Przypisy marginalne

KOMENTARZ: Gra o tron: Szalony Król | Harrenhal wchodzi na scenę i wchodzi na pole minowe

Westeros w Royal Shakespeare Theatre. Już samo to brzmi jak żart, który wymknął się spod kontroli, a jednak Gra o tron: Szalony Król jest faktem. Latem zobaczymy na scenie turniej w Harrenhal, wydarzenie, które było iskrą pod beczką prochu. Rhaegar koronujący Lyannę. Wściekłość Roberta. Szaleństwo Aerysa. Początek końca dynastii Targaryenów. Początek tragedii Starków.

UWAGA: Tekst zawiera spoilery z serialu Gra o tron i powieści z cyklu Pieśń Lodu i Ognia, a także z serialu Stranger Things oraz sztuki Stranger Things: The First Shadow.

To ruch odważny i bardzo sprytny. Bo jeśli jest jedno wydarzenie w całej mitologii Gry o tron, które od lat domaga się pełnej opowieści, to właśnie Harrenhal. Do tej pory żyliśmy strzępami wspomnień, półsłówkami, legendą o Rycerzu Roześmianego Drzewa i wiecznym pytaniem, czy Rhaegar porwał Lyannę, czy uciekła z nim z własnej woli. To jest mit założycielski całej sagi. Bez Harrenhal nie ma Rebelii Roberta. Bez Rebelii nie ma egzekucji Neda. Bez tego nie ma całej historii, którą znamy.

Scena teatralna daje coś, czego serial nie dawał. Intymność. Dialog. Ciężar słowa. Jeśli to zostanie dobrze napisane, możemy dostać dramat polityczny i rodzinny o ogromnym napięciu. Lya nna jako żywy, nieposkromiony charakter. Rhaegar jako postać rozdarta między obowiązkiem a obsesją. Aerys jako król, który jeszcze balansuje między paranoją a majestatem.

Problem w tym, że to nie jest czysta karta. To prequel. A prequele są polem minowym. Jeśli twórcy zdecydują się odpowiedzieć na pytania, które w książkach i serialu były celowo pozostawione w półcieniu, muszą to zrobić z chirurgiczną precyzją. Jedna źle ustawiona motywacja, jedno przesunięcie w timeline, jedna reinterpretacja relacji i nagle zacznie się efekt domina.

Historia popkultury zna już ten scenariusz. Stranger Things: The First Shadow miało być ekscytującym uzupełnieniem serialu, a dla wielu fanów stało się źródłem chaosu. Zmienione pochodzenie antagonisty. Rozchwiana chronologia. Motywacje, które podkopują wcześniejsze zwroty akcji. Coś, co jako osobna opowieść działało, zaczęło pękać w zderzeniu z istniejącym kanonem. I tu pojawia się największe ryzyko Szalony Król.

Jeśli sztuka zacznie przestawiać akcenty tak, że kluczowe momenty z serialu i książek stracą sens, fani to wyłapią. Jeśli okaże się, że to nie polityka, ambicja i tragiczne wybory napędziły historię, tylko jakaś nowa, dopisana siła sprawcza, to fundament zacznie się chwiać. Mit działa, bo jego elementy zazębiają się jak tryby. Jeśli jeden zostanie przestawiony, cała maszyna zaczyna zgrzytać.

Z drugiej strony, teatr daje też szansę, jakiej nie miał serial. Skupić się na Lyannie. W serialu była wspomnieniem. Twarzą z wieży. Powodem wojny. Tu może stać się podmiotem, a nie pretekstem. I to może być największa wartość tego projektu. Nie kolejne rozpisanie wielkiej polityki, ale dramat młodej kobiety, której decyzja uruchomiła lawinę. Obecność George’a R.R. Martina na premierze dodaje powagi. Ale sama obecność nie gwarantuje spójności. Pytanie brzmi, czy twórcy pójdą w stronę pogłębienia mitu, czy w stronę jego rozpisania na czynniki pierwsze. Bo czasem tajemnica działa lepiej niż odpowiedź.

Turniej w Harrenhal od lat żyje jako legenda. Może scena teatralna nada mu nowy wymiar. Może wreszcie zobaczymy Rycerza Roześmianego Drzewa nie jako zagadkę, lecz jako człowieka z krwi i kości. Ale jeśli odpowiedzi będą zbyt dosłowne, zbyt jednoznaczne, magia może ulecieć. Westeros wraca do źródła. Do momentu, w którym wszystko było jeszcze możliwe. To fascynujący pomysł. Ale też niebezpieczny. Bo gdy zaczyna się opowiadać początek mitu, bardzo łatwo przez przypadek zmienić jego koniec.

Nataniel Ferenc

Mogę powiedzieć, że gram, czytam, oglądam - jeszcze nie śpiewam. Ale pracuję nad tym.