Julian Hirtmann ucieka z więzienia i właściwie w tej samej chwili przestaje być wyłącznie problemem policji. Ruszają za nim internetowi detektywi, specjaliści od nierozwiązanych spraw, pisarz-celebryta, telewizja i ludzie, dla których seryjny morderca jest jednocześnie potworem, zagadką, marką oraz gwarancją dobrych zasięgów. Martin Servaz również zaczyna polowanie, tyle że po dziewięciu tomach znajomości z Hirtmannem trudno mówić tutaj o zwyczajnym śledztwie. Bernard Minier robi więc coś przewrotnego: wypuszcza swojego najsłynniejszego zabójcę na wolność, a potem każe obserwować nie tylko jego, lecz przede wszystkim tłum biegnący za nim z telefonami wyciągniętymi przed siebie. W H pytanie „gdzie jest morderca?” szybko zaczyna przegrywać z innym. Co właściwie dzieje się z nami, kiedy cudza zbrodnia staje się rozrywką?
To dziewiąte spotkanie z Martinem Servazem i zdecydowanie nie polecałabym rozpoczynania znajomości z serią właśnie tutaj. Samą intrygę można zrozumieć, Minier nie zostawia czytelniczki całkowicie bez pomocy, ale H wyrasta z relacji i obsesji rozwijanych przez poprzednie tomy. Szczególnie istotne są wydarzenia bezpośrednio poprzedzające tę część. Servaz pozostaje pod ochroną i na przymusowym urlopie, a cień Hirtmanna nigdy naprawdę nie zniknął z jego życia. Kiedy pojawia się możliwość, że zbieg ponownie działa, policjant nie tyle wraca do pracy, ile do czegoś, czego od dawna nie potrafi zostawić za sobą.
Hirtmann jest zresztą dla tego cyklu kimś więcej niż antagonistą. Były prokurator i seryjny zabójca stał się osobistym demonem Servaza, ale również postacią, którą przez lata obrósł cały mit. Minier świetnie wykorzystuje fakt, że po tylu książkach podobna mitologizacja zachodzi także poza światem powieści. Czytelnicy znają Hirtmanna, czekają na niego, spodziewają się kolejnej konfrontacji. Autor może więc zrobić z nami dokładnie to samo, co robi z bohaterami H: sprawić, żebyśmy wszędzie szukali jego śladów. Sama możliwość obecności mordercy wystarcza, żeby podporządkować mu sposób interpretowania kolejnych wydarzeń.
I właśnie dlatego podoba mi się, że przez sporą część książki Hirtmann funkcjonuje bardziej jak widmo niż klasyczny czarny charakter. Wszyscy o nim mówią, wszyscy próbują go znaleźć, kolejne zdarzenia zostają z nim łączone, a jego nazwisko natychmiast nadaje sprawie odpowiednią temperaturę. Człowiek zaczyna zamieniać się w figurę niemal mitologiczną. Im mniej pewności co do jego rzeczywistej obecności, tym więcej miejsca zajmuje w wyobraźni pozostałych. Minier dobrze rozumie mechanizm, który sam przez lata współtworzył: seryjny morderca przestaje być człowiekiem i staje się opowieścią.
Do tej układanki wchodzi Emmanuel Sachs, pisarz-celebryta zainteresowany true crime i jeden z ciekawszych elementów tej części. Sachs stoi właściwie po przeciwnej stronie niż Servaz, nawet jeśli obaj deklarują zainteresowanie prawdą. Policjant jest przedstawicielem starej szkoły. Wierzy w procedury, doświadczenie, odpowiedzialność i istnienie granic, których nie powinno się przekraczać tylko dlatego, że można. Sachs rozumie natomiast, że we współczesnym świecie prawda nie wystarczy. Trzeba jeszcze odpowiednio ją sprzedać, nadać jej dramaturgię, znaleźć twarz, przeciwnika i historię, którą odbiorca będzie chciał śledzić.
Minier momentami karykaturuje tę postać dość grubą kreską, ale trudno nie dostrzec, w co celuje. Sachs buduje pozycję na najbardziej medialnych sprawach, potrafi wykorzystywać cudze cierpienie, świetnie przemawia i jeszcze lepiej rozumie reguły spektaklu. Prawda jest dla niego tworzywem. Można ją przyciąć, ustawić pod odpowiednim kątem i wypuścić w świat w takiej formie, żeby przyniosła zainteresowanie. Servaz patrzy na ten sposób działania z mieszaniną niechęci i niedowierzania, przez co ich spotkanie staje się również zderzeniem dwóch epok. Jedna próbuje ustalić, co się wydarzyło. Druga zastanawia się, jaka wersja wydarzeń najlepiej się sprzeda.
