Komiksy Książki

RECENZJA: Krocząca we Mgle. Tom 2: Chimery | Czarownice, które nie wierzą w łatwe zakończenia

Drugi tom Kroczącej we Mgle zaczyna się jak powrót do miejsca, które znamy, ale które przez chwilę naszej nieobecności zdążyło się jeszcze bardziej wypaczyć. Mgła gęstnieje, świat pęka na kolejne warstwy, a bohaterki zamiast dostać od losu chwilę oddechu, dostają nowe powody, żeby zacisnąć zęby. Chimery nie jest kontynuacją, która grzecznie podnosi wątki z ziemi i układa je w czytelną układankę. To album, który woli wciągać czytelnika głębiej, w coraz bardziej niepewną przestrzeń, gdzie magia działa jak złośliwy kaprys, a wspólnota jest równie trudna jak samotność.

Punktem wyjścia jest sytuacja rozbita na dwa fronty. Część czarownic zostaje w wiosce i musi mierzyć się z nowymi zagrożeniami ze strony Mgły, tej podstępnej, żywej obecności, która nie tylko zasłania horyzont, ale też zmienia reguły gry. Z nimi zostaje Zelda, postać, która wnosi do tej historii coś bezcennego, nie tyle siłę, co trzeźwość. Zelda jest tą energią, która nie pozwala światu się rozpaść, nawet jeśli wszystko wokół udaje, że już dawno po nim. Równolegle druga grupa, ochotniczki od misji niemożliwych, wpada w świat Pominiętych, miejsce, którego wolałyby nawet nie nazwać na głos, bo sama nazwa brzmi jak obietnica kłopotów.

I tu właśnie Chimery robią coś najciekawszego. Fert buduje fantastyczną opowieść o czarownicach, ale nie traktuje jej jak bajki o drużynie wybrańców. To historia o ludziach, którzy próbują działać razem, chociaż wcale nie są do tego stworzeni. O wspólnocie, która nie jest ciepłym kocykiem, tylko systemem nerwowym. Bycie razem nie ratuje automatycznie, czasem wręcz odsłania wszystko, co w każdym z osobna najbardziej nieprzyjemne.

Mgła w tym tomie przestaje być tylko tłem. Staje się aktywną siłą, niemal bohaterem, który nie potrzebuje dialogów, by mówić. Wydaje się, że rozumie słabości ludzi lepiej niż oni sami. Jest przestrzenią, w której rodzą się tytułowe chimery, ale też przestrzenią, która wyciąga na wierzch strach, ambicje i frustracje. Grisetta wie o tym najlepiej, bo Fert coraz mocniej podkreśla, że największe niebezpieczeństwo nie musi mieć kłów. Czasem wystarczy człowiek z odpowiednim powodem.

Największym atutem tej serii jest to, jak Fert miesza tonacje. Z jednej strony jest tu humor, absurd, złośliwe dialogi i drobne sytuacje, które rozładowują napięcie. Z drugiej, cały ten komiks ma w sobie gorycz, którą czuć pod językiem, kiedy przestajesz się śmiać. Humor jest tu zasłoną dymną, a nie wentylem bezpieczeństwa. Ma pomóc przejść dalej, ale nie ma udawać, że nic się nie dzieje.

Jednocześnie trzeba powiedzieć wprost, że Chimery potrafią być wymagające. Fert nie prowadzi za rękę. Przeskakuje między bohaterkami, podrzuca nowe postaci, przyspiesza, urywa sceny w pół emocji, jakby celowo chciał, żeby czytelnik czuł się tak samo zagubiony jak one. To nie jest wada sama w sobie, bo w świecie, który rozmywa się w mgle, klarowność byłaby kłamstwem. Ale dla niektórych odbiorców może to być próg wejścia, szczególnie jeśli nie pamiętają pierwszego tomu. To album, który zakłada, że już jesteś w środku i nie zamierza cię ratować mapą.

Wizualnie Fert robi rzeczy, które działają jak sen, z tych, po których budzisz się z uczuciem, że coś było nie tak, ale nie umiesz wskazać kiedy dokładnie. Kolory są rozlane, miejscami przytłumione, kadry często klaustrofobiczne, jakby sama strona była zasłonięta mgłą. Postaci bywają zdeformowane w sposób, który nie jest błędem, tylko emocjonalnym skrótem. Świat wygląda pięknie i niepokojąco jednocześnie. To rysunek, który nie chce być ładny, on chce być prawdziwy dla tej opowieści.

Chimery są tomem przejściowym i kluczowym zarazem. Nie zamykają historii, raczej ją zagęszczają. Pogłębiają mitologię świata, dokładają elementy, które przesuwają serię w stronę baśniowo postapokaliptycznej wizji, i rozwijają Tempérance, która coraz mocniej staje się kimś innym niż w punkcie startu. Jej droga we Mgle jest coraz mniej podróżą, a coraz bardziej przemianą.

Na końcu zostaje wrażenie, że to opowieść o czarownicach, ale wcale nie o czarach. O dziewczynach i kobietach, które próbują ocalić siebie nawzajem, choć nie zawsze wiedzą jak. O świecie, który nie chce dać prostych odpowiedzi. I o Mgle, która cierpliwie czeka, aż każdy sam sobie je dopowie.

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?