Grace mówi Karenzie właściwie jedno zdanie, a ono wystarcza, żeby cała sprawa przestała wyglądać jak terapia dzieci po stracie matki: „Nie wierz mojemu ojcu. On kłamie”. Problem w tym, że dziewczynka sama widuje rzeczy, których według zdrowego rozsądku widzieć nie powinna. Jej brat również zachowuje się niepokojąco, ich matka nie żyje, rodzinny dom ma za sobą historię wystarczającą na kilka miejscowych legend, a za oknami szaleje Kornwalia w swoim najmniej pocztówkowym wydaniu. S.K. Tremayne ustawia więc Karenzę Bray w paskudnym położeniu. Psycholożka ma ustalić, co dzieje się z dziećmi, ale najpierw musi odpowiedzieć sobie na znacznie bardziej podstawowe pytanie: czy w tym domu większym problemem są urojenia, duchy czy żywi ludzie?
Rok wcześniej u stóp wodospadu znaleziono ciało Natalie Tyack. Jej śmierć zostawiła rodzinę w rozsypce, ale Tremayne szybko daje do zrozumienia, że żałoba jest tylko najbardziej widoczną warstwą problemu. Solomon i Grace zaczynają doświadczać niepokojących wizji, a do pomocy zostaje sprowadzona Karenza. Sama nie znajduje się zresztą w najlepszym momencie życia. Nosi własną traumę i bolesną stratę, przez co kontakt z osieroconym rodzeństwem bardzo szybko przestaje być dla niej wyłącznie kolejnym zawodowym przypadkiem.
I właśnie tutaj Tremayne podejmuje pierwszą ryzykowną decyzję. Karenza nie jest chłodną specjalistką, która wchodzi do domu Tyacków z notesem, stawia diagnozę i wieczorem wraca do bezpiecznej rzeczywistości. Jej własne doświadczenia sprawiają, że coraz mocniej emocjonalnie angażuje się w sprawę. Z punktu widzenia fabuły jest to oczywiście wygodne, ponieważ pozwala autorowi wepchnąć ją znacznie głębiej w rodzinne sekrety. Z punktu widzenia wiarygodności zawodowej czasem zaczyna się człowiek zastanawiać, czy Karenza nie powinna jednak na chwilę przypomnieć sobie, że istnieje coś takiego jak granica między pomocą a wejściem komuś z butami w całe życie.
Tyle że jej ciekawość łatwo zrozumieć. Tyackowie zdecydowanie nie są rodziną, przy której człowiek spokojnie wypija herbatę i wraca do domu. Im dłużej Karenza rozmawia z dziećmi, obserwuje ich ojca i poznaje przeszłość Natalie, tym więcej rzeczy zaczyna się ze sobą nie zgadzać. Drobne niespójności zmieniają się w podejrzenia, podejrzenia prowadzą do kolejnych pytań, a każde pytanie najwyraźniej otwiera drzwi do pomieszczenia, które ktoś bardzo długo próbował trzymać zamknięte.
Dziewczyna szabrownika formalnie jest thrillerem psychologicznym, ale Tremayne ewidentnie lubi stać jedną nogą w horrorze. Nie chodzi nawet o to, że pojawiają się wizje, dziwne zachowania dzieci czy sugestie obecności czegoś niewytłumaczalnego. Najważniejsza jest niepewność. Autor długo nie pozwala zdecydować, jaki właściwie rodzaj historii czytamy. Można próbować wszystko racjonalizować. Karenza jest psycholożką, więc naturalnym odruchem staje się szukanie przyczyn w traumie, żałobie, mechanizmach obronnych i zaburzeniach percepcji. Jednocześnie Tremayne regularnie podrzuca sceny i szczegóły, które zaczynają podgryzać takie wyjaśnienie. A może dzieci rzeczywiście czegoś doświadczają? Może rodzinne opowieści nie są wyłącznie folklorem? Może stary dom naprawdę skrywa coś więcej niż ludzi niechętnych szczerej rozmowie?
