Seria Donżon od początku była czymś więcej niż tylko żartem z heroic fantasy. Joann Sfar i Lewis Trondheim zaczynali od parodii, od przewrotnego spojrzenia na konwencję pełną smoków, bohaterów i magicznych artefaktów. Z czasem jednak ich projekt rozrósł się do rozmiarów prawdziwej sagi. Takiej, która potrafi być jednocześnie komiczna, brutalna, melancholijna i zadziwiająco refleksyjna. Ósmy tom wydania zbiorczego tylko to potwierdza. Donżon nie jest już tylko grą z gatunkiem. Stał się jego własną, rozbudowaną mitologią.
Ten tom łączy pięć albumów należących do dwóch cykli. Z jednej strony mamy opowieści z serii Monstra, z drugiej kolejne rozdziały epoki Zmierzchu. Takie zestawienie nie jest przypadkowe. Historie z Monstrów rozszerzają świat Donżonu na boki, pozwalając spojrzeć na wydarzenia z punktu widzenia bohaterów stojących nieco poza główną osią konfliktu. Często są to opowieści bardziej ironiczne, czasem bardziej mroczne, a ich ton potrafi zaskoczyć nagłym skrętem w stronę groteski albo czarnego humoru.
Z kolei Zmierzch rozwija główną linię fabularną i przypomina, że Donżon to także saga o przemijaniu. Bohaterowie, którzy kiedyś byli impulsywnymi awanturnikami, zaczynają odczuwać ciężar czasu. Zmęczenie, odpowiedzialność i świadomość nadchodzących zmian stają się w tym tomie równie ważne jak walka z kolejnymi przeciwnikami. Seria pokazuje, że nawet w świecie pełnym demonów, magii i absurdalnych stworzeń nadejdzie moment, w którym trzeba pomyśleć o tym, kto przejmie pałeczkę.
Jedną z ciekawszych nowych postaci jest Andrea, bohaterka wprowadzona w jednej z historii z cyklu Monstra. Nie jest typową bohaterką fantasy. Nie imponuje siłą ani spektakularnymi zdolnościami. Zamiast tego przyciąga uwagę swoją osobowością i dość nietypową obsesją. Fascynuje ją prawo, a wizja pracy z dokumentami potrafi być dla niej równie kusząca jak przygoda dla innych bohaterów tej serii. To właśnie takie postacie najlepiej pokazują charakter Donżonu. W świecie pełnym potworów najciekawsi bywają ludzie pozornie najmniej heroiczni.
Największą zaletą serii pozostaje sposób prowadzenia dialogów. Sfar i Trondheim od lat udowadniają, że można łączyć absurdalny humor z filozoficzną nutą. Rozmowy bohaterów potrafią być jednocześnie groteskowe i przenikliwe. W jednej scenie pojawia się żart, w następnej refleksja nad władzą, odpowiedzialnością czy moralnością. Ten kontrast między lekkością a powagą jest jednym z fundamentów Donżonu i sprawia, że seria wciąż pozostaje świeża.
Warstwa graficzna, jak to w przypadku Donżonu bywa, jest różnorodna. Przy tomie pracuje kilku artystów, wśród nich Guy Delisle, Aude Picault czy Bertrand Gatignol. Każdy z nich wnosi do świata Terra Amata własną estetykę. Czasem oznacza to drobne zmiany stylu między historiami, ale jednocześnie pozwala spojrzeć na ten świat z różnych wizualnych perspektyw. Ta różnorodność pasuje do charakteru serii, która od zawsze była projektem otwartym na eksperyment i współpracę.
Warto też wspomnieć o samym wydaniu. Kolekcjonerski charakter tej serii jest widoczny od pierwszego spojrzenia. Duży format, elegancka oprawa i dbałość o detale sprawiają, że tom dobrze prezentuje się na półce. W przypadku tak rozbudowanego projektu ma to znaczenie, bo Donżon to seria, którą wielu czytelników traktuje jak długoterminową podróż.
Ósmy tom nie daje ostatecznych odpowiedzi i nawet nie próbuje udawać, że zmierza ku jednoznacznemu finałowi. Donżon działa inaczej. Każda kolejna część jest raczej nowym fragmentem układanki niż zakończeniem historii. Jedne wątki się zamykają, inne dopiero zaczynają nabierać znaczenia.
Dla czytelników, którzy od lat śledzą tę serię, to kolejna porcja świata, który wciąż potrafi zaskoczyć. Dla nowych odbiorców może być to doświadczenie nieco dezorientujące, bo Donżon rzadko prowadzi za rękę. Ale właśnie w tej nieprzewidywalności tkwi jego największa siła. To saga, która nieustannie się zmienia, a mimo to pozostaje rozpoznawalna od pierwszej strony.


