Komiksy przygodowe przyzwyczaiły nas do pewnej skali. Dalekie lądy, egzotyczne miasta, bohaterowie o żelaznych nerwach i niespożytej energii. Tymczasem Antananarywa robi coś przewrotnego. Zamiast archeologa, podróżnika czy poszukiwacza skarbów dostajemy schorowanego emeryta z bólem pleców i pudełkiem leków w kieszeni. I to właśnie on wyrusza w podróż życia.
Amédée Petit-Jean był całe życie notariuszem. Człowiekiem przywiązanym do rutyny, stabilności i własnego biurka. Jego dni na emeryturze nie różnią się specjalnie od poprzednich lat. Telewizor, tabletki, drobne uszczypliwości żony, rozmowy z sąsiadem. To ostatnie jest zresztą jedyną prawdziwą przygodą w jego codzienności. Joseph, sąsiad z drugiej strony ulicy, jest jego absolutnym przeciwieństwem. Dawny awanturnik, podróżnik, człowiek o życiorysie tak barwnym, że mógłby nim obdzielić kilku bohaterów powieści przygodowych. W jego mieszkaniu piętrzą się pamiątki z całego świata i stosy komiksów o przygodach niejakiego Pinpina, łudząco przypominającego Tintina.
Amédée słucha tych historii z zachwytem. Nie dlatego, że sam chce je przeżyć, lecz dlatego, że zawsze wierzył, że jego życie już dawno zostało ustalone i zamknięte w bezpiecznych ramach.
Aż do chwili, gdy Joseph umiera.
Pozornie drobna sprawa spadkowa staje się dla emerytowanego notariusza impulsem do czegoś, czego nigdy wcześniej nie zrobił. Wyciąga z garażu samochód, który od lat nie opuścił swojego miejsca. Pakuje leki, zbiera odrobinę odwagi i rusza w drogę, by odnaleźć hipotetycznego spadkobiercę przyjaciela. W praktyce oznacza to podróż może na kilkaset kilometrów. W jego świecie to jednak wyprawa niemal epicka.
I właśnie w tej skali tkwi największa siła komiksu Marka Eacersalla.
Bo Antananarywa nie jest historią o wielkich przygodach w klasycznym sensie. To opowieść o człowieku, dla którego przejazd do innego miasta staje się przekroczeniem granicy całego życia. O kimś, kto przez dekady budował sobie alibi z wygody, lęków i wyobrażonych chorób, aż nagle odkrywa, że prawdziwą przeszkodą była nie starość, lecz brak odwagi.
Scenariusz Eacersalla prowadzi tę historię z niezwykłą delikatnością. Humor pojawia się naturalnie, często wynikając z konfrontacji Amédée z rzeczywistością, która dla większości ludzi jest banalna, a dla niego okazuje się niemal surrealistyczna. Bóle pleców, niespodziewane wypadki na drodze, niezręczne spotkania z ludźmi. Wszystko to tworzy mieszankę komizmu i melancholii, która działa zaskakująco dobrze.
Jednocześnie pod powierzchnią lekkiej powieści drogi kryje się opowieść o starości, przemijaniu i o tym, jak łatwo można przeżyć życie, nie próbując go naprawdę dotknąć. Amédée rusza tropem cudzej historii, ale w rzeczywistości zaczyna odkrywać własną. I robi to w momencie, w którym wielu ludzi uznałoby już, że nic ważnego nie może się wydarzyć.
Ogromną rolę w tym wszystkim odgrywa warstwa wizualna Sylvaina Vallée. To rysownik o ogromnym wyczuciu europejskiej tradycji komiksowej. Jego kreska jest czysta, elegancka i niezwykle ekspresyjna w mimice postaci. Twarze bohaterów mówią tu niemal tyle samo, co dialogi. Jednocześnie Vallée potrafi budować krajobrazy o niemal filmowym charakterze. Niektóre plansze przypominają zatrzymany kadr z animacji, pełen światła, detalu i subtelnego ruchu.
Co ważne, ta wizualna uroda nie przytłacza historii. Wręcz przeciwnie. Podkreśla jej melancholijny ton i pozwala czytelnikowi zatrzymać się na chwilę przy każdym etapie podróży.
Antananarywa jest komiksem, który można nazwać spokojnym. Nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji, dramatycznych cliffhangerów czy wielkich emocjonalnych eksplozji. I właśnie dlatego działa. To historia o małych decyzjach, które w pewnym wieku stają się największymi przygodami.
Niektórzy czytelnicy mogą uznać ją za zbyt łagodną, zbyt ciepłą, może nawet odrobinę sentymentalną. Ale trudno odmówić jej szczerości i uroku. Eacersall i Vallée opowiadają historię prostą, lecz niezwykle ludzką. Historię o tym, że każdy z nas ma swoją Antananarywę. Miejsce odległe niekoniecznie geograficznie, ale emocjonalnie. Cel, który odkładamy, bo zawsze wydaje się na niego za późno.
Ten komiks przypomina, że najczęściej jest dokładnie odwrotnie.


