Jay Kristoff doprowadza swoją wampirzą trylogię do miejsca, w którym nie wystarcza już większa armia, potężniejszy przeciwnik ani kolejna ofiara złożona na ołtarzu nadziei. Cesarstwo Świtu musi rozliczyć się nie tylko z losem Gabriela de León, Dior i całego Augustin, lecz także z historią opowiadaną przez ludzi, którym od początku nie należało bezgranicznie ufać. To finał wystawny, brutalny i świadomy ciężaru narosłych oczekiwań. Zarazem jest to część najbardziej nierówna, ponieważ jej imponujący rozmach chwilami obraca się przeciwko niej samej.
Gabriel rozpoczyna tę opowieść jako człowiek niemal całkowicie wypalony. Stracił rodzinę, wiarę, przyjaciół i przekonanie, że jego działania mogą przynieść coś więcej niż następną porcję krwi. Pozostała mu zemsta, a Kristoff dobrze rozumie, że zemsta nie jest pełnoprawnym celem, lecz paliwem pozwalającym iść jeszcze kilka kroków po drodze prowadzącej ku samozniszczeniu. Ostatni Srebroświęty nie przypomina dawnego wojownika, który potrafił zasłonić własne zwątpienie żartem, bluźnierstwem albo efektownym gestem. Jest zmęczony, coraz częściej przegrywa z własną naturą i funkcjonuje dzięki uporowi, który dawno przestał mieć cokolwiek wspólnego z odwagą. Autor nie oszczędza go ani fizycznie, ani psychicznie, czasem wręcz przesadza z liczbą nieszczęść spadających na jednego człowieka, lecz właśnie dzięki temu Gabriel pozostaje bohaterem zdolnym utrzymać uwagę przez ponad tysiąc stron. Jego walka z Wiecznotrwałym Królem jest ważna, ale jeszcze ciekawsze okazuje się pytanie, czy człowiek tak długo karmiący się nienawiścią potrafi rozpoznać chwilę, w której należy przestać.
Drugim filarem książki pozostaje Celene, której perspektywa poszerza opowieść o historię klanu Essani, źródła wiary oraz wydarzenia rozgrywające się z dala od Gabriela. Nie jest to jednak perspektywa równie przekonująca. Jej partie bywają bardziej wystudiowane, obciążone podniosłością i wyraźnie spowalniają rytm powieści, szczególnie wtedy, gdy czytelnik zostaje wyrwany z bezpośredniej walki o przetrwanie i skierowany ku kolejnym wspomnieniom oraz wyjaśnieniom. Celene otrzymuje więcej miejsca, dzięki czemu przestaje być wyłącznie tajemniczą figurą skrywającą się za maską, ale ta zamiana sekretu w rozbudowaną biografię nie zawsze działa na korzyść postaci. Kristoff potrafi nadać jej cierpieniu ciężar, potrafi również pokazać, jak odmiennie rodzeństwo odpowiada na podobne krzywdy, jednak przy każdej zmianie narratora wyraźnie czuć, że opowieść Gabriela ma mocniejszy głos, bardziej naturalny rytm i znacznie więcej charakteru. Podział perspektyw ma znaczenie dla całej konstrukcji finału, lecz jako doświadczenie czytelnicze prowadzi do nierównego tempa, w którym partie bardzo dobre sąsiadują z fragmentami zdecydowanie zbyt rozwlekłymi.
