W pewnym momencie Rakesfall przestaje mieć sens w taki sposób, w jaki zazwyczaj oczekuję sensu od powieści. Nie wiem już dokładnie, czy czytam o tych samych ludziach, o ich kolejnych wcieleniach, o postaciach powtarzających pewien wcześniejszy wzór, czy może rozróżnienie między tymi możliwościami samo w sobie jest błędem. Kilkanaście stron później znajduję się gdzieś indziej, w innym czasie, przy innych ciałach i nowych zasadach rzeczywistości, a Vajra Chandrasekera zachowuje się tak, jakby wszystko było zupełnie naturalne. W pewnym sensie jest. To ja nadal próbuję uporządkować książkę według zasad, których ona nigdy nie zamierzała przestrzegać.
I właśnie wtedy najlepiej zrozumiałam, dlaczego jednocześnie podziwiam Rakesfall i mam go serdecznie dosyć. Początek daje jeszcze złudzenie, że można będzie złapać historię za konkretny koniec. Sri Lanka, wojna domowa, dzieciństwo, przemoc, propaganda, Annelida i Lepus. Dwoje ludzi spotyka się w rzeczywistości, w której cudza wersja prawdy potrafi zdecydować o tym, kto jest ofiarą, kto wrogiem, a kto w ogóle zasługuje na zapisanie w historii. Ich losy zostają splecione i właśnie ten splot ma przetrwać znacznie dłużej niż ich pierwsze życia. Brzmi to jeszcze jak punkt wyjścia do powieści o reinkarnacji. Tyle że Chandrasekera bardzo szybko odbiera również tę wygodną kategorię.
Kolejne życia nie układają się tutaj w schludny ciąg. Nie dostajemy dwojga bohaterów odradzających się w kolejnych epokach, rozpoznających po jakimś znaku i ponownie odgrywających tę samą relację. Tożsamości zaczynają się nakładać, rozszczepiać i przechodzić jedna w drugą. Człowiek nie jest już zamkniętym naczyniem, tylko czymś bardziej przepuszczalnym. Pamięć może należeć do kogoś innego. Przeszłość może być obecna w człowieku, który jej nie przeżył. Duch, cyfrowa świadomość, wspomnienie i kolejne wcielenie z czasem przestają być całkowicie oddzielnymi pojęciami. Próba rozpisania tego sobie na kartce byłaby zapewne możliwa, ale trochę mijałaby się z celem. Rakesfall nie chce, żebym narysowała strzałkę od wydarzenia A do wydarzenia B i z satysfakcją odkryła, że wszystko do siebie pasuje. Ta powieść znacznie bardziej interesuje się samą potrzebą rysowania takich strzałek.
Dlaczego zakładamy, że historia ma mieć początek i koniec? Dlaczego jedna osoba ma być jedną osobą? Dlaczego przeszłość miałaby przestać działać tylko dlatego, że minęło sto albo tysiąc lat? Chandrasekera odpowiada na te pytania przede wszystkim konstrukcją książki. Opowieści zaczynają się, rozpadają, zostają porzucone, później wracają przetworzone. Jedna historia może okazać się cudzą wersją poprzedniej. Wydarzenie istniejące jako mit w jednej epoce pojawia się później pod postacią technologii. To, co było religijnym wyobrażeniem, za tysiące lat może zostać opisane językiem systemów informatycznych i nadal oznaczać właściwie to samo.
Najlepszym przykładem jest zapis akaszy. W jednym porządku można myśleć o nim jako o metafizycznej pamięci wszystkiego, co istnieje, istniało i mogłoby się wydarzyć. W innym zaczyna przypominać kosmiczne archiwum informacji. Chandrasekera nie wybiera jednej interpretacji. Nie potrzebuje tego, bo sama granica pomiędzy religią, magią i technologią również okazuje się tylko kwestią języka. Bardzo lubię takie pomysły. Problem w tym, że Rakesfall ma ich prawdopodobnie kilkanaście razy więcej, niż rzeczywiście potrzebuje.