Wokół Sachsa zbiera się również środowisko internetowych śledczych. Web sleuths przeczesują sieć, analizują nierozwiązane sprawy, wymieniają informacje i próbują dokonać tego, czego nie udało się policji. Minier nie sprowadza ich po prostu do grupy idiotów bawiących się w detektywów. Internet rzeczywiście zmienił możliwości prowadzenia podobnych poszukiwań. Dostęp do materiałów, możliwość łączenia informacji i zbiorowa analiza potrafią przynosić efekty. Problem pojawia się wtedy, kiedy po drugiej stronie ekranu przestaje się widzieć ludzi.
I tutaj H jest znacznie ciekawsze jako powieść o true crime niż jako kolejny pościg za genialnym seryjnym mordercą. Minier pyta o moment, w którym zainteresowanie sprawą kryminalną zmienia się w konsumpcję. Podcast, dokument, transmisja, forum, kanał na YouTubie, książka, program telewizyjny. Jedna tragedia potrafi utrzymać cały ekosystem treści. Ofiara staje się bohaterką odcinka, podejrzany materiałem na miniaturkę, a nierozwiązana zagadka obietnicą kolejnego sezonu. Możemy tłumaczyć sobie, że chodzi o poszukiwanie prawdy, ale H nie pozwala zapomnieć o pieniądzach, popularności i zwyczajnej ludzkiej fascynacji cudzym nieszczęściem.
Co istotne, Minier nie ustawia czytelnika wygodnie poza tym zjawiskiem. W końcu sama czytam dziewiątą powieść o seryjnym zabójcy, czekając, aż ten ponownie pojawi się na scenie. Trudno więc z pełnym przekonaniem oburzać się na bohaterów konsumujących zbrodnię jako widowisko, kiedy właśnie robię coś przynajmniej częściowo podobnego. Autor wykorzystuje konwencję thrillera do krytykowania mechanizmów, na których thriller sam zarabia. Jest w tym pewna hipokryzja, ale interesująca i chyba świadoma. H nie udaje przecież reportażu o odpowiedzialnej kulturze medialnej. Ma nas wciągać dokładnie tym, co jednocześnie poddaje krytyce.
Wątek mediów idzie jeszcze dalej. Powieść zestawia klasyczne dziennikarstwo, telewizję, internetowe śledztwa, docufiction oraz coraz bardziej rozmytą granicę pomiędzy informowaniem a produkowaniem narracji. Pytanie nie brzmi już wyłącznie „czy to prawda?”, ale „czy potrafimy jeszcze odróżnić prawdę od dobrze opowiedzianej wersji?”. Minier lubi takie tematy społeczne. W poprzednich częściach serii przyglądał się między innymi przemocy wobec kobiet czy cyfrowej inwigilacji, tutaj bierze na warsztat przemysł zainteresowania zbrodnią. Nie robi tego subtelnie, lecz thriller rzadko potrzebuje subtelności eseju filozoficznego, żeby trafić w czułe miejsce.
Bardzo dobrze współgra z tym motyw pisania. Sachs jest autorem, pojawiają się zapiski dziennikarskie, Servaz sam myśli o powrocie do pióra, a tytuły rozdziałów odsyłają do kolejnych utworów literackich. Pisanie nie jest tutaj niewinnym zapisywaniem rzeczywistości. Każdy, kto opisuje wydarzenie, dokonuje wyboru: decyduje, od czego zacząć, komu oddać głos, co przemilczeć i gdzie postawić kropkę. To prowadzi prosto do jednego z ważniejszych mechanizmów całej powieści. Minier każe uważać nie tylko na ludzi opowiadających o zbrodni wewnątrz historii, ale również na samą historię, którą właśnie czytamy.
Fabuła korzysta z tego bardzo sprawnie. Punkty widzenia się zmieniają, kolejne informacje komplikują wcześniejsze założenia, a prawda nie tyle zostaje odkryta, ile stopniowo wyłania się spod kolejnych wersji wydarzeń. Autor dobrze radzi sobie z fałszywymi tropami i świadomością oczekiwań wieloletnich czytelników. Wiemy, że Hirtmann jest zdolny właściwie do wszystkiego, więc niemal automatycznie przypisujemy mu kolejne potworności. Minier może to wykorzystywać bez konieczności szczególnie nachalnego manipulowania odbiorcą.
Tempo również należy do mocniejszych stron H. Pomimo sporej liczby bohaterów, tematów i dodatkowych spraw kryminalnych książka nie zamienia się w wykład o mediach przerywany okazjonalnym morderstwem. Kolejne tropy pojawiają się szybko, perspektywy zmieniają się wystarczająco często, żeby utrzymać niepewność, a poszukiwanie Hirtmanna tworzy nad wszystkim naturalne napięcie. Szczególnie dobrze działa konstrukcja przypominająca spiralę. Im bliżej rozwiązania, tym więcej okazuje się warstw, które trzeba jeszcze zdjąć, a odpowiedź na jedno pytanie potrafi natychmiast wyprodukować następne.