Najlepsze jest to, że przez sporą część książki nie ma potrzeby wybierania jednej odpowiedzi. Autor prowadzi czytelnika dokładnie po granicy. Raz przesuwa ciężar w stronę psychologii, za chwilę dorzuca element, który pachnie klasyczną opowieścią o nawiedzeniu, następnie wraca do kryminalnej zagadki śmierci Natalie. Dzięki temu Dziewczyna szabrownika nie daje się wygodnie zamknąć w jednej szufladce. Jest trochę rodzinnym thrillerem, trochę kryminałem, chwilami gotyckim horrorem, a pod spodem pozostaje opowieścią o ludziach, którzy przez lata nauczyli się żyć obok własnych traum. Kornwalia pasuje do tego znakomicie. Tremayne nie traktuje jej jak ładnego tła do sfotografowania na okładkę. To nie jest kraina wakacyjnych spacerów po klifach, ryb z frytkami i romantycznego patrzenia na ocean. Tutaj wiatr tłucze się o domy, skały wyglądają tak, jakby tylko czekały na kolejną ofiarę, a morze ma znacznie więcej wspólnego ze śmiercią niż z urlopem.
Do tego dochodzą historie wybrzeża, wraki statków, szabrownicy i miejscowe opowieści, które stopniowo zaczynają łączyć się z właściwą zagadką. Tytuł nie jest więc przypadkowym efektownym określeniem. Tremayne wykorzystuje lokalną przeszłość, żeby zbudować szerszą opowieść o rzeczach odziedziczonych po poprzednich pokoleniach. Nie tylko domach czy nazwiskach, ale również winie, przemocy, sekretach i sposobach myślenia. To jeden z ciekawszych motywów powieści. Przeszłość nie jest tutaj czymś, co po prostu wydarzyło się dawno temu. Ona pracuje w teraźniejszości. Decyzje rodziców wpływają na dzieci, cudze błędy przechodzą na kolejne pokolenia, a przemilczane wydarzenia wcale nie znikają tylko dlatego, że przez kilkanaście lat nikt o nich głośno nie mówił. Rodzina Tyacków przypomina dom, w którym przez lata zamiast wyrzucać śmieci upychano je w kolejnym pokoju. W końcu zabrakło wolnych drzwi.
Dlatego Solomon i Grace są znacznie ciekawsi niż typowe „straszne dzieci” z thrillera. Tremayne oczywiście korzysta z całego repertuaru gatunku. Dziecko wypowiadające niepokojące zdanie zawsze działa lepiej niż dorosły mówiący dokładnie to samo, a autor dobrze o tym wie. Jednocześnie rodzeństwo nie jest wyłącznie urządzeniem do produkowania ciarek. To dzieci próbujące funkcjonować po wydarzeniu, którego same nie potrafią zrozumieć, otoczone dorosłymi przekazującymi im różne wersje rzeczywistości. Karenza próbuje tę plątaninę rozsupłać, choć z czasem sama zaczyna mieć problem z oceną sytuacji. I tutaj jej osobista tragedia zaczyna odgrywać większą rolę. Tremayne interesuje się bowiem nie tylko tym, co człowiek widzi, lecz także tym, dlaczego chce to zobaczyć. Żałoba potrafi bardzo skutecznie zmienić sposób interpretowania świata. Kiedy rozpaczliwie potrzebujemy określonej odpowiedzi, łatwiej dostrzec znaki prowadzące właśnie do niej.
To całkiem sprytnie łączy warstwę psychologiczną z paranormalną. Karenza ma narzędzia pozwalające analizować cudze zachowania, ale sama pozostaje człowiekiem z własnymi słabymi punktami. Wiedza nie daje odporności na stratę. Psycholog może świetnie rozumieć mechanizm żałoby i jednocześnie kompletnie nie radzić sobie z własną. Tremayne wykorzystuje ten rozdźwięk, choć czasami przesadza z impulsywnością swojej bohaterki. Tempo Dziewczyny szabrownika jest raczej spokojne. To książka, która długo zbiera drewno, zanim rozpali naprawdę duży ogień. Pierwsza część koncentruje się przede wszystkim na atmosferze, rodzinnych relacjach i stopniowym dokładaniu kolejnych niewiadomych. Nie każdemu taki rytm przypadnie do gustu. Kto oczekuje trupa co trzydzieści stron i zwrotu akcji na końcu każdego rozdziału, może zacząć nerwowo zerkać na liczbę pozostałych kartek.
