzadko pojawiających się w tego typu zestawieniach, a dziś być może już nieco zakurzonych. Można by co prawda argumentować, że sama lista jest „nieoczywista” z zupełnie innego powodu, w końcu w fantasy niewiele jest rzeczy naprawdę oczywistych. Choćby dlatego, że nietrudno znaleźć osoby, dla których samo słowo „fantasy” właściwie nic nie znaczy: pozostaje terminem niejasnym, mylonym z innym gatunkiem fantastyki albo traktowanym jako określenie czegoś niepoważnego. Nie da się też wykluczyć postrzegania tego pojęcia jako synonimu „mrzonki”, „absurdu” czy „ułudy”.
Zakładam jednak, że dla czytelników, którzy tu trafili, oczywiste będzie pojawianie się w podobnych, choć bardziej tradycyjnych, przeglądach nazwisk takich jak J.R.R. Tolkien (choć nie mam pewności, czy poza krótkimi formami jego twórczość faktycznie składa się na zwarty cykl fantasy), a także Robert E. Howard, C.S. Lewis, Andre Norton, Michael Moorcock, Ursula K. Le Guin, Roger Zelazny, Gordon R. Dickson, David Eddings, Marion Zimmer Bradley, Glen Cook, Guy Gavriel Kay, Piers Anthony, Orson Scott Card, Robert Jordan, J.K. Rowling, G.R.R. Martin, Terry Pratchett, Andrzej Sapkowski czy Joe Abercrombie. Żadna z tych osób nie będzie jednak bohaterem poniższego omówienia, z możliwym wyjątkiem porównań i okazjonalnych odniesień. Sądzę zresztą, że twórczości tych autorów nie trzeba nikomu przedstawiać.
Mam również świadomość, że w tym zestawieniu zabraknie więcej niż tysiąca cykli, które bez wątpienia zasługują na uwagę i polecenie. Uprzedzając więc ewentualne zarzuty: lista oparta na liczbach całkowitych nie chciała się rozciągnąć. Innymi słowy, czegoś nie ma tu nie dlatego, że na to nie zasługuje, lecz dlatego, że zabrakło miejsca. Bilety się wyprzedały. Nie wykluczam jednak dalszego rozwinięcia serii. Warto też zaznaczyć, że w tekście tym omawiam wyłącznie tytuły zagraniczne.
Na koniec proszę nie traktować tego zestawienia jako próby ustanowienia kanonu, choć wiele z poniższych pozycji bez trudu spełnia kryteria dzieła klasycznego. Lista ma charakter czysto popularyzatorski — jej celem jest zachęta do czytania dla przyjemności, a przy okazji także do poszukiwania w literaturze fantasy interesujących tematów i tropów.
Kane – Karl E. Wagner
Nie tylko Conan wymachiwał mieczem i… kobietami. W heroic fantasy funkcjonuje również Kane, równie twardy, równie zawzięty i destrukcyjny, lecz przy tym diablo inteligentny. Trzeba jednak uczciwie uprzedzić: pod płaszczem egzystencjalnej filozofii kryją się tu zarówno seksizm, jak i łopatologiczne rozwiązania fabularne oraz nie zawsze trafne wnioski. Nie mówcie więc, że nie ostrzegałem. W gruncie rzeczy mamy do czynienia raczej z lekturą o charakterze stricte ludycznym. Jako taka pozostaje ona jednak wciąż żywym klasykiem, czego dowodem mogą być choćby proza Michała Gołkowskiego (Siedmioksiąg Gniewu), Marcina Pągowskiego (Zima mej duszy) czy komiks Jasona Aarona (Przeklęty). Pytanie brzmi więc: co sprawia, że akurat ten utwór nadal warto czytać?
Ciekawe historie, wyraziste postacie oraz fatalistyczne przygody nieśmiertelnego bohatera. Tak, Kane’a od Conana odróżnia nie tylko wyższy iloraz inteligencji, lecz także drobny szczegół natury egzystencjalnej: został skazany na wieczną tułaczkę po ziemskim padole. Z tym że po śmierci zawsze wraca. Życie pozbawione podstawowego zmartwienia, jakim jest śmierć, mogłoby wydawać się atrakcyjne. Wagner nie podchodzi jednak do tego tematu w prosty sposób. Obdarzając swego protagonistę niezwykłym darem, jednocześnie go czegoś pozbawia, a samo istnienie czyni na tyle uciążliwym, że Kane nie marzy o niczym bardziej niż o śmierci. Czytelnik nie otrzymuje więc herosa obalającego tyranów i rządzącego sprawiedliwie ani bohatera, który czyni dobro poprzez zło. Kane to egoista w permanentnym stanie egzystencjalnego znużenia: znudzony światem i ludźmi, niedowartościowany wskutek nieustannie deptanych ambicji, a mimo to uparcie dążący do… panowania nad światem, nawet jeśli jego makiaweliczne intrygi niemal zawsze kończą się fiaskiem.
