Książki

RECENZJA: Demon Copperhead | Rudy chłopiec i kraj, który go nie chciał

Ta powieść zaczyna się jak uderzenie w przeponę. Nie metaforycznie. Dosłownie czujesz, że ktoś wziął cię za kark i wprowadził do przyczepy u podnóża Appalachów, gdzie rodzi się dzieciak z rudymi włosami, ostrym językiem i tą szczególną cechą, której nie wpisuje się w metrykę, bo brzmi jak przekleństwo: talentem do przetrwania.

Demon Copperhead Barbary Kingsolver jest książką o chłopcu, który w teorii powinien przegrać już na starcie. System go nie widzi, szkoła go nie ogarnia, dorośli wokół niego są zajęci własnym upadkiem, a miłość bywa tu luksusem, na który trzeba trafić jak na wygraną w zdrapce. I to nie jest opowieść o cudownym wybawieniu. To opowieść o tym, że człowiek czasem żyje dalej nie dlatego, że ma plan, tylko dlatego, że nie ma dokąd się położyć i przestać.

Kingsolver bierze Davida Copperfielda i przenosi go do współczesnej Ameryki, ale robi to bez literackiego mrugania okiem w stylu: zobaczcie, jakie to sprytne. Tu nie chodzi o zabawę w intertekstualne łamigłówki. Tu chodzi o to, żeby pokazać, że Dickensowski świat biedy, przemocy i społecznej ślepoty nie umarł. On po prostu zmienił dekoracje. Zamiast wiktoriańskiej mgły mamy Appalachy, zamiast fabryk mamy rozpadające się miasteczka, a zamiast “nędzy” w eleganckim literackim opakowaniu dostajemy kryzys opioidowy, opiekę zastępczą i całe pokolenia dzieci, które uczą się jednego: nie licz na nikogo.

Największa siła tej książki tkwi w głosie narratora. Demon ma “gadane” i to nie jest gadane pod publikę. To jest język chłopaka, który widzi wszystko i przez to musi sobie z tym jakoś radzić. Jego dowcip jest zjadliwy, czasem brudny, czasem czarny, ale działa jak mechanizm obronny. Bo w świecie, gdzie człowiek jest traktowany jak tani zasób, żart bywa ostatnią formą godności.

A potem wchodzi drugi poziom, ten, na którym ta książka robi się naprawdę niewygodna. Kingsolver nie opisuje “patologii” jako egzotyki dla czytelnika z bezpiecznego fotela. Ona pokazuje, jak łatwo człowieka zmielić, kiedy nie ma ochronnych siatek. Jak dzieci w rodzinach zastępczych mogą stać się walutą. Jak bieda nie jest romantyczna, tylko logistyczna, codzienna i wstydliwa. Jak w takim miejscu “zła decyzja” często wcale nie wygląda jak decyzja, tylko jak jedyna dostępna opcja.

I wreszcie ten temat, który jest tu jak duch unoszący się nad całym tekstem: leki, które miały pomagać, i system, który udawał, że nie widzi, co się dzieje. Opioidy w tej powieści nie są sensacją. Są tłem życia. Są powietrzem, które wdychają bohaterowie, zanim jeszcze zrozumieją, że to powietrze jest trujące.

Czy to jest książka piękna. Tak, ale w ten sposób, w jaki piękny bywa krajobraz po pożarze. Są momenty czułości, są ludzie, którzy próbują być dobrzy, są krótkie błyski stabilności, które smakują jak coś nierealnego. I właśnie to boli najbardziej, bo Demon nie jest “złym chłopcem”. On jest chłopcem, którego życie uczyło, że ufanie kosztuje.

Ktoś może powiedzieć, że Demon Copperhead jest długi. Jest. Czasem celowo rozwleczony, czasem jakby Kingsolver nie chciała odpuścić żadnego etapu tej drogi, bo każdy ma znaczenie. Ale ja mam wrażenie, że ta “cegła” działa jak zamysł moralny: nie da się szybko przebiec przez cudzą krzywdę i wyjść czystym. Trzeba z nią trochę posiedzieć.

To nie jest książka, która ma cię rozczulić. Ona ma cię wkurzyć. Zmęczyć. Zatrzymać. A potem, kiedy już będziesz miał dość, przypomnieć, że Demon w tym wszystkim wstaje kolejny raz. Nie dlatego, że jest bohaterem. Tylko dlatego, że jest człowiekiem.

Demon Copperhead łamie serce nie jednym zwrotem akcji, tylko konsekwencją. I zostawia z tą myślą, której nie da się łatwo odłożyć na półkę: że są miejsca piękne i przeklęte jednocześnie, a najgorsze jest to, jak łatwo reszta świata potrafi o nich zapomnieć.

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!