Dwadzieścia lat to wystarczająco dużo czasu, żeby wmówić sobie, że dziecięce koszmary naprawdę były tylko koszmarami. Jack Sawyer zrobił nawet coś więcej. Zapomniał o Terytoriach, Wilku, Talizmanie i chłopcu, którym kiedyś był. Została mu za to niezwykła intuicja, dzięki której zrobił błyskotliwą karierę w policji Los Angeles, a potem równie niespodziewanie z niej zrezygnował. Teraz mieszka w spokojnym French Landing w Wisconsin i właściwie mógłby już do końca życia udawać emeryta. Tyle że ktoś zaczyna mordować dzieci. A kiedy Stephen King i Peter Straub umieszczają byłego policjanta z taką przeszłością w miasteczku terroryzowanym przez seryjnego zabójcę, można być pewnym jednego: zwykłe policyjne śledztwo długo nim nie pozostanie.
Czarny dom jest kontynuacją Talizmanu, ale chyba najlepiej od razu wyrzucić z głowy oczekiwanie, że autorzy zamierzają powtórzyć tamtą przygodę. Pierwsza książka była przede wszystkim fantastyczną wyprawą dojrzewającego chłopca, pełną niezwykłości, niebezpieczeństw i kolejnych etapów wielkiego questu. Tutaj Jack jest dorosłym mężczyzną, a wraz z nim dorosła sama opowieść. Fantasy ustępuje początkowo miejsca kryminałowi i horrorowi, dziecięca przygoda zostaje zastąpiona historią seryjnego mordercy, natomiast Terytoria długo pozostają gdzieś na obrzeżach. To może początkowo dezorientować, ale właśnie dzięki temu druga część nie sprawia wrażenia dopisanego po latach powtórzenia.
French Landing należy przy tym do tych fikcyjnych amerykańskich miasteczek, które King mógłby produkować seryjnie, a człowiek i tak za każdym razem chciałby wiedzieć, kto mieszka za następnym rogiem. Autorzy nie spieszą się jednak z przedstawieniem Jacka. Najpierw oprowadzają nas po okolicy, zaglądają do domów mieszkańców, przedstawiają policjantów, lokalnego dziennikarza, radiowca, pensjonariuszy domu spokojnej starości i całą grupę ludzi, którzy początkowo wyglądają jak przypadkowe elementy krajobrazu. Dopiero później z tej zbieraniny zaczyna wyłaniać się właściwa historia. Dla jednych pierwsze sto stron będzie więc kapitalnym budowaniem miejsca, dla innych próbą cierpliwości. Obie reakcje są całkowicie zrozumiałe.
Dodatkowo King i Straub wybierają nietypową narrację. Narrator zachowuje się chwilami jak przewodnik unoszący się nad French Landing, zwraca się bezpośrednio do czytelnika i prowadzi go od miejsca do miejsca. Zaglądamy przez okna, przeskakujemy pomiędzy bohaterami i oglądamy miasteczko niemal z lotu ptaka. Początkowo ten sposób opowiadania może drażnić, bo bezustannie przypomina o obecności narratora. Z czasem jednak zaczyna pasować do historii. French Landing przestaje być tylko scenerią i staje się organizmem, który trzeba najpierw dokładnie obejrzeć, zanim dostrzeże się rozwijającą się w jego wnętrzu chorobę.
A choroba jest wyjątkowo paskudna. Morderca nazwany Rybakiem porywa dzieci i pozostawia po sobie makabryczne ślady. Autorzy nie próbują robić z niego fascynującego geniusza zbrodni, któremu czytelnik ma niechętnie imponować. To zło odpychające, brudne i pozbawione romantycznej otoczki. Jeszcze zanim pojawi się odpowiedź na pytanie, co naprawdę stoi za zbrodniami, Czarny dom potrafi działać jako ponury thriller o społeczności sparaliżowanej świadomością, że gdzieś bardzo blisko znajduje się ktoś zdolny zrobić krzywdę kolejnemu dziecku. Kiedy później do tej historii zaczyna wdzierać się nadnaturalność, zwyczajny ludzki strach już zdążył wykonać sporą część pracy.
Jack zostaje wciągnięty w śledztwo trochę wbrew sobie. Emerytura nie odebrała mu policyjnego instynktu, a wręcz przeciwnie, jego zdolność dostrzegania rzeczy umykających innym nadal budzi respekt. Problem w tym, że sprawa Rybaka zaczyna otwierać drzwi do wspomnień, które Sawyer przez lata trzymał zamknięte. Powrót Terytoriów nie jest więc nostalgicznym mrugnięciem do czytelnika Talizmanu. Oznacza dla Jacka odzyskanie fragmentu własnej tożsamości, którego nieświadomie się pozbył. Dorosły Sawyer musi pogodzić racjonalnego policjanta z Jackiem Wędrowniczkiem, który kiedyś przekonał się, że świat jest znacznie większy i dziwniejszy, niż powinien.
Tutaj Czarny dom wykonuje swój największy fabularny skręt, ponieważ z kryminału stopniowo przechodzi w opowieść znacznie mocniej zanurzoną w wielkiej mitologii Kinga. Powiązania z Mroczną Wieżą nie ograniczają się do dyskretnych aluzji. Karmazynowy Król, Łamacze, Ted Brautigan i sama Wieża stają się częścią stawki, o którą toczy się gra. Dla czytelników znających cykl o Rolandzie jest to fascynujące rozszerzenie całego uniwersum, ponieważ nagle okazuje się, że historia Jacka Sawyera zajmuje w nim znacznie ważniejsze miejsce, niż sugerował Talizman. Dla osób oczekujących wyłącznie samodzielnej kontynuacji może to być bardziej problematyczne. W pewnym momencie lokalna historia o morderstwach dzieci zostaje bowiem podłączona do kosmicznego konfliktu o konsekwencjach nieporównywalnie większych niż los French Landing.
Sam mam wobec tego rozwiązania mieszane odczucia. Z jednej strony uwielbiam momenty, w których poszczególne książki Kinga nagle okazują się fragmentami większej układanki. Rozpoznawanie nazw, postaci i mechanizmów rządzących tym światem daje tutaj mnóstwo satysfakcji. Z drugiej strony Czarny dom nie potrzebował aż tak silnego wsparcia Mrocznej Wieży, żeby działać. Morderstwa, przeszłość Jacka i tajemnica tytułowego domu były wystarczająco mocnymi fundamentami. Kiedy stawką staje się coś znacznie większego, część wcześniejszej kameralności zwyczajnie znika.
Nie znikają natomiast postacie drugoplanowe, a tych autorzy stworzyli wyjątkowo barwnych. Szczególnie pamięta się Henry’ego Leydena, niewidomego radiowca o niezwykłej osobowości, oraz grupę motocyklistów, którzy w rękach mniej sprawnych pisarzy mogliby skończyć jako chodzący zestaw stereotypów. Tutaj mają własne charaktery, poczucie humoru i miejsce w historii. King i Straub potrafią poświęcić kilka stron człowiekowi, który pozornie nie powinien mieć większego znaczenia, a chwilę później czytelnik wie już o nim wystarczająco dużo, żeby przejąć się jego losem. Bywa to źródłem dłużyzn, ale równocześnie bez tej skłonności French Landing nie miałoby podobnej gęstości.
Bo Czarny dom rzeczywiście jest książką rozwlekłą. Nie ma sensu tego ukrywać pod eleganckim określeniem „niespieszna narracja”. King i Straub potrafią zatrzymać akcję, obejrzeć bohatera z kilku stron, opisać otoczenie, przypomnieć lokalną historię i jeszcze przez moment pokrążyć wokół tematu, zanim wrócą do właściwego wydarzenia. Czasami działa to znakomicie, bo buduje lepki, nieprzyjemny klimat. Innym razem człowiek chciałby delikatnie popchnąć obu autorów w plecy i przypomnieć, że gdzieś tam nadal grasuje morderca. Szczególnie początek wymaga zgody na takie tempo. Jeśli jej zabraknie, wejście do Czarnego Domu może okazać się trudniejsze, niż przewidywali autorzy.
Kiedy jednak fabuła wreszcie nabiera rozpędu, książka potrafi wynagrodzić cierpliwość. Horror staje się bardziej dosłowny, kolejne elementy zaczynają się łączyć, a tytułowy dom okazuje się miejscem godnym swojej nazwy. Nie chodzi wyłącznie o fizyczną przestrzeń. Jest w nim coś fundamentalnie niewłaściwego, jakby sama rzeczywistość zaczynała tam chorować. W tych fragmentach fantastyka i groza wreszcie spotykają się bez tarcia, a podróż Jacka nabiera ciężaru, którego brakowałoby zwyczajnemu finałowi policyjnego śledztwa.
Nie wszystko zostaje przy tym równie dobrze domknięte. Rozmach drugiej połowy sprawia, że część postaci oraz pobocznych historii okazuje się mniej istotna, niż sugerowało ich wcześniejsze eksponowanie. Można odnieść wrażenie, że autorzy ustawili na planszy więcej figur, niż ostatecznie potrzebowali. Sam finał również mocno zmienia charakter opowieści i komuś zakochanemu przede wszystkim w kryminalnej części książki może wydać się zbyt fantastyczny. Czarny dom ma przez to coś z powieści, która podczas pisania nieustannie zwiększała własne ambicje, aż lokalne śledztwo przestało jej wystarczać.
Mimo tych zastrzeżeń wolę tę odsłonę historii Jacka od Talizmanu. Jest bardziej ponura, nieprzyjemna i świadoma tego, że jej bohater nie jest już dzieckiem mogącym wyruszyć na wielką wyprawę z wiarą, że na końcu czeka rozwiązanie wszystkich problemów. Dorosły Jack zna śmierć, pracował przy zabójstwach i wie, co ludzie potrafią zrobić innym ludziom. Powrót do nadnaturalnego świata nie odbiera tej wiedzy, lecz czyni ją jeszcze bardziej bolesną. Zło nie zastępuje tutaj ludzkiego okrucieństwa. Ono po prostu odkrywa, jak łatwo może zrobić z niego użytek.
Czarny dom jest więc dziwnym sequelem. Zachowuje bohatera i fundamenty świata Talizmanu, ale zmienia niemal wszystko inne. Zamiast kolejnej baśniowej wyprawy dostajemy seryjnego mordercę, małe amerykańskie miasteczko, horror, kryminał i coraz wyraźniejsze echo Mrocznej Wieży. Nie wszystkie te elementy układają się idealnie i momentami książka wyraźnie cierpi od nadmiaru własnych pomysłów. Kiedy jednak King i Straub trafiają we właściwy rytm, French Landing staje się miejscem, z którego naprawdę chciałoby się jak najszybciej wyjechać. Problem w tym, że wtedy jest już za późno. Czarny Dom zdążył otworzyć drzwi.