Uczynienie Kane’a istotą nieśmiertelną pozwoliło Wagnerowi skupić się na jednostce wobec przemijania, utraty bliskich oraz zacierania się granic — idei, problemów, a wreszcie samego świata. Jako byt wieczny Kane staje się obserwatorem efemeryczności kultur, ewolucji cywilizacji i nieuchronnego upadku ich potęgi. Kolejne doświadczenia odciskają na nim piętno: przestaje odczuwać cierpienie i troskę, nie potrafi już obdarzać nikogo głębszym uczuciem. Pozostają mu dystans, pogarda i sporadyczne chwile uniesienia. Inteligencja zabija w nim empatię, rodzi poczucie wyższości, coś na kształt nietzscheańskiego nadczłowieka. Wagner nie pozbawia go jednak całkowicie ludzkich cech i odruchów. Kane, mimo swej nieśmiertelności, nie osiąga mistrzostwa nawet w dziedzinach dla siebie kluczowych i pieczołowicie rozwijanych, takich jak wiedza czy czarnoksięstwo.
Oczywiście można spierać się o poziom literacki utworów Wagnera. W ujęciu całościowym są one wyraźnie nierówne — co zresztą stanowi cechę wspólną z prozą Howarda. Nie sposób też pominąć faktu, że choć autor ugruntował w heroic fantasy określony model bohatera, to bynajmniej go nie odkrył. Mamy tu do czynienia z mariażem motywów od dawna obecnych w kulturze: przekleństwo prometejskie czy odrodzenie feniksa to przecież dobrze znane toposy mitologiczne.
Lyonesse – Jack Vance
Opowiadania Vance’a z tomów Umierająca Ziemia oraz Oczy Nadświata stanowią ścisłą klasykę gatunku. Inaczej rzecz się ma z trylogią Lyonesse, która znacznie wyraźniej podzieliła czytelników. Jedni uznali ją za literacki brylant, w pełni zasługujący na miejsce w kanonie. Drudzy natomiast, nawet jeśli czerpali z lektury pewną przyjemność, skłonni są postrzegać tę opowieść jako błahą, nieco przerysowaną i momentami ocierającą się o kicz.
Historia rozgrywająca się na Wyspach Elder nie jest jednak niewinnym brodzeniem w arturiańskich podaniach, lecz raczej skokiem na głęboką wodę bez zabezpieczeń. Pisząc trylogię, Jack Vance wyraźnie nie zamierzał iść na kompromisy. Skoro zapragnął stworzyć dzieło inspirowane Pieśnią o Rolandzie oraz średniowiecznymi romansami, zrobił to z wyraźnym mimetycznym zacięciem, dbając o wierne odtworzenie anturażu, specyficzną doniosłość i wszechobecną pompę. Nie miała to być kolejna szara i brudna fantasy ani opowieść o prostym starciu dobra ze złem. Vance stworzył raczej arturiańską wersję Gry o tron, przy czym słowo „arturiańską” należy rozumieć dosłownie. To, co naprawdę istotne i niosące dalekosiężne konsekwencje, pozostaje tu na drugim planie, podczas gdy na pierwszy wysuwają się miłość, prawość i ideowość.
Autor nie ograniczył się jednak wyłącznie do inspiracji twórczością Chretiena de Troyes czy Historia Brittonum. W świat czerpiący z celtyckiego folkloru wprowadził wiele własnych elementów. Do walk nie stają wyłącznie rycerze w lśniących zbrojach, wyruszający z pieśnią na ustach, by uwalniać krainę od nieszczęść. Wyspy zamieszkują również Skalardowie, pozbawieni litości i bezwzględnie sięgający po to, co uznają za swoje. Nie są oni jednak prostym odpowiednikiem orków. To postacie znacznie mniej jednoznaczne, których motywacje w pewnych momentach da się zrozumieć, choć istotną rolę odgrywa tu pewna specyficzna ideologia.
