Kolor zemsty Cornelii Funke to książka, która nie miała prawa się wydarzyć, a jednak pojawia się dokładnie tam, gdzie powinna. Napisana po wielu latach ciszy, po domknięciu trylogii, która dla wielu czytelników była emocjonalnym fundamentem dorastania, wraca do Atramentowego Świata z odwagą i świadomością ryzyka. Bo powroty bywają zdradliwe. Mogą zburzyć pamięć o tym, co było piękne. Mogą okazać się jedynie cieniem dawnej magii. Funke jednak wybiera inną drogę. Nie próbuje powtórzyć starej opowieści. Zamiast tego dopisuje ją tam, gdzie zabrakło ostatniego słowa.
Akcja toczy się kilka lat po wydarzeniach z Atramentowej śmierci. Ombra trwa w pokoju, bohaterowie próbują żyć dalej, jakby przeszłość rzeczywiście dało się zostawić za sobą. Ten spokój jest jednak kruchy i pozorny. Orfeusz, pozbawiony dawnej władzy, pieniędzy i magii, powraca nie jako potężny czarnoksiężnik, lecz jako człowiek zżerany przez upokorzenie i gniew. Jego zemsta nie jest spektakularna ani szybka. Jest powolna, podstępna i okrutnie przemyślana. Szara Książka staje się narzędziem wymazywania ludzi z rzeczywistości, więzieniem dla tych, których chce się ukarać samym istnieniem. W tym momencie Atramentowy Świat znów zaczyna pękać.
Tym razem Funke przesuwa środek ciężkości opowieści. Choć Meggie i Mo nadal są obecni, to właśnie Smolipaluch i Czarny Książę stają się emocjonalnym rdzeniem tej historii. Ich relacja, oparta na przyjaźni, lojalności i wspólnej przeszłości, zostaje pogłębiona w sposób, którego brakowało w pierwotnej trylogii. Smolipaluch nie jest już tylko tragicznym ogniodancerzem. Jest ojcem, przyjacielem i kimś, kto musi skonfrontować się z konsekwencjami własnych wyborów. Obok niego pojawiają się nowi bohaterowie, w tym Jehan i Lilia, postacie świeże, wyraziste, niosące ze sobą inną energię i nowe spojrzenie na znany świat. Choć nie wszyscy zostają w pełni rozwinięci, ich obecność wyraźnie wzbogaca narrację.
Największą siłą Koloru zemsty jest jego emocjonalna uczciwość. To książka mroczniejsza niż poprzednie tomy, pozbawiona ochronnej warstwy baśniowości. Magia nie zachwyca tu tak często jak wcześniej. Częściej boli, przeraża i zmusza do refleksji. Funke z dużą wrażliwością pokazuje, czym staje się człowiek napędzany gniewem, zazdrością i poczuciem krzywdy. Zemsta nie daje tu ulgi ani satysfakcji. Jest destrukcyjna i zostawia po sobie pustkę. Szczególnie interesujący jest motyw rywalizacji obrazu i słowa, który otwiera nowy rozdział w refleksji nad naturą opowieści i tego, co naprawdę nadaje światu sens.

Nie jest to książka idealna. Fabuła opiera się na dość prostym schemacie, a część wątków mogłaby zostać pogłębiona. Momentami można odnieść wrażenie, że autorka bardziej sugeruje pewne emocje, niż pozwala im w pełni wybrzmieć. A jednak całość broni się atmosferą i konsekwencją. Historia wciąga stopniowo, by w ostatnich rozdziałach uderzyć z niespodziewaną siłą. Finał jest wzruszający, ciepły i domykający. Nie dlatego, że wszystko kończy się szczęśliwie, ale dlatego, że kończy się prawdziwie.
Kolor zemsty to przykład kontynuacji, która rozumie własną potrzebę istnienia. Nie jest dodatkiem ani fanserwisem. Jest odpowiedzią na pytania pozostawione bez echa. To książka o miłości silniejszej niż gniew, o przyjaźni, która nie potrzebuje wielkich deklaracji, i o tym, że czasem największym zwycięstwem jest odmowa powielenia cudzej nienawiści. Dla czytelników Atramentowego Świata to powrót do domu, który wcale nie okazał się bezpieczny, ale nadal jest miejscem, do którego chce się wracać. I choć trudno pogodzić się z myślą, że to już naprawdę koniec, zostaje pocieszenie. Ta historia nie znika. Wystarczy sięgnąć po książkę i pozwolić jej znów przemówić.

