Do tego filmu nie wchodzi się jak do zwykłej adaptacji. Wchodzi się jak do pokoju, w którym ktoś już zdążył podkręcić temperaturę, zgasić światło i zostawić na stole rekwizyty. Emerald Fennell od początku ustawia zasady gry, jej Wichrowe Wzgórza są „Wichrowymi wzgórzami”, w cudzysłowie, bo to ma być fantazja, wspomnienie emocji z pierwszego czytania, nie pokorna ekranizacja. I to akurat jest uczciwe. Problem zaczyna się później, gdy film okazuje się przede wszystkim katalogiem obietnic składanych obrazem.
To jest kino, które prawie można poczuć na języku. Kamera kocha fakturę, skórę, pot, śluz, wilgoć, brud, błoto. Wnętrza są ostentacyjnie perwersyjne, jakby scenografia chciała krzyczeć za bohaterów, zanim oni w ogóle otworzą usta. Skóra na ścianach, czerwień, lateks, lepkie zbliżenia, świat, który ma wyglądać jak gotycki fetysz i pachnieć jak grzech. Film nie tyle buduje klimat, co go wygniata palcami, żebyś widział każdy odcisk. I przez pierwsze minuty to działa, bo jest w tym bezczelność, wizja, konsekwencja estetyczna.
Tylko że estetyka to dopiero początek. Bo jeśli robisz Wichrowe wzgórza jako kino ciała, musisz pamiętać, że w Brontë ciało jest narzędziem przemocy, pragnienia i dominacji, a nie tylko pięknym światłem na obojczyku. W najostrzejszych głosach krytyki wraca jeden zarzut, film jest wspaniale wyczulony na powierzchnię, ale gubi napięcie, które powinno tę powierzchnię ciąć jak drut.
I tu dochodzimy do sedna osi estetycznej. Ten film działa jak zwiastun samego siebie. Mówi widzowi, będzie brudno, będzie mrocznie, będzie wyuzdanie, będzie gotyk, który dotyka. A potem, w kluczowych momentach, robi krok w tył. To kino obiecanej intensywności, które nie chce zapłacić rachunku za własną odwagę. Dostajesz obrazy, które są jak zbyt długie spojrzenie w lustro, bardzo świadome własnej atrakcyjności. Dostajesz też pięknych ludzi, których cierpienie wygląda na zaprojektowane. I nagle czujesz, że wilgoć staje się dekoracją, a ciało przestaje być polem bitwy, zaczyna być marketingiem.
Najbardziej przewrotne jest to, że Fennell umie robić obraz, który wydaje się niebezpieczny. Jej film potrafi wyglądać jak zakazany sen z epoki, jak romans w wersji niegrzecznej, jak gotyk, który nie prosi o zgodę. Ale w środku jest jakaś ostrożność, jakby film chciał jednocześnie szokować i być lubiany, drażnić i sprzedawać się jako walentynkowe doświadczenie zbiorowe. I tak, to działa komercyjnie, publika dopisała, a otwarcie było mocne. Tylko że felietonista ma prawo zapytać, czy to nie jest przypadkiem kino, które myli zmysłowość z dramatem.

Dlatego ten tytuł jest tak interesujący jako zjawisko. Bo spór o wierność książce jest tu w gruncie rzeczy sporem o coś prostszego, ale boleśniejszego. O to, czy można wziąć dzieło słynące z emocjonalnej przemocy i moralnej brzydoty, a potem opowiedzieć je językiem luksusu, glamour i erotycznego designu. Można. Pytanie, co zostaje, gdy już napatrzysz się na deszcz, skórę, błoto, piękne twarze i piękne konwulsje. Jeśli odpowiedź brzmi głównie „wrażenie”, to zaczyna być niebezpiecznie.
I może właśnie na tym polega paradoks tej wersji. Wichrowe wzgórza są idealnym materiałem na kino nieładne, niezręczne, raniące, kino, które nie pozwala się lubić. Tymczasem Fennell kręci film, który bardzo chce być uznany za perwersyjny, ale jednocześnie chce pozostać atrakcyjny. A z tej sprzeczności rodzi się estetyczna rozkosz i emocjonalny niedosyt jednocześnie.
Jeśli więc mamy iść wyłącznie tropem wilgoci, ciała i obietnic, to ja to podsumuję tak. To jest film, w którym obraz mówi, że zaraz wydarzy się coś naprawdę mrocznego, a potem fabuła odpowiada, spokojnie, tylko popatrz jeszcze chwilę. I człowiek patrzy. Bo trudno nie patrzeć. Tylko że po seansie zostaje pytanie, czy to było doświadczenie, czy tylko perfekcyjnie wystylizowana zapowiedź doświadczenia.
A teraz jeszcze jedna rzecz, o której nie da się nie wspomnieć. Ten film nie jest wyłącznie estetycznym eksperymentem ani festiwalową prowokacją. On zadziałał komercyjnie. Otworzył się mocno, przyciągnął widownię i w dużej mierze były to kobiety. Walentynkowy weekend, romantyczna aura, piękni aktorzy, obietnica intensywności. Wszystko to złożyło się na sukces, który trudno zignorować.
I tu pojawia się pytanie, które czyni sprawę jeszcze ciekawszą. Czy kino ciała i wilgoci jest dziś bezpieczniejszą formą buntu, bo jest sprzedawalne? Bo to naprawdę intrygujące, że film może jednocześnie udawać skandal i bez większego oporu wejść w rolę walentynkowego blockbustera. Perwersja jako produkt premium. Gotyk jako luksusowe doświadczenie. Błoto, które nie brudzi sukni z czerwonego dywanu.

To już nie jest bunt przeciwko romantycznej wizji miłości. To jej upgrade. Intensywniejszy, bardziej fizyczny, bardziej świadomy swojej atrakcyjności. I może dlatego publiczność tak chętnie to kupuje. Bo dostaje coś, co wygląda na przekroczenie granicy, ale w rzeczywistości jest starannie wyreżyserowanym przekroczeniem. Takim, które pozwala poczuć dreszcz, a jednocześnie nie każe mierzyć się z prawdziwą brzydotą relacji.
W tym sensie Wichrowe wzgórza są idealnie współczesne. Estetyka perwersji staje się strategią marketingową. Film obiecuje transgresję, ale pakuje ją w opakowanie, które sprzedaje się jak romans z wyższej półki. I to działa. Tylko że gdy opada kurz, zostaje pytanie, czy oglądaliśmy rzeczywiście niebezpieczną historię, czy raczej bardzo dobrze zaprojektowane poczucie niebezpieczeństwa.