Dior pozostaje natomiast postacią celowo niepasującą do przypisywanej jej roli. Graal, ostatnia nadzieja ludzkości i niemal religijny symbol nie zachowuje się jak święta wyjęta z kościelnego witraża. Jest wulgarna, opryskliwa, gwałtowna i pozbawiona cierpliwości do ludzi, którzy chcieliby widzieć w niej czyste narzędzie zbawienia. Ten kontrast powinien ożywiać postać i często rzeczywiście to robi, choć Kristoff chwilami zbyt usilnie podkreśla jej szorstkość, jakby obawiał się, że czytelnik zapomni o buntowniczej naturze dziewczyny. Jej język, sposób flirtowania oraz demonstracyjne lekceważenie dobrych manier mogą bawić, ale powtarzane zbyt często zaczynają brzmieć jak zestaw stale uruchamianych cech, a nie spontaniczne zachowanie żywego człowieka. Mimo tego relacja Dior z Gabrielem nadal niesie znaczną część emocjonalnego ciężaru. Nie jest spokojną więzią mistrza i uczennicy, lecz nieustannym starciem dwojga ludzi, którzy potrzebują siebie bardziej, niż chcieliby przyznać. Kiedy ich zaufanie zostaje podważone, książka odzyskuje napięcie, którego nie byłyby w stanie zapewnić nawet najlepiej opisane oblężenia.
Kristoff nie stracił umiejętności budowania świata, w którym wampiry są drapieżnikami, a nie atrakcyjnymi arystokratami obciążonymi romantycznym smutkiem. Wiecznotrwali dysponują własnymi rodami, zdolnościami, interesami i hierarchiami, lecz niezależnie od dzielących ich różnic pozostają istotami traktującymi człowieka jak pożywienie, własność albo chwilową rozrywkę. Bezdzień nadaje temu światu ponurą konsekwencję. Brak słońca nie jest jedynie efektownym elementem scenerii, ale warunkiem określającym sposób prowadzenia wojny, funkcjonowanie miast oraz zachowanie ludzi pozbawionych perspektywy normalnego życia. Oblężone Augustin ma ciężar miejsca rzeczywiście czekającego na zagładę, a wędrówka do serca wampirzej potęgi przypomina wyprawę podejmowaną przez ludzi świadomych, że prawdopodobnie nie wrócą. Autor najlepiej wypada właśnie wtedy, gdy łączy tę beznadzieję z małymi gestami lojalności, niewygodnym humorem i chwilami zwyczajnej bliskości. Dzięki nim monumentalny konflikt nie zamienia się w pustą panoramę armii, ponieważ za losem cesarstwa stoją ludzie, których czytelnik zna od setek stron.
Problem w tym, że Cesarstwo Świtu jest książką większą, niż wymaga tego opowiadana historia. Kristoff powtarza niektóre rozwiązania, przedłuża rozmowy, rozpisuje kolejne starcia i wielokrotnie przypomina, jak trudno zabić bohaterów zdolnych walczyć mimo ran, które powinny natychmiast zakończyć ich życie. Brutalność z czasem traci ostrość, ponieważ wypadające wnętrzności, rozrywane ciała i skrajne okaleczenia stają się niemal obowiązkowym składnikiem każdej większej konfrontacji. Podobnie dzieje się z erotyką. Scen intymnych oraz rozmów z jednoznacznym podtekstem jest dużo, a ich nagromadzenie nie zawsze rozwija relacje lub odsłania coś istotnego w bohaterach. Część z nich wygląda jak próba utrzymania deklarowanej dorosłości powieści przy użyciu najprostszych środków. Nie chodzi o samą obecność seksu, wulgarności czy przemocy, ponieważ od początku stanowiły one część tego cyklu. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynają działać jak powtarzalne ozdobniki, a historia zwalnia mimo zbliżającego się końca świata.
Najciekawszą relacją tomu okazuje się spotkanie Gabriela z Wiecznotrwałym Królem. Kristoff nie sprowadza ich konfrontacji do prostego układu bohatera i potwora. Obaj rozpoznają w przeciwniku kogoś zdolnego dotrzymać im kroku, a wzajemna pogarda miesza się z niechętnym uznaniem. Ich rozmowy posiadają napięcie, którego brakuje wielu scenom bitewnym, ponieważ stawką nie jest wyłącznie życie, ale także sposób rozumienia świata, wiary i ceny płaconej za władzę. Król nie musi udowadniać swojej potęgi każdym gestem, a Gabriel, choć pozbawiony przewagi, nadal potrafi użyć słów jak broni. W tych fragmentach autor wyraźnie zwalnia, lecz tym razem robi to celowo i z dobrym skutkiem. Pozwala postaciom krążyć wokół siebie, badać słabe punkty oraz podejmować grę, w której prawda ma znacznie mniejszą wartość niż przekonujące kłamstwo. Właśnie tutaj najpełniej ujawnia się główny temat tomu, ponieważ opowieść nie pyta już wyłącznie o to, kto wygra, lecz także o to, kto będzie mógł później opowiedzieć zwycięstwo po swojemu.
