Książki

RECENZJA: Moja ukochana bestia | Miłość, która mruczy w ciszy

Są książki o zwierzętach, które próbują wzruszyć czytelnika za wszelką cenę. I są takie, które nie muszą niczego wymuszać, bo wystarczy im prawda relacji. Moja ukochana bestia Caleba Carra należy właśnie do tej drugiej grupy. To nie jest słodka opowieść o kocie i jego człowieku. To intymny zapis siedemnastu lat wspólnego życia, w którym miłość nie zawsze była łatwa, spokojna i wygładzona. Była za to głęboka, dzika, lojalna i boleśnie prawdziwa.  

Caleb Carr, znany przede wszystkim jako autor Alienisty, pokazuje się tutaj z zupełnie innej strony. Nie jako twórca mrocznych historii kryminalnych, lecz jako człowiek, który przez całe życie łatwiej odnajdywał porozumienie ze zwierzętami niż z ludźmi. Koty były dla niego czymś więcej niż domowymi towarzyszami. Były azylem, lustrem, rodziną i czasem jedynym dowodem na to, że bliskość nie musi ranić. W tej książce kot nie jest dodatkiem do ludzkiego życia. Jest jego osią.

Masza, syberyjska kotka o półdzikiej naturze, pojawia się w życiu autora jak ktoś, kto nie tyle zostaje adoptowany, ile sam wybiera człowieka. Ma własne zdanie, własne rytuały, odwagę graniczącą z brawurą i niezależność, której Carr nie próbuje złamać. To bardzo ważne. Autor nie opisuje jej jak maskotki, którą można ułożyć pod własne potrzeby. Patrzy na nią jak na osobną istotę, z własną godnością, lękami, charakterem i prawem do wolności.

Najpiękniejsze w tej opowieści jest to, że więź Carra i Maszy nie zostaje sprowadzona do prostego wzruszenia. To relacja wzajemna. On ją ratuje, opiekuje się nią, uczy się jej zachowań, próbuje zrozumieć jej instynkty. Ona z kolei towarzyszy mu w chorobie, samotności i codziennych lękach. To nie jest historia o człowieku, który posiada kota. To historia o dwóch istotach, które nawzajem trzymają się przy życiu.

Carr dużo miejsca poświęca kociej behawiorystyce i własnym obserwacjom. Dla jednych będzie to fascynujące, dla innych momentami zbyt szczegółowe. Autor potrafi zatrzymać się przy geście, spojrzeniu, sposobie poruszania się, reakcji na zagrożenie. Widać, że pisał tę książkę nie tylko sercem, ale też z ogromną potrzebą zrozumienia. Czasem może robi się przez to nieco dygresyjnie, ale te dygresje mają sens. One budują portret Maszy jako istoty złożonej, a nie tylko ukochanego zwierzęcia.

Równolegle Moja ukochana bestia staje się też opowieścią o samym Carrze. Autor wraca do dzieciństwa, do przemocy, samotności i domu, w którym zwierzęta bywały bezpieczniejsze niż ludzie. Dzięki temu historia Maszy nabiera głębszego wymiaru. Łatwiej zrozumieć, dlaczego relacja z kotką była dla niego tak fundamentalna. Czasem zwierzę nie leczy ran w spektakularny sposób. Po prostu jest obok, a to okazuje się wszystkim.

Nie jest to lektura całkowicie lekka. Choć są tu chwile czułości, humoru i zachwytu nad kocią inteligencją, nad całością od początku unosi się świadomość nieuchronnego końca. Każdy, kto kochał zwierzę, zna ten lęk. Im głębsza więź, tym bardziej bolesna myśl, że czas jest zawsze za krótki. Siedemnaście lat brzmi jak dużo, dopóki nie dotyczy kogoś, kogo naprawdę się kocha.

Ostatnie partie książki są szczególnie trudne. Carr pisze o chorobie, starzeniu się, stracie i żałobie bez taniego sentymentalizmu, ale z taką szczerością, że trudno czytać spokojnie. To jedna z tych opowieści, przy których tekst zaczyna się rozmazywać, zanim człowiek zdąży przygotować się na płacz. Nie dlatego, że autor manipuluje emocjami, lecz dlatego, że trafia w bardzo czułe miejsce. W pamięć o wszystkich zwierzętach, które kiedyś były naszym domem.

Dużym atutem książki jest też jej fizyczna forma. Twarda oprawa, fotografie Maszy, spokojny, elegancki charakter wydania sprawiają, że całość nabiera intymności albumu pamięci. Zdjęcia nie są tylko dodatkiem. Pozwalają zobaczyć tę, o której Carr pisze z tak wielką czułością, i przez to jeszcze mocniej poczuć, że nie obcujemy z literacką figurą, ale z prawdziwą obecnością.

Nie każdemu ta książka podejdzie w takim samym stopniu. Osoby oczekujące zwartej, dynamicznej narracji mogą uznać, że Carr zbyt często odpływa w refleksje i szczegółowe rozważania. To nie jest opowieść prowadzona pospiesznie. Raczej zapis życia, które składało się z rytuałów, obserwacji, powrotów, niepokoju i cichej bliskości. Ale jeśli zaakceptuje się ten rytm, książka zaczyna działać bardzo mocno.

Moja ukochana bestia to pozycja przede wszystkim dla tych, którzy rozumieją, że zwierzę może być pełnoprawnym członkiem rodziny. Dla kociarzy będzie to lektura szczególna, miejscami niemal bolesna w rozpoznaniu. Ale nawet ktoś, kto nigdy nie żył z kotem, może znaleźć tu opowieść o przywiązaniu, samotności i potrzebie bycia zauważonym przez drugą istotę.

Carr napisał książkę o Maszy, ale tak naprawdę napisał też o wszystkich miłościach, których świat z zewnątrz nie zawsze rozumie. O więziach cichych, codziennych, niewytłumaczalnych. O tym, że czasem największa bliskość nie potrzebuje słów, tylko obecności na sąsiednim krześle, śladu łap na podłodze i spojrzenia, które mówi więcej niż niejeden człowiek potrafiłby wypowiedzieć.

To piękna, smutna i bardzo osobista książka. Taka, po której chce się przytulić własne zwierzę trochę mocniej. I taka, która przypomina, że miłość nie staje się mniejsza tylko dlatego, że chodzi na czterech łapach.

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?