Każdy kolejny rozdział potrafi otworzyć następne drzwi. Za nimi jest nowa koncepcja czasu, inna przyszłość, kolejna forma świadomości, nowe społeczeństwo albo następne przeobrażenie starego konfliktu. Ledwo zaczynam rozumieć jeden świat, a książka już przestała być nim zainteresowana. Zamiast rozwijać pojedynczy pomysł przez kilkadziesiąt stron, Chandrasekera wrzuca następny i zakłada, że czytelnik jakoś zachowa poprzedni w pamięci. Momentami jest to fantastyczne. Innym razem zwyczajnie wyczerpujące.
Najbardziej uderzyło mnie, że przy stosunkowo niewielkiej objętości książkę czytałam zaskakująco długo. Nie dlatego, że nic się nie dzieje. Dzieje się wręcz za dużo. Każdy fragment wymaga ponownego ustawienia sobie świata w głowie, a kiedy uda się to zrobić, następuje kolejna zmiana. Nie da się rozpędzić. Nie ma tego przyjemnego momentu, kiedy znam już bohaterów, rozumiem konflikt i mogę po prostu pozwolić historii się prowadzić. Rakesfall regularnie odbiera taki komfort. Przy kilku lekturach z rzędu zauważyłam nawet, że zamiast ciekawości następnego rozdziału pojawia się u mnie lekkie zmęczenie na myśl o tym, że ponownie będę musiała ustalać podstawowe zasady rzeczywistości.
To najważniejszy powód, dla którego nie potrafię zachwycić się tą książką tak mocno, jak niewątpliwie chciałaby tego część jej pomysłów. Jednocześnie trudno nie podziwiać skali wyobraźni Chandrasekery. Z wojny domowej na Sri Lance potrafi przejść do światów postludzkich, cyfrowych świadomości, cywilizacji powstających i znikających oraz rzeczywistości istniejących tak daleko w przyszłości, że sama ludzkość staje się pojęciem wymagającym objaśnienia. A mimo całego tego rozmachu pewne mechanizmy wcale się nie zmieniają.
Ktoś nadal chce podporządkować sobie kogoś innego. Ktoś nadal zapisuje historię tak, żeby własna przemoc wyglądała na konieczność. Ktoś nadal próbuje usunąć z pamięci ludzi, którzy przeszkadzają w wygodnej wersji przeszłości. Właśnie dlatego początek na Sri Lance jest tak istotny. To nie prolog, który później zostaje porzucony na rzecz bardziej spektakularnego science fiction. Wszystko, co pojawia się później, jest w pewnym sensie kolejnym wariantem tego samego pytania: czy można naprawdę skończyć konflikt, jeśli jego skutki pozostają w pamięci ludzi, rodzin i całych kultur? Rakesfall odpowiada konsekwentnie: nie bardzo.
Historia oficjalna może powiedzieć, że coś się skończyło. Wojna może mieć datę zakończenia. Państwo może zmienić granice, społeczeństwo może przejść do następnego etapu, a zwycięzcy mogą spisać własną wersję wydarzeń. Tyle że to, co zostało wyparte, zaczyna nawiedzać teraźniejszość. I nawiedzenie jest tutaj jednym z najlepszych pomysłów. Duch nie musi być zmarłym chodzącym po korytarzu. Może być pamięcią o przemocy, której nikt nie chce nazwać. Może być konsekwencją decyzji podjętej przez ludzi nieżyjących od setek lat. Może być sposobem, w jaki przeszłość zaburza wygodną opowieść współczesności. Wreszcie może istnieć dosłownie, bo Chandrasekera nie widzi powodu, żeby metaforę i materialność od siebie oddzielać.