W tle trylogii nieustannie przewija się rywalizacja o władzę nad niegdyś potężnymi i zjednoczonymi ziemiami, konflikt między Lyonesse a Troicinet. Zmagania te przynoszą bohaterom liczne cierpienia, a los i tak co chwilę podrzuca im nowe kłopoty. Co ciekawe, rozwiązanie jednych problemów niemal natychmiast rodzi kolejne, wyrastające niczym grzyby po deszczu. Czytelnik momentami może zastanawiać się nad prawdopodobieństwem takiego nagromadzenia perypetii, jednak Vance rozwija swój świat z dużą konsekwencją. Odmienna fizyka i kultura sprawiają, że wydarzenia przedstawione na kartach powieści nie budzą oporu, a wręcz przeciwnie, skłaniają do refleksji nad innym sposobem postrzegania rzeczywistości i odmienną hierarchią wartości.
Po cykl Lyonesse warto sięgnąć także dla czystej przyjemności lektury. To smakowity i nieżenujący przykład sprawnie napisanej literatury, wyraźnie odróżniający się od większości tego, co obecnie oferuje rynek anglosaskiej prozy fantasy.
Trylogia Zimnego Ognia – C.S. Friedman
Każdy, kto dał się oczarować temu, co Jarosław Grzędowicz zaproponował w Panu Lodowego Ogrodu, może liczyć na jeszcze intensywniejsze wrażenia podczas lektury trylogii C.S. Friedman, opowiadającej o planecie Erna. Podobnie jak na Grzędowiczowskim Midgaardzie, także tutaj istnieje magia, a akcja rozgrywa się na globie innym niż Ziemia, na który trafili ludzie. W tym przypadku jednak na stałe i w dużej mierze wbrew własnej woli.
Na Ernie od ponad tysiąca lat żyją ludzie, potomkowie dawnych kolonizatorów, którzy utracili technologiczną spuściznę. Nie stało się to jednak wskutek intelektualnego upadku czy obyczajowej degrengolady. Ich myśli okazały się po prostu zbyt niesforne i zbyt potężne, tworząc rzeczy, które nigdy nie powinny zaistnieć. Mówiąc poważniej, na Ernie działa siła zwana fae, dzięki której wszelkie informacje obecne w umyśle mogą w ułamku chwili przybrać materialną postać. Nic więc dziwnego, że tam, gdzie człowiek nie potrafił zapanować nad własnymi myślami, zatriumfował chaos. Ludzie musieli się przystosować, choć nawet po latach adaptacji wydaje się, że jako gatunek wciąż funkcjonują w stanie permanentnego dyskomfortu.
Na Ernie wszystko, co istnieje w umyśle, nie tylko wyobrażenie czy silna wiara, może stać się ciałem. Wystarczy drobna wątpliwość, by zaważyła ona na dalszym losie. Strzelba może wypalić, lecz niekoniecznie w tradycyjny sposób. Może rozpaść się na tysiąc kawałków albo eksplodować w dłoniach, rozrywając je na strzępy. Spoglądając w dal, jedna osoba dostrzeże pasmo niebosiężnych gór, podczas gdy stojąca obok zobaczy jedynie łatwe do przeskoczenia pagórki. Friedman bawi czytelnika. Zabiera go na przygodę, pokazuje magię i egzotyczne krainy, pozwala przywiązać się do bohaterów, lecz pod tym atrakcyjnym płaszczem mówi o sprawach znacznie istotniejszych.
Mówi o prawdzie. O tym, że być może, podobnie jak mieszkańcy Erny, nigdy jej nie poznamy. Nie dowiemy się, jak naprawdę wygląda świat, kim w istocie jesteśmy, jaki jest cel istnienia i czy w ogóle on istnieje. Fae nie jest jedynie siłą, która daje i wymaga. To również narzędzie mające przybliżyć człowieka do prawdy. Jak jednak bywa z narzędziami, gdy nie do końca wiemy, jak się nimi posługiwać, najczęściej odkrywamy coś, czego nie potrzebujemy, albo coś, co jedynie wydaje się tym, czego szukaliśmy. W tej perspektywie owa moc przestaje być błogosławieństwem, a staje się przekleństwem. Podobnie jak wiedza i świadomość.
