Nazwisko Astrid Lindgren kojarzy się z dzieciństwem. Z bezpieczeństwem. Z literaturą, która przez dekady pomagała kolejnym pokoleniom oswajać świat. Elin Lucassi bierze ten powszechnie zakorzeniony obraz i robi z nim coś nieoczywistego. W Kocham Astrid Lindgren słynna pisarka nie jest bohaterką biografii ani patronką nostalgicznej podróży do świata Pippi czy Dzieci z Bullerbyn. Staje się punktem zaczepienia dla opowieści o bólu, który stopniowo zaczyna wypaczać rzeczywistość.
Główna bohaterka, Ylvie, próbuje odnaleźć się po traumatycznym doświadczeniu odebrania jej dziecka. Sparaliżowana stratą zaczyna dostrzegać wszędzie powiązania, znaki i symbole. Coraz silniej wierzy, że jej los splata się z historią Astrid Lindgren, która również została rozdzielona ze swoim synem. Fascynacja szybko przeradza się jednak w coś znacznie bardziej niepokojącego. Coś, co coraz mocniej zaciera granicę między pamięcią, pragnieniem i obsesją.
Lucassi nie buduje klasycznej narracji psychologicznej. Zamiast prowadzić czytelnika od punktu A do punktu B, pozwala mu zanurzyć się w rozchwianym stanie emocjonalnym bohaterki. Historia rozwija się fragmentarycznie, poprzez wspomnienia, skojarzenia i pozornie nieistotne momenty codzienności. Dopiero z czasem zaczynamy rozumieć skalę tragedii oraz sposób, w jaki wpłynęła ona na psychikę Ylvie.
Największą siłą komiksu jest właśnie ten proces. Autorka nie próbuje wyjaśniać wszystkiego wprost ani prowadzić odbiorcy za rękę. Pozwala mu samodzielnie odnajdywać znaczenia ukryte między kadrami. Dzięki temu historia działa bardziej jak doświadczenie niż tradycyjna opowieść fabularna.
To komiks o obsesji, ale przede wszystkim o desperackiej potrzebie odnalezienia kogoś, kto potrafiłby zrozumieć niewyobrażalny ból. Astrid Lindgren staje się tutaj nie tyle postacią historyczną, co symbolem. Uosobieniem nadziei, że gdzieś istnieje ktoś, kto przeszedł przez podobne piekło i potrafi nadać mu sens.
Warstwa graficzna może początkowo zaskakiwać. Rysunki Lucassi są surowe, momentami wręcz nieporadne. Daleko im do efektowności czy wizualnego realizmu. Postacie bywają zdeformowane, emocje przerysowane, a tła ograniczone do minimum. Jednak bardzo szybko okazuje się, że taki styl nie jest przypadkiem.
Ta pozorna prostota doskonale współgra z opowiadaną historią. Im bardziej psychika bohaterki wymyka się spod kontroli, tym mocniej zaczyna działać ekspresja rysunku. Niektóre kadry sprawiają wręcz wrażenie wizualizacji stanów emocjonalnych, a nie obiektywnej rzeczywistości. Dzięki temu forma staje się integralną częścią przekazu.
Warto też docenić sposób, w jaki Lucassi operuje tempem narracji. Komiks jest stosunkowo krótki, ale nie sprawia wrażenia pospiesznego. Wręcz przeciwnie – wiele scen celowo trwa dłużej, niż wymagałaby tego sama fabuła. To zabieg, który pozwala czytelnikowi poczuć ciężar emocjonalny historii zamiast jedynie go obserwować.
Nie jest to jednak lektura dla każdego. Osoby oczekujące dynamicznej fabuły, wyraźnych zwrotów akcji czy klasycznej biograficznej opowieści o Astrid Lindgren mogą poczuć się rozczarowane. Kocham Astrid Lindgren funkcjonuje przede wszystkim jako psychologiczny portret człowieka znajdującego się na granicy załamania. Najbardziej poruszające jest to, że Lucassi nie próbuje szokować. Nie epatuje tragedią ani cierpieniem. Pozwala im po prostu istnieć, a przez to stają się jeszcze bardziej dotkliwe.
Kocham Astrid Lindgren to jeden z tych komiksów, które zostają w głowie znacznie dłużej, niż sugerowałaby ich objętość. Nie oferuje łatwych odpowiedzi ani ukojenia. Zamiast tego stawia czytelnika obok bohaterki i każe mu przez chwilę patrzeć na świat jej oczami. To trudne, momentami niewygodne doświadczenie, ale właśnie dzięki temu tak skuteczne.