W takim świecie Annelida i Lepus również nie mogą po prostu umrzeć i zniknąć. Ich relacja ciągnie się przez kolejne wersje rzeczywistości, ale trudno nazwać Rakesfall romansem. Miłość nie polega tutaj na oczekiwaniu, że po iluś wcieleniach dwie dusze wreszcie się odnajdą i otrzymają nagrodę za wytrwałość. Ich więź jest czymś bardziej niepokojącym. Pozostają częścią siebie nawzajem bez względu na to, jak bardzo zmieniają się formy, w których istnieją.
Czasami odbierałam to jako miłość, czasami jak nawiedzenie. W kilku miejscach niemal jak niemożność uwolnienia się od drugiego człowieka. To znacznie ciekawsze niż zwykła opowieść o przeznaczeniu. Kiedy ktoś odciska się na naszym życiu wystarczająco mocno, naprawdę nie znika wraz z fizyczną nieobecnością. Zostają zachowania, wspomnienia, język, lęki i sposoby patrzenia na świat. Chandrasekera rozszerza tę prostą obserwację na absurdalnie wielką skalę, aż relacja dwojga ludzi zaczyna przetrwać całe epoki i kolejne wersje człowieczeństwa.
Tylko że ponownie pojawia się ten sam problem: rozumiem tę relację znacznie mocniej, niż ją czuję. Powieść zbyt często zmienia bohaterów, miejsca i formy istnienia, żebym zdążyła mocno przywiązać się do konkretnej wersji Annelidy albo Lepusa. Gdy pojawia się emocjonalny punkt zaczepienia, po chwili zostaje przekształcony w następny wariant. Wiedziałam, że ta więź jest ważna, ale rzadko przeżywałam ją razem z postaciami.
To bardzo intelektualna miłość. Podobnie działa większość Rakesfall. Autor potrafi mówić o ogromnych rzeczach, ale nieraz robi to kosztem bezpośredniego doświadczenia. Zamiast jednego pytania dostaję dziesięć. Zamiast jednego świata, który mogłabym poznać od środka, dostaję serię świetnych wizji. Zamiast konkretnego bohatera mam tożsamość przechodzącą przez kolejne formy. Czasami miałam wrażenie spacerowania po wystawie genialnych prac, przy których kustosz nie pozwala zatrzymać się dłużej niż minutę.
To szczególnie szkoda przy przyszłych światach. Chandrasekera ma niesamowite pomysły na to, co może nastąpić po naszej wersji człowieczeństwa. Sztuczna inteligencja, cyfrowe świadomości i całkowite przekształcenie relacji z ciałem nie funkcjonują tutaj jak osobne wynalazki science fiction. Są kolejnymi etapami tego samego rozważania o tym, czym właściwie jest osoba. Jeżeli świadomość można zapisać, skopiować albo przenieść, gdzie przebiega granica jednostki? Jeżeli wspomnienia należą równocześnie do kilku istnień, czy nadal można mówić o jednej osobie? Jeżeli ciało zmienia się, znika albo przestaje być konieczne, co właściwie pozostaje?Rakesfall nie próbuje dawać odpowiedzi. Jeszcze bardziej nie chce dawać jednej odpowiedzi.
W tym miejscu widać też kulturowy fundament powieści. Reinkarnacja, niedualność, przekonanie o pozorności granic między bytami czy zapis akaszy nie są dla Chandrasekery egzotycznymi ozdobnikami dodanymi do science fiction. Stanowią podstawę sposobu myślenia o świecie. To ważne, bo powieść nie tłumaczy wszystkiego czytelnikowi wychowanemu poza tym kontekstem. Zdarzały się fragmenty, przy których wiedziałam, że brakuje mi kulturowego zaplecza i zapewne gubię część znaczeń. Autor nie zatrzymuje się jednak, żeby przygotować podręcznik. Mam do tego podejścia sporo szacunku.