Atramentowy Świat – Cornelia Funke
Ta pozycja, w przeciwieństwie do wcześniej omawianych, skierowana jest przede wszystkim do młodszego czytelnika. Podobnie jak Mały Książę skrywa jednak wiele treści, które odkrywają się dopiero po latach i przy kolejnych lekturach. W twórczości niemieckiej pisarki sednem opowieści jest sama opowieść, jej wpływ na ludzkie życie oraz odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle jest człowiekowi potrzebna.
Żaden z tomów nie przybiera formy traktatu ani żmudnego wywodu na temat tego, w jaki sposób narracja kształtuje czytelnika i jakie miejsce zajmuje w jego codzienności. Mimo to Funke konsekwentnie przemyca podobne refleksje między wersami. Co istotne, obok afirmacji czytania i odkrywania literatury, zarówno tej fikcyjnej, jak i istniejącej poza kartami powieści, w Atramentowym Świecie znalazło się także miejsce na mniej oczywiste i mniej pozytywne konsekwencje obcowania z tekstem. Wiele zależy tu od interpretacji, jednak pewne sensy wydają się na tyle wyraźne i uniwersalne, że trudno je przeoczyć. I o nich również mówi autorka.
Trylogia nie sprowadza się jednak do nieustannego podkreślania wagi opowieści. Nie brakuje tu wartkiej akcji, przejmujących wątków, dramatu i napięcia, a także bohaterów z problemami bliskimi czytelnikowi, choć często ujętymi w metaforyczny sposób. Postacie są przekonujące i działają w granicach fabularnej logiki. Pierwszy tom zarysowuje główne konflikty i przedstawia bohaterów, lecz dopiero w dwóch kolejnych częściach rozpoczyna się dla protagonistów, a tym samym dla odbiorców, prawdziwa przygoda.
Symfonia wieków – Elizabeth Haydon
Z Rapsodią sprawa jest taka, że wiele głosów odradza lekturę zarówno samej trylogii, jak i jej kontynuacji. Stosunek do niej bywa, delikatnie mówiąc, chłodny. Często padają zarzuty o wtórność, schematyczność i wyraźną słabość w porównaniu z inspiracjami, z których czerpie, przede wszystkim twórczością Ursuli K. Le Guin i J.R.R. Tolkiena. Coś w tym jest. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z literaturą bezwartościową. Wręcz przeciwnie, książka zawiera w sobie pewne nieuchwytne „coś”, które sprawiło, że Andrzej Sapkowski zdecydował się włączyć ją do swojego prywatnego kanonu fantasy i przy pierwszej nadarzającej się okazji zaprezentować polskiemu czytelnikowi.
W Rapsodii wyraźnie widoczny jest wpływ feminizmu, rozumianego w sposób zdrowy i nienachalny. Główna bohaterka nie jest bierną księżniczką czekającą na ratunek, lecz postacią aktywną i sprawczą, świadomą tego, że drogą do osiągnięcia celu są współpraca i równość. Haydon unika przy tym seksistowskich schematów znanych z niektórych wątków prozy Howarda. Również romans potrafi być tu interesujący i pozbawiony nadmiaru sentymentalnych klisz. W istocie cała opowieść opiera się na relacjach między bohaterami i dialogu, które stanowią jej najmocniejszą stronę narracyjną. W tym kontekście sympatia Sapkowskiego do tej prozy przestaje dziwić.
Od Le Guin Haydon zapożyczyła koncepcję magii wypowiadanego słowa, podkreślając w ten sposób, że słowo jest siłą zdolną kształtować rzeczywistość, nie zawsze w sensie fizycznym. Od Tolkiena przejęła bogactwo świata, choć na mniejszą skalę i bez porównywalnej lekkości. W tym miejscu pojawia się zarzut wtórności, który trudno całkowicie oddalić. Trzeba jednak zaznaczyć, że autorka nie funkcjonuje wyłącznie jako epigon. Łącząc techniki obu mistrzów gatunku, proponuje własne rozwiązania i bawi się nazewnictwem, opisując klasyczną high fantasy przy użyciu paradygmatu sprawiającego wrażenie „obcego”. Spogląda na swój świat nie wyłącznie przez pryzmat anglosaskiej tradycji, choć jej nie neguje, lecz pokazuje, że ta sama prawda o świecie może być różnie nazywana, odmiennie postrzegana i interpretowana. Nie ulega jednak wątpliwości, że wiele elementów uniwersum Haydon to analogie, czasem dość dosłowne.