Mnie ten sposób prowadzenia historii pasuje właśnie dlatego, że Tremayne ma dobre wyczucie miejsca. Spacer po tym świecie powinien trochę potrwać. Trzeba posiedzieć w starym domu, posłuchać wiatru, poznać dzieci, usłyszeć kilka wersji tej samej historii. Dopiero wtedy późniejsze wydarzenia mają odpowiedni ciężar. Co więcej, kiedy powieść wreszcie przyspiesza, robi to konkretnie. Końcowa część wyraźnie zmienia dynamikę i zaczyna spłacać wcześniej pozaciągane fabularne długi. Nie wszystkie spłaty są równie eleganckie. Tremayne ma wyraźną słabość do dokładania swoim bohaterom nieszczęść, a rodzina Tyacków dostała od autora pakiet rozszerzony. Im bliżej finału, tym więcej tajemnic, traum, powiązań i dramatycznych odkryć wychodzi na powierzchnię. W pewnym momencie można odnieść wrażenie, że jedna rodzina obsługuje zapotrzebowanie na nieszczęścia dla połowy Kornwalii.
To największa wada książki. Początkowo jej siłą jest sugestia. Niedopowiedzenie, dziwny szczegół, sprzeczna relacja, niepokojąca reakcja dziecka. Później Tremayne coraz częściej wybiera eskalację. Finał potrafi zaskoczyć, ale ceną za efekt jest pewne przeciążenie konstrukcji. Niektóre elementy łatwiej zaakceptować jako część gotyckiej konwencji niż całkowicie realistycznego thrillera psychologicznego. Na szczęście autor nie gubi po drodze tego, co od początku było najciekawsze, czyli napięcia między racjonalnym wyjaśnieniem a opowieścią o duchach. W Dziewczynie szabrownika duch nie musi zresztą oznaczać zjawy przechodzącej przez ścianę. Znacznie groźniejsze bywają duchy rodzinne, wspomnienia i wydarzenia, które teoretycznie się skończyły, ale nadal sterują zachowaniem żyjących.
I właśnie dlatego książka działa lepiej jako mroczna historia rodzinna niż czysta zagadka kryminalna. Oczywiście chcemy wiedzieć, co stało się z Natalie. Tremayne pilnuje tego pytania i regularnie podsyca ciekawość. Z czasem równie interesujące staje się jednak to, dlaczego wokół jej śmierci istnieje aż tyle kłamstw i dlaczego prawda jest dla niektórych bohaterów czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż dalsze życie z tajemnicą. Dziewczyna szabrownika ma więc swoje przegięcia, ale posiada też coś, czego nie da się nadrobić najbardziej pomysłową intrygą: charakter. Po kilku rozdziałach wiadomo, gdzie jesteśmy. Czuć wilgoć starego domu, wiatr od morza i tę szczególną odmianę dyskomfortu pojawiającą się wtedy, gdy podczas zwyczajnej rozmowy ktoś mówi jedno zdanie za dużo.
Tremayne nie napisał idealnie precyzyjnego thrillera. Momentami za mocno ciągnie Karenzę tam, gdzie potrzebuje jej fabuła, a finał próbuje pomieścić więcej rewelacji, niż było to konieczne. Ale kiedy autor ogranicza się do starego domu, dwojga przestraszonych dzieci, rodzinnych półprawd i pytania o śmierć Natalie, trafia dokładnie tam, gdzie powinien. Najbardziej niepokojące w domu Tyacków nie są bowiem wizje Grace i Solomona. Znacznie gorzej działa świadomość, że dzieci mogą nie wymyślać wszystkiego. A jeszcze gorzej, że nawet jeśli żadnych duchów tam nie ma, prawda może okazać się znacznie paskudniejsza.