Książka nie musi zakładać, że zachodni sposób odbioru jest domyślny i wszystko pozostałe należy cierpliwie wyjaśnić. Jeżeli czegoś nie rozumiem, czasami po prostu muszę zaakceptować, że jestem czytelniczką spoza danego kontekstu albo sprawdzić to samodzielnie. Gorzej, kiedy kulturowa niewiedza nakłada się na narracyjny chaos. Wtedy trudno ustalić, czy czegoś nie rozumiem dlatego, że brakuje mi kontekstu, czy dlatego, że autor właśnie celowo rozmontował kolejną warstwę opowieści. Po jakimś czasie przestałam próbować łapać wszystko.
To chyba najlepszy sposób na czytanie Rakesfall, choć zarazem trochę sprzeczny z moimi przyzwyczajeniami. Jeżeli jakiś fragment pozostał niejasny, pozwalałam mu takim zostać. Jeżeli relacja między dwiema postaciami wydawała się niepewna, nie wracałam zawsze kilkadziesiąt stron, by ją potwierdzić. Zaczęłam traktować książkę bardziej jak serię nakładających się obrazów. Wtedy było znacznie lepiej. Pojedyncze sceny potrafią być niesamowite. Niektóre wizje przyszłości są piękne i niepokojące jednocześnie. Są też fragmenty, które mogłyby właściwie funkcjonować jako osobne opowiadania, co zresztą pasuje do tego, jak część materiału powstawała. Każdy z nich niesie kawałek większej koncepcji, choć niekoniecznie daje satysfakcję klasycznego zamknięcia.
Język dodatkowo wzmacnia poczucie, że czyta się coś znajdującego się na granicy powieści i bardzo długiego snu. Chandrasekera potrafi pisać poetycko bez całkowitego porzucania ironii. W jednym momencie tworzy niemal mistyczny obraz, chwilę później wrzuca żart albo absurdalny szczegół, który rozładowuje całą powagę. Bardzo to lubię, bo bez humoru Rakesfall łatwo mogłoby zacząć traktować samo siebie jak święty tekst. Na szczęście autor wie, że jego wielkie metafizyczne pytania nadal dotyczą istot zdolnych do zachowań małych, śmiesznych i absurdalnych. Pozwala więc książce od czasu do czasu mrugnąć do czytelnika, choć chwilę później znowu rzuca go w kolejną epokę.
Styl bywa jednak równie wymagający jak konstrukcja. Gęste zdania, gry językowe, zmienne rytmy i celowa niejasność czasami robią ogromne wrażenie, a czasami dokładają kolejną warstwę do już wystarczająco trudnego tekstu. Nie każda metafora potrzebuje sąsiadować z kolejną metaforą, zwłaszcza kiedy jeszcze próbuję ustalić, kto właściwie obecnie istnieje. Właśnie dlatego moja relacja z tą książką przez całą lekturę była tak chwiejna. Jednego dnia zaznaczałam sobie fragmenty i myślałam, że dawno nie spotkałam tak nieprzewidywalnej science fiction. Następnego otwierałam książkę i po dziesięciu stronach miałam ochotę ją odłożyć, bo kolejne przeskoki zaczynały przypominać intelektualny tor przeszkód.
Nie mogę zarzucić Chandrasekerze braku kontroli. To chyba najważniejsza rzecz. Chaos Rakesfall nie wydaje się przypadkiem. Autor najwyraźniej dokładnie wie, jak bardzo chce czytelnika zdezorientować i jak długo zamierza odmawiać mu stabilności. Tyle że intencjonalne zmęczenie nadal pozostaje zmęczeniem. Nie chcę więc pisać, że książka jest świetna, tylko trzeba ją zrozumieć. Takie stawianie sprawy byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe wobec czytelnika. Można doskonale rozumieć, dlaczego autor dokonał konkretnych wyborów, i nadal uznać, że nie daje to przyjemności z lektury.