Największą słabością cyklu pozostaje brak precyzji, jaką cechują się dzieła prawdziwych arcymistrzów. Widać też niedostatek solidnego przeredagowania, które z większym prawdopodobieństwem pozwoliłoby Symfonii wieków trwale zapisać się w historii gatunku. Mimo to lektura pozostaje całkiem przyjemna, zwłaszcza gdy zestawi się ją z półką bestsellerów, na której bez trudu można znaleźć znacznie gorsze pozycje niż powieści Elizabeth Haydon.
Patrole – Siergiej Łukjanienko i Władimir Wasiljew
Współczesna rosyjskojęzyczna fantasy, dziś polecana i wydawana raczej sporadycznie, ma swoją kontrowersyjną gwiazdę, obok której trudno przejść obojętnie. Patrole autorstwa Łukjanienki i Wasiljewa stanowią bowiem dowód na to, że urban fantasy wcale nie musi rozgrywać się w wielkim amerykańskim mieście ani nad Tamizą, by zachować wyrazisty charakter podgatunku, sugestywny klimat i wyraźne autorskie piętno. Siedem książek wydanych w Polsce (Nocny patrol, Dzienny patrol, Patrol zmroku, Ostatni patrol, Nowy patrol, Szósty patrol oraz Oblicze Czarnej Palmiry) funkcjonujących w obrębie jednego uniwersum zebrało wprawdzie dość pochlebne recenzje, a czytelnicy byli z lektury raczej zadowoleni, jednak całość przeszła bez większego echa i rzadko powraca w rozmaitych zestawieniach czy rankingach. Niesłusznie.
Patrole można czytać dla czystej rozrywki i radości płynącej z obcowania z fabułą. Nic w konstrukcji powieści nie przeszkadza w swobodnym śledzeniu wydarzeń, budowaniu napięcia czy wspólnym z bohaterami rozwiązywaniu zagadek, a ich rozwój staje się coraz wyraźniejszy wraz z kolejnymi tomami. Jednocześnie w koncepcji świata łatwo odnaleźć intrygujące rozwiązania dotykające metafizyki. Autorom udało się przedstawić je w taki sposób, że nie stanowią jedynie tła lub dodatku, lecz tworzą osobną warstwę znaczeń, zachęcającą do interpretacji i wydobywania ukrytych sensów.
Na pierwszy rzut oka czytelnik otrzymuje klasyczną walkę dobra ze złem, ucieleśnioną w pozornie jednoznacznym konflikcie między Jasnymi a Ciemnymi Innymi. Taki podział wystarcza, by wyrobić sobie uprzedzenia i instynktownie opowiedzieć się po tej, jak się wydaje, właściwej stronie. Twórcy szybko jednak demaskują uproszczony obraz rzeczywistości. Ukazując myśli, idee i wartości obu stron, pokazują, że cele i dążenia Jasnych oraz Ciemnych bywają zaskakująco zbieżne. W tym momencie pojawia się problem, ponieważ obie grupy tracą jednoznaczność i przestają poddawać się łatwej ocenie.
Najciekawszym elementem tego uniwersum pozostaje jednak podział na płaszczyzny rzeczywistości, wewnątrz których obowiązują odmienne reguły i zjawiska. Przechodzenie między nimi nie jest proste, zwłaszcza dla istot o stricte ludzkiej naturze. Wejście w Zmrok pozwala dostrzec nadprzyrodzone byty znane z mitów i legend, a także doświadczyć czegoś, co często wymyka się racjonalnemu pojmowaniu i tradycyjnej percepcji.
Na koniec pozostaje jeszcze szkic rosyjskiego społeczeństwa, umiejętnie wpleciony w fabułę. Tradycja i stereotypy funkcjonują tu jako naturalne formy codziennej komunikacji międzyludzkiej, natomiast mizoginia i homofobia nie są przedstawiane jako zbiór uprzedzeń czy patologii, lecz jako postawy normatywne, cechy, którymi według tej wizji świata należy się kierować w życiu.
Mistrz zagadek z Hed – Patricia A. McKillip
Czas Patricii A. McKillip w Polsce zdaje się należeć do przeszłości, choć swego czasu Andrzej Sapkowski dołożył sporych starań, by w rodzimym środowisku fantastycznym było o niej głośno. Jak się jednak okazało, wysiłki te nie przyniosły trwałego efektu. Dla czytelników poszukujących fantasy nieco mniej głównonurtowej twórczość autorki pozostaje mimo wszystko dostępna, a jej dorobek zdecydowanie nie kończy się na jednej trylogii.