Finał wykorzystuje niewiarygodność narratorów jako narzędzie mające podważyć znaczną część wcześniejszej opowieści. Sam pomysł jest odważny i pasuje do książki, której bohaterowie od początku zatajali fakty, manipulowali słuchaczem oraz budowali własne legendy. Kłopot leży w skali zastosowanego rozwiązania. Gdy okazuje się, że część wydarzeń mogła wyglądać zupełnie inaczej, emocje związane z poświęceniem bohaterów, ich śmiercią i ceną zwycięstwa zostają osłabione. Czytelnik nie otrzymuje przy tym wystarczająco dokładnego obrazu prawdziwego przebiegu wydarzeń, więc zamiast satysfakcji z odkrycia starannie przygotowanej konstrukcji może poczuć, że autor unieważnił fragment własnej historii. Niewiarygodny narrator działa najlepiej wtedy, gdy po ujawnieniu oszustwa wcześniejsze sceny nabierają drugiego znaczenia, a nie wtedy, gdy tracą znaczenie w ogóle. Kristoff pozostawia zbyt wiele pytań bez odpowiedzi, przez co końcowy zwrot jednocześnie imponuje rozmachem i podkopuje dramaturgię kilkuset poprzednich stron.
Równie dyskusyjny jest ton ostatnich rozdziałów. Trylogia przez większość czasu konsekwentnie przekonywała, że każde zwycięstwo musi zostać okupione bólem, a świat pozostaje miejscem niechętnym prostym nagrodom. Tymczasem zakończenie okazuje się zaskakująco łagodne, niemal pogodne w porównaniu z drogą, która do niego prowadziła. Nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby książka wcześniej przygotowała przestrzeń dla tak wyraźnej zmiany, lecz końcówka przyspiesza, skraca najważniejsze wyjaśnienia i szybko przechodzi od wielkiej tragedii do porządkującego wszystko domknięcia. Po powieści przekraczającej tysiąc stron finał powinien otrzymać więcej miejsca na konsekwencje, rozmowy i pokazanie świata po rozstrzygającej bitwie. Zamiast tego Kristoff długo rozstawia figury, a następnie zdejmuje je z planszy w pośpiechu. W efekcie zakończenie może wzruszyć czytelników mocno przywiązanych do bohaterów, lecz nie daje pełnej satysfakcji tym, którzy oczekiwali równie precyzyjnego domknięcia fabuły.
Cesarstwo Świtu pozostaje potężnym, często porywającym finałem, który nie unosi jednak całego ciężaru własnej ambicji. Bohaterowie nadal przyciągają uwagę, świat zachowuje ponury urok, a kilka konfrontacji należy do najmocniejszych fragmentów całej serii. Jednocześnie nadmiar powtórzeń, nierówne perspektywy, przesyt scen erotycznych i kontrowersyjna konstrukcja zakończenia sprawiają, że trzeci tom ustępuje poprzednim częściom. To dobra powieść zamykająca bardzo dobrą trylogię, ale nie finał na miarę jej najlepszych momentów. Kristoff doprowadza Gabriela do kresu drogi, pozwala mu stanąć przed wrogami, własnymi słabościami i prawdą o opowiadanej historii, lecz w decydującej chwili zbyt mocno polega na zaskoczeniu. Droga przez bezdzień pozostaje warta przebycia. Szkoda tylko, że ostatni świt nie rozprasza wszystkich cieni.

