Książki

RECENZJA: Listy | Tolkien prywatny, Tolkien zawodowy

Są takie książki, które nie udają niczego więcej, niż są, a mimo to dają więcej niż niejeden gruby tom „o autorze”. Listy J.R.R. Tolkiena w nowym wydaniu Zysk i S-ka to właśnie ten przypadek. To nie jest powieść, nie jest też klasyczna biografia ani „sekretny dziennik” z pikanteriami. To wybór korespondencji, który działa jak okno. Można przez nie zajrzeć do życia człowieka, którego nazwisko stało się synonimem współczesnej fantasy, ale przede wszystkim do jego warsztatu, temperamentu i codzienności.

Zysk i S-ka podaje tę książkę w formie, która od razu sugeruje intencję: to ma być tom biblioteczny, elegancki, dopracowany, taki, który bez zgrzytu stanie obok wydawanej teraz Historii Śródziemia. I dobrze, bo Listy to lektura, do której się wraca. Nie na zasadzie „przeczytam i odhaczę”, tylko raczej „otworzę w losowym miejscu, zobaczę, gdzie mnie poniesie”. To tom, który pracuje latami, nie przez jeden weekend.

Trzeba powiedzieć wprost, że selekcja była konieczna. Tolkien pisał listy namiętnie i bardzo dużo, a materiał epistolograficzny jest tak ogromny, że wybór zawsze będzie decyzją o tym, co ważne. Tu wybór, opracowany przez Humphreya Carpentera przy współpracy Christophera Tolkiena, jest wyraźnie nakierowany na sprawy istotne dla czytelnika zainteresowanego twórczością i kulisami pracy. Mniej tu intymnych wylewów, więcej konkretu, czyli korespondencja z wydawcami, odpowiedzi na pytania czytelników, komentarze do interpretacji, uwagi o pisaniu, o językach, o tym, jak autor myśli o własnym świecie.

To podejście jest uczciwe. Jeśli ktoś chce czytać prywatne wyznania, pewnie znajdzie gdzie indziej autorów gotowych na zupełnie inną formę ekshibicjonizmu. Tolkien nie miał takiej potrzeby. W listach widać, że lubi mówić o rzeczach, które uważa za ważne, i robi to w sposób uporządkowany, często rzeczowy, czasem uszczypliwy, czasem zaskakująco ciepły. Największym atutem tej książki jest właśnie ta różnorodność tonów, a nie sensacyjność.

Dla wielu czytelników magnesem będą fragmenty dotyczące Hobbita, Władcy Pierścieni, Silmarillionu i całej „maszynerii” Śródziemia. I słusznie, bo to jest część, która potrafi zawstydzić nawet najbardziej obeznanych fanów. Tolkien dopowiada, porządkuje, tłumaczy, prostuje. Czasem broni się przed zbyt łatwymi interpretacjami, czasem rozbraja cudze przekonania spokojnym, logicznym wywodem. To daje niesamowite uczucie bliskości z procesem twórczym, ale też przypomina, że te książki nie spadły z nieba. One były mozolnie budowane.

W tle przewija się też coś, co dla mnie jest równie interesujące jak same fakty o świecie przedstawionym. To postawa autora wobec własnego dzieła. Tolkien nie brzmi jak człowiek, który płynie na fali mitu. Brzmi jak ktoś, kto pracuje, poprawia, dopina, pilnuje sensu. Perfekcjonizm w listach widać bez wysiłku, bo nie jest deklaracją. Jest nawykiem.

Druga, równie ważna warstwa to obraz Tolkiena prywatnego, choć prywatnego w granicach, które sam wyznacza. Listy do rodziny, zwłaszcza do synów, pokazują go jako ojca uważnego, czułego, czasem surowego, ale nie teatralnego. Widać jego poglądy, widać religijność, widać przywiązanie do moralnego porządku, ale też widać zwyczajne życie. Zmęczenie, zdrowie, obowiązki akademickie, drobne sprawy domowe.

I to jest chyba największa wartość tej książki dla kogoś, kto zna Tolkiena głównie jako autora monumentalnych dzieł. Nagle okazuje się, że twórca Władcy Pierścieni jest jednocześnie człowiekiem, który musi prowadzić zajęcia, odpisywać na listy, znosić biurokrację, pilnować terminów, chorować i martwić się o swoich bliskich. To działa trzeźwiąco. A jednocześnie wcale nie odbiera magii. Raczej ją pogłębia, bo pokazuje, ile tej magii trzeba było wypracować.

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że Listy są fragmentaryczne z natury. Nawet najlepiej zredagowana korespondencja nie stanie się powieścią. To zbiór, który wymaga innego rytmu lektury. Warto czytać go etapami, wracać do indeksu, wybierać wątki, otwierać na chybił trafił.

Jeśli ktoś oczekuje narracyjnej ciągłości, może poczuć opór. Jeśli jednak zaakceptuje formę, nagrodą jest doświadczenie rzadkie, bo bardzo bezpośrednie. W pewnym momencie zaczyna się czytać te listy nie tylko dla „informacji o Śródziemiu”, ale dla samego głosu autora. Dla jego precyzji, dla humoru, dla tego, jak układa zdania, jak waży słowa.

Wydanie Zysk i S-ka trafia w dobry moment. Nie dlatego, że „moda na Tolkiena wróciła”, bo Tolkien właściwie nigdy nie wyszedł z obiegu. Raczej dlatego, że równolegle rośnie apetyt na rzeczy porządnie wydane, biblioteczne, pasujące do większej całości. Jeśli ktoś kompletuje Historię Śródziemia, chce też mieć obok tom, który jest fundamentem rozumienia autora. I Listy są takim fundamentem, bo pokazują i twórcę, i rzemieślnika, i człowieka.

Na koniec najprostsza rekomendacja. Jeśli cenisz Tolkiena, to to jest książka, która robi coś więcej niż dopowiada ciekawostki. Ona uczy czytać jego dzieła uważniej, z większym szacunkiem do intencji i warsztatu. A jeśli nawet nie jesteś tolkienistą, tylko czytelnikiem ciekawym, jak wygląda życie pisarza naprawdę, bez legendy, za to z pracą, uporem i zwyczajnością, to i tak znajdziesz tu coś dla siebie.

Bo Listy są właśnie o tym: że wielkie światy rodzą się z małych czynności, z cierpliwości, z korespondencji, z poprawiania i tłumaczenia w kółko tych samych rzeczy, aż w końcu ktoś po drugiej stronie zrozumie.

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!