W najsłynniejszym cyklu o mistrzu zagadek z Hed, w którym już na poziomie nazewnictwa dostrzegalne są wyraźne nawiązania do prozy Ursuli K. Le Guin, McKillip udało się połączyć zabawę konwencją z klasyczną formułą opowieści. Sama struktura cyklu przypomina zresztą swoistą walkę bohatera z przeznaczonym mu życiem, rozumianym jako ciężar tradycji. Oto książę, który po wypełnieniu misji i zdobyciu ręki księżniczki, zamiast żyć długo i szczęśliwie, pragnie jedynie powrócić do domu i skromnej egzystencji. Jednak w świecie baśni, z którego stylistyki McKillip czerpie pełnymi garściami i który w całej trylogii nieustannie komentuje, wszystko musi dopełnić się zgodnie z ustalonym porządkiem. Główny bohater, chcąc nie chcąc, ostatecznie wypełnia więc swoje przeznaczenie.
Autorka stara się również wplatać w powieść wątki egalitarystyczne. Choć w pierwszym tomie ciężar narracji spoczywa na Morgonie, w drugiej części na pierwszy plan wysuwa się Readerle. Nie zamierza ona odtwarzać archetypu księżniczki biernie oczekującej na rycerza, lecz w znacznym stopniu przejmuje inicjatywę, stając się postacią aktywną i istotną dla rozwoju wydarzeń. Podobny zabieg McKillip zastosowała wcześniej w Zapomnianych bestiach z Eldu. W tym przypadku jednak, zamiast poprowadzić bohaterkę wyraźnie odmienną ścieżką, autorka decyduje się na powtórzenie drogi wyznaczonej wcześniej przez Morgona. Ma to swoje uzasadnienie fabularne i pozwala spojrzeć na zbliżone motywy z innej perspektywy, choć u części czytelników może wywołać poczucie niedosytu. Ostatecznie jednak rozwiązanie to nie odbiera całości uroku ani przyjemności płynącej z lektury.
W tych utworach fabuła nie rozwija się przede wszystkim za sprawą samych wydarzeń, podobnie nie jest to opowieść skoncentrowana na miejscach. Oba te elementy mają znaczenie i rzadko pełnią jedynie funkcję pretekstową, lecz najważniejsi pozostają bohaterowie. Czytelnik śledzi ich drogę, przemiany, wewnętrzne rozterki, emocje oraz próby budowania relacji. Same więzi międzyludzkie należą zresztą do najmocniejszych stron tych książek. Wpisane są w nie archetypiczne cechy, z którymi McKillip potrafi interesująco polemizować, choć wiele rozwiązań ostatecznie prowadzi do zakończeń, których można się spodziewać.
Dla wielu odbiorców atrakcyjna okaże się również kreacja świata. Supremacja nie została tu przypisana żadnej kulturze, lecz naturze, która stanowi fundament całej rzeczywistości. Nie jest ona utożsamiana z chaosem wymagającym unicestwienia ani z przeciwnikiem czy złem. Chaosem są natomiast zagadki, dla wielu niezrozumiałe, które bohaterowie muszą rozwiązać, by odkryć pewne prawdy, także te dotyczące własnej tożsamości i tego, co w życiu naprawdę istotne. Może nie jest to przesłanie szczególnie odkrywcze, lecz finał i tak okazuje się satysfakcjonujący.
Lavondyss – Robert Holdstock
W przypadku cyklu Roberta Holdstocka trudno w Polsce mówić o dostępności większej niż dwa tomy przetłumaczone kilkanaście lat temu. Nawet z nimi, zwłaszcza z Lasem ożywionego mitu, bywa dziś problem. Powieści te sprawiają wrażenie zapomnianych i przede wszystkim niedocenionych. A przecież mamy do czynienia z jedną z najbardziej oryginalnych serii fantasy, jakie kiedykolwiek powstały, głęboko zanurzoną w teoriach Carla Gustava Junga i Josepha Campbella. Holdstock wychodzi od ich koncepcji, lecz nie poprzestaje na powierzchownym żonglowaniu ciekawostkami. Traktuje je jako narzędzia do stworzenia własnego, niepowtarzalnego świata.
W tym świecie to on sam, nie fabuła ani nawet ludzcy bohaterowie, wydaje się elementem najistotniejszym. Od niego zaczyna się wszystko, co autor kreuje w swojej opowieści, i robi to z niezwykłą zręcznością. Las, nasycony znaczeniami, staje się pełnoprawnym bohaterem tych powieści. Jest jednocześnie miejscem akcji i źródłem wydarzeń. To w nim splatają się kluczowe wątki, przez niego postacie przechodzą przemiany i to on w pewien sposób wymusza na nich określone działania. Nie jest to jednak kolejna wizja żywego lasu pożerającego świat i niszczącego wszystko na swojej drodze. To zupełnie inny typ kreacji, który wymaga zrozumienia, choć nie jest ono wcale łatwe.
Holdstock wybiera na bohaterów swoich powieści osoby w różny sposób naznaczone krzywdą. W pierwszym tomie są to bracia wychowujący się w nie do końca funkcjonalnej rodzinie, dotknięci samobójstwem matki i obsesją ojca, z czego jeden dodatkowo zmaga się z traumą wojenną. W kolejnym centrum narracji stanowi dziewczyna pragnąca odzyskać utraconego brata. Postacie te noszą w sobie pustkę, która domaga się wypełnienia. Motywy te najsilniej wybrzmiewają w Lavondyss, gdzie historia protagonistki nabiera wyraźnie osobistego charakteru. W Lesie ożywionego mitu jest ich wprawdzie więcej, lecz giną one nieco wśród uroków, mroków i tajemnic skrytych w gęstwinie.
Gęstwinie czego właściwie? Liści, drzew i krzewów? Sensów opowieści? Wiary, procesu kształtowania się folkloru, mitów i legend? A może odwrotnie, budowania człowieka poprzez pierwotne narracje? Holdstock nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Zamiast tego podsuwa sugestie, tropy i drogowskazy, które prowadzą do kolejnych interpretacji, często wzajemnie się wykluczających. Czytelnik ma tu wiele do zrobienia. Ma co dekodować i czym uzupełniać własną refleksję, nawet jeśli tekst jest gęsty od znaczeń, wydarzeń i pomysłów. Jednym z kluczowych pytań, jakie wyłaniają się z tych książek, pozostaje to, czy bogowie, mity i legendy są odbiciem naszej indywidualnej i zbiorowej nieświadomości, czy też to my sami jesteśmy konstruktem zbudowanym na ich fundamencie.
Holdstock składa również hołd J.R.R. Tolkienowi, wyrażając podobną tęsknotę za tym, co utracone. Za pradawnym lasem, który niegdyś porastał Wyspy Brytyjskie, za miejscami, przez które mieli przechodzić Artur, Merlin czy Robin Hood, za krainą Tam Lina i Cernunnosa. A może przede wszystkim za pierwotnością i naturą, które człowiek w dużej mierze odrzucił.
Siódmy miecz – Dave Duncan
W zestawieniu z prozą Holdstocka twórczość Dave’a Duncana powinna okazać się znacznie lżejsza i szybsza w lekturze, głównie za sprawą swojego wyraźnie ludycznego charakteru oraz natłoku dynamicznych wydarzeń. Choć mamy do czynienia z trylogią popularną w pełnym znaczeniu tego słowa, nie sposób odmówić jej autorskiego piętna i kilku oryginalnych rozwiązań fabularnych. Przyjemne okazują się także wyraźne nawiązania do fantasy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Historia rozpoczyna się w sposób przywodzący na myśl Dziewięciu książąt Amberu. Bohater nie ma pojęcia, gdzie się znalazł, a ostatnim wspomnieniem pozostaje szpitalne wnętrze i zaniepokojone twarze lekarzy. Nie cierpi jednak na amnezję, problemem jest raczej to, co dzieje się wokół niego. Dosłownie przestał być sobą. Trafił do obcego, wyrzeźbionego ciała, obok spoczywa piękna niewiasta i osobliwy kapłan, a nikt nie kwapi się z wyjaśnieniami. Otrzymuje jedynie lakoniczną informację. To nie sen, lecz coś na kształt nowego życia, ocalenie od śmierci i przeniesienie do innego świata, gdzie czeka na niego skarb, lecz wcześniej misja, w której powodzenie może odnieść wyłącznie ktoś taki jak on, ten nowy. Skojarzenia z Braćmi Lwie Serce czy Smokiem i Jerzym nasuwają się tu same. Problem w tym, że Wallie Smith, obecnie znany jako Shonsu, nie ma pojęcia, jak być bohaterem i wojownikiem. A jednak musi się tego nauczyć.