Mam natomiast większy problem z proporcjami. H zapowiada się jako wielki powrót do konfliktu Servaz kontra Hirtmann i przez sam tytuł jeszcze mocniej podkręca takie oczekiwanie. Tymczasem część pobocznych elementów dostaje za mało miejsca, podczas gdy finałowa rozgrywka niekoniecznie osiąga skalę, na jaką przez tyle tomów pracowała ta relacja. Jeden z interesujących wątków dotyczących grupy uwikłanej w większy skandal zostaje raczej zarysowany niż naprawdę rozwinięty. Przy książce tak zainteresowanej mechanizmem tworzenia medialnych potworów chciałabym, żeby Minier pozwolił temu fragmentowi wybrzmieć mocniej.
Jeszcze większe ryzyko wiąże się z samym Hirtmannem. Po dziewięciu tomach autor stoi przed problemem, którego właściwie nie da się elegancko rozwiązać. Im dłużej buduje się antagonistę jako osobistego arcywroga bohatera, tym bardziej monumentalnej konfrontacji zaczyna oczekiwać odbiorca. Tyle że spektakularny pojedynek łatwo zmieniłby tę serię w coś, czym nigdy do końca nie była. Minier wybiera rozwiązanie bardziej przewrotne i zdecydowanie mniej oczywiste. Doceniam pomysł, bo potrafi zaskoczyć, ale rozumiem również poczucie, że wieloletnia relacja Servaza z Hirtmannem zasługiwała na więcej miejsca i mocniejszy emocjonalny ciężar.
Nie pomaga też fakt, że Servaz momentami znajduje się jakby pół kroku dalej od czytelniczki niż wcześniej. Mniej czasu spędzamy bezpośrednio w jego emocjach i obsesjach, choć paradoksalnie właśnie ta część powinna być dla niego jedną z najbardziej osobistych. Z czasem staje się jasne, że konstrukcja ma ku temu powody, ale podczas lektury brakowało mi chwilami tego starego, zmęczonego, neurotycznego Servaza, którego myśli potrafiły być równie niepokojące jak prowadzone przez niego śledztwa. Dziewiąty tom świadomie coś przed nami ukrywa i robi to skutecznie, lecz płaci za tę skuteczność odrobiną bliskości z głównym bohaterem.
Nie zdradzę oczywiście, gdzie Minier ostatecznie prowadzi całą rozgrywkę. W tym przypadku spoiler odebrałby książce zdecydowanie za dużo. Mogę jedynie powiedzieć, że autor bardzo świadomie wykorzystuje nasze przyzwyczajenie do Hirtmanna, a późniejsze odkrycia każą spojrzeć inaczej na część wcześniejszych scen. Jest w tym rozwiązaniu coś ryzykownego. Jednych zachwyci przewrotność, inni mogą poczuć, że oczekiwali po tak długo rozwijanym konflikcie czegoś bardziej bezpośredniego. Sama znalazłam się gdzieś pomiędzy: dałam się nabrać i sprawiło mi to satysfakcję, ale emocjonalnie chciałam od finału trochę więcej.
Nie jestem również pewna, czy chciałabym, żeby cykl ciągnął się bez końca. H ma w sobie energię książki stojącej bardzo blisko domknięcia pewnego etapu. Minier pozostawia sobie furtkę, ale jednocześnie doprowadza wieloletnie obsesje Servaza do miejsca, po którym trudno po prostu wrócić do kolejnego makabrycznego śledztwa i zachowywać się, jakby nic się nie wydarzyło. Dziewięć tomów to kawał życia zarówno dla bohatera, jak i czytelników. Czasem najlepszym prezentem dla zmęczonego policjanta byłoby pozwolić mu wreszcie nie znaleźć kolejnych zwłok.
Najbardziej przewrotne pozostaje jednak to, co Minier robi z samą literą H. Najbardziej oczywiste rozwinięcie to oczywiście Hirtmann, ale powieść konsekwentnie podsuwa kolejne możliwości: honor, hipokryzję, człowieczeństwo. Każda pasuje do innej warstwy historii, a żadna nie wyjaśnia jej całkowicie. Ostatecznie tytuł działa trochę jak internetowe śledztwo, w którym każdy znajduje znaczenie potwierdzające własną teorię.
I chyba właśnie dlatego po H najmocniej została mi nie sama zagadka Hirtmanna, lecz tłum zgromadzony wokół niej. Ludzie patrzący, komentujący, nagrywający, rekonstruujący i sprzedający kolejne wersje prawdy. Seryjni mordercy istnieli na długo przed podcastami i mediami społecznościowymi. Nigdy wcześniej nie mieli jednak publiczności zdolnej śledzić każdy szczegół ich historii niemal w czasie rzeczywistym, produkować własne śledztwa i zamieniać cudzą tragedię w wielogodzinną rozrywkę. Minier pokazuje potwora, ale jeszcze chętniej obraca lustro w stronę widowni. Trochę niewygodnie odkryć wtedy, że siedzimy w pierwszym rzędzie.