W moim przypadku dokładnie tak było. Najmocniej trzymał mnie temat historii jako czegoś, co nigdy naprawdę się nie kończy. To właśnie on scalał dla mnie całość znacznie skuteczniej niż kolejne wcielenia bohaterów. Ludzie próbują zamknąć przeszłość w podręcznikach, mitach i oficjalnych narracjach, ale nie da się zarządzać pamięcią tak łatwo. Zawsze zostanie ktoś, kto pamięta inaczej. A jeśli już nikogo takiego nie ma, pozostają skutki. Ta myśl ładnie łączy wojenną Sri Lankę z odległymi przyszłościami. Cywilizacje mogą zapomnieć nazwę pierwotnego konfliktu, ale nadal odtwarzać jego strukturę. Mogą uważać się za całkowicie nowe, choć używają starych mechanizmów dominacji. Historia zmienia kostium szybciej niż naturę.
W tym sensie ogromny rozmach książki rzeczywiście ma znaczenie. Gdyby wszystko zatrzymało się na kilku pokoleniach, łatwiej byłoby uznać pewne powtórzenia za zwyczajny skutek rodzinnej traumy. Chandrasekera idzie znacznie dalej i pokazuje, że to samo może dziać się na poziomie całych cywilizacji. Nie jestem jednak pewna, czy potrzebowałam aż tylu światów, żeby to zrozumieć. To chyba sedno mojego problemu z Rakesfall. Autor ma coś ciekawego do powiedzenia, ale otacza to tyloma kolejnymi konceptami, formami i eksperymentami, że czasem sama myśl ginie pod ciężarem sposobu jej przekazania.
Zdarzały się momenty, kiedy byłam zachwycona. Zdarzały się też takie, kiedy miałam wrażenie, że Chandrasekera napisał pięć różnych bardzo interesujących książek, rozciął je na części, wymieszał i uznał, że właśnie w tym wymieszaniu znajduje się szósta. Być może rzeczywiście się znajduje. Tylko że nie jestem pewna, czy chcę ją jeszcze raz składać.
Rakesfall pozostaje przez to książką, o której dużo ciekawiej mi się myśli, niż ją czyta. Po zakończeniu wracają pytania, obrazy i pomysły. W trakcie lektury znacznie częściej wracało pytanie, czy naprawdę muszę przechodzić przez jeszcze jedną zmianę rzeczywistości, żeby do nich dotrzeć. Nie nazwę jej nieudaną. Byłoby to zbyt proste wobec powieści, która robi tak wiele świadomie i tak odważnie lekceważy większość bezpiecznych reguł narracji. Nie nazwę jej jednak również lekturą, która mnie zachwyciła. Podziw i przyjemność nie są tym samym. Chandrasekera zdobył u mnie przede wszystkim ten pierwszy.
Jeśli ktoś chce historii z wyraźnie rozpisanymi bohaterami, napięciem rozwijanym od początku do finału i światem, który po kilkudziesięciu stronach zaczyna być znajomy, powinien ominąć Rakesfall szerokim łukiem. Ta książka będzie się przed takim sposobem czytania aktywnie bronić. Jeżeli natomiast ktoś lubi rozmontowywanie narracji, metafikcję, religię przenikającą się z technologią, science fiction bez zachodniego punktu ciężkości i książki, które nie mają problemu z pozostawieniem czytelnika w niepewności, tutaj może znaleźć coś naprawdę wyjątkowego.
Ja znalazłam kilka rzeczy wyjątkowych. Znalazłam też sporo frustracji. I może właśnie tak powinno być przy powieści, która przez kilkaset stron przekonuje, że nasze przywiązanie do porządku, zakończeń i wyraźnych granic jest tylko jednym ze sposobów opowiadania świata. Rakesfall zdołało mnie do tej myśli przekonać. Nie zdołało natomiast przekonać mnie, że chcę spędzić z nią aż tyle czasu.