Duncan eksperymentuje, wrzucając współczesnego człowieka w realia krainy rodem z legend i pozornie klasycznej fabuły fantasy. Co istotne, nie jest to ktoś stworzony do roli herosa, który z łatwością forsuje przeszkody i miażdży przeciwników. To opowieść o bohaterze zmuszonym przyjąć rolę, do której zupełnie się nie nadaje i nie posiada kompetencji, by stać się tym, za kogo uchodzi. A mimo to jakoś sobie radzi, mierzy się z przeciwnościami i nieznanym, choć momentami jego perypetie zaczynają przypominać historię spod znaku Gary’ego Stu.
Na uwagę zasługuje również zaprojektowana w Siódmym mieczu struktura społeczna, oparta na podziale na kasty rangowe, z których najwyższą jest siódma. Nietrudno się domyślić, że Smith trafia do ciała osoby stojącej właśnie na tym szczeblu hierarchii. Szczególnie interesujące okazuje się obserwowanie, jak Shonsu musi odnaleźć się w nowej tożsamości, podejmować często bardzo poważne decyzje i ponosić ich konsekwencje. Niezależnie od intencji autora, motywy te zwracają uwagę na ciężar odpowiedzialności, jaki niesie ze sobą władza i przypisana jej rola.
Draconis Memoria – Anthony Ryan
Sięganie po starsze tytuły nie dla każdego bywa przyjemnym doświadczeniem, dlatego dobrym pomysłem może okazać się przyjrzenie się zdecydowanie nowszej trylogii fantasy. Tak, pojawią się tu smoki, jednak ich rola i sposób przedstawienia w cyklu Anthony’ego Ryana wyraźnie odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas gatunkowa tradycja.
W trzech powieściach autor kreśli spolaryzowany świat przypominający realia sprzed rewolucji przemysłowej. Rzekome zniewolenie mas, ujęte w fabule jako dosłowne ujarzmienie smoków, staje się czymś znacznie gorszym niż zwykły wyzysk pracy czy nierówny dostęp do zasobów. Smoki, istoty wyraźnie obdarzone wysoką inteligencją, zostają sprowadzone do roli towaru, hodowanego wyłącznie w celu pozyskania cennego surowca, jakim jest ich krew. To dzięki niej pewna uprzywilejowana grupa może posługiwać się magią, nierzadko w sposób służący jedynie zaspokajaniu własnych ambicji i zachcianek. W pewnym momencie sytuacja ulega jednak zmianie. Zbliża się wyzwolenie, a wraz z nim bunt i pożoga wymierzona w dotychczasowych ciemiężycieli, skojarzenia z dziewiętnastowiecznymi ideami nasuwają się tu same.
Nie jest to zresztą jedyne nawiązanie do tamtej epoki. Ryan bawi się sposobem myślenia dawnych uczonych, rozszerzając go na relacje międzygatunkowe. Czytelnik otrzymuje wyraźnie antropocentryczną perspektywę, w której latające jaszczury postrzegane są nie jako wolne i dumne stworzenia, lecz jako byty obce, niezrozumiałe i potencjalnie zagrażające człowiekowi. Obraz ten ulega spotęgowaniu w chwili, gdy smoki faktycznie rozpoczynają krwawą zemstę. W tym momencie stają one przed moralnym dylematem, który trudno jednoznacznie rozstrzygnąć. Zabić czy zostać zabitym.
Nie ma jednak powodów do obaw. Draconis Memoria nie jest moralizatorskim traktatem, w którym smoki stają się prostym symbolem zwierząt, niewolników czy uciśnionych. To przede wszystkim powieść przygodowa, pełna wielkich ekspedycji, wypraw w niedostępne krainy, podróży przez wzburzone morza i zmagań z żywiołami. Każdy tom cyklu dostarcza solidnej porcji rozrywki. Owszem, zdarzają się fragmenty wyraźnie spokojniejsze, lecz to właśnie one sprawiają, że całość nie sprawia wrażenia pospiesznej ani fabularnie niekompletnej.
W każdym ze wspomnianych cyklów pojawia się znacznie więcej sensów do odkrycia i poruszonych tematów, nad którymi warto się pochylić z refleksją. Pozwoliłem sobie skoncentrować na części i lekko je zarysować, aby pokazać, że w każdym z nich naprawdę jest czego szukać